Dni Biłgoraja mogły być „lepsze”

W gronie moich znajomych przekornie mówi się, że jeśli wszystko jest udane, czyli na piątkę, i jeśli nie ma już do czego się przyczepić, to mogło być jeszcze „lepiej”, co znaczy, że wszystko jest OK. Z tym „lepsze” to ostrożnie, bo to taka koleżeńska przekora. A w istocie jest to potwierdzenie pozytywnej oczywistości, tylko z lekkim przekąsem i sarkazmem na wzór śp. Staszka Mazura, mego kolegi, który z tego żartu o swojej żonie słynął. To w gruncie rzeczy jest zaprzeczeniem tego, co tytuł sugeruje. Ale czy do końca? Czy rzeczywiście nie ma uwag do tegorocznych Dni Biłgoraja? Tego nie można wykluczyć. Na pewno znajdą się zawsze malkontenci, czyli zawodowi „narzekacze”, którym nie sposób dogodzić. Ja do nich tym razem nie należę, choć o kilku małych mankamentach przy końcu felietonu wspomnę. Mój udział w Dniach był tylko z doskoku i nastawiony głównie na poszukiwaniu znajomych. A oni dopisali i to głównie na ich wypowiedziach opieram swoją pochwałę Dni. Zastrzegam: moja pochwała głównie akcentuje od dawna oczekiwaną decyzję zmiany miejsca imprezy, bo w istocie, według mnie, tegoroczne Dni Biłgoraja przyniosły nową jakość, czyli inaczej mówiąc, spowodowały udział nowych uczestników, których nie sposób było sobie wyobrazić hen gdzieś w odległym OSiR-e. Mam tu na myśli całe rodziny z dzieciakami na wózeczkach czy na rowerkach i to porą wieczorną, na całkowitym luzie, a byli również seniorzy, nawet o lasce. O dobrej atmosferze świadczyły prawie powszechne sportowe ubiory, spontaniczne gesty i wzajemne poklepywania, a przy tym uczestnikom nie brakowało fantazji w ubiorach, wyglądali kolorowo, ubrani z wyczuciem i ze smakiem. Mówiąc ogólnie, robiło to wrażenie jakby Biłgoraj popołudniami i wieczorami był kurortem, a spacerowicze to kuracjusze i bywalcy światowych kurortów. Wiem, że tu przesadzam, że poddałem się euforii, ale w Biłgoraju było coś innego i nowego, i zarazem potrzebnego. Zmiana lokalizacji już od dawna była wskazana, mimo że mieszkańcy bezpośrednio przyległych domów mogli narzekać na utrudnienia. Trzeba przyznać, że tej imprezie szczególnie wieczorami towarzyszył wzmożony hałas, dla niektórych nawet nie do wytrzymania. I tym trzeba współczuć, ale też z drugiej strony trzeba prosić o wyrozumiałość. Centrum miasta to nie tylko wygoda i bliskość do wszystkiego, ale – niestety – to też miejsce wyjątkowych utrudnień, i z tym mieszkańcy powinni się pogodzić. Może władze miasta powinny tych mieszkańców poprosić o akceptację i wyrozumiałość. To władzy by nie zaszkodziło. A trzeba przyznać, że plac przy BCK wyśmienicie się nadaje na takie otwarte imprezy, ma profesjonalną scenę, ma zadaszenie, jest estetycznie ogrodzony i posiada rezerwy. A trawniki? Tak, zostały tym razem zadeptane, ale w tym pomogła przedłużająca się susza, a ponadto taki trawnik powinien być wcześniej polewany wodą, żeby był bardziej trwały. Tym powinny już wcześniej zająć się administratorzy BCK i odpowiednio zadbać o detale. Dla mnie rażące było np. wykorzystywanie fragmentu (tak, fragmentu, bo nogi gdzieś na skutek beztroski się zapodziały) rzeźby renifera, przypominającego mitologicznego pegaza do zagrodzeń jako znaku zakazu. To szczegół, ale jak na centrum kultury biłgorajskiej to nie pasuje. A przypominam, zapowiadano przed dwoma laty, że takich rzeźb będzie 6. Pytam więc, co się z nimi stało, dlaczego one nie zdobią teraz Biłgoraja. Mam je utrwalone na zdjęciu, jak powstawały. Te rzeźby byłyby dodatkowym elementem scenerii dla Dni Biłgoraja, choć i tak było uroczo i zabawnie, z jednym jeszcze niedopatrzeniem. Brakowało stoiska, czy jak kto woli kramu z biłgorajskimi książkami. A Biłgoraj ma się czym wykazać, choćby na przykładzie dorobku Biłgorajskiego Towarzystwa Literackiego, czy głośnej szeroko PLEJADY. Organizatorom Dni widocznie na tej prezentacji i zarazem ofercie nie zależało. Próbował ratować sytuację sam prezes BTL Marek Szubiak, który, widząc nieporadność gospodarzy, wspólnym wysiłkiem z żoną przywiózł turystyczny stolik i ustawił go na chodniku, by na nim móc wyeksponować najciekawsze pozycje literackie autorstwa swych członków. To stoisko, zorganizowane ad hoc, wyglądało jak sierota, jakby było niepotrzebne organizatorom. Wyglądało to groteskowo. A więc jednak mogło być lepiej.

Biłgorajczyk, e-mail: naj-lawok@wp.pl

- Reklama -

1 komentarz
  1. miszka mówi

    Drogi Panie Biłgorajczyku z wielkim szacunkiem i uznaniem dla Pana felietonów i poglądów na nasze miasto. Tak to prawda zmiana miejsca była potrzebna i zgadzam się z tym, jeżeli chodzi o prezentacje regionalnych dóbr kulturowych to nasz miasto wypada słabo na takich imprezach. Przykładem jest właśnie sytuacja opisana przez Pana w zakresie literatury która jest bogata. Ale są też inne które warto prezentować ale współpraca z miastem jest na tej stopie słaba. Dodajmy też że kiedyś dni Bilgoraja rozpoczynał młodzieżowy piątek ze sceną . Gdzie można było posłuchać muzyki alternatywnej , rockowej i wiele innych. Chciałbym też wspomnieć opisane rzeźby tak powstały one lecz któregoś pięknego wieczoru i nie bójmy się tu użyć słowa „kretyn” któremy widocznie Pegaz się nie spodobał został przez tego „kretyna” zdewastowany. Co można interpretować jako opór na sztukę i brak szacunku do artysty który to wykonał. I stąd to wszystko. W wolnej chwili przepatrze archiwa lokalnej prasy bo był na ten temat artykuł o tym akcie wandalizmu.

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.