- Reklama -

- Reklama -

Ta książka dech mi zaparła

Przekonałem się o tym osobiście, czytając ją w ostatnich dniach roku szkolnego i to trochę przypadkowo, kiedy kolega Edek mi ją zasugerował i udostępnił. Nie spodziewałem się, że to taki osobliwy bestseler, że mnie pochłonie tak bez reszty.

Jestem pełen podziwu dla autorki, jest niesamowita, jakby nie z tego świata, tak uparta w dążeniu do zdemaskowania wszystkich systemów totalitarnych na świecie. Jest niezwykła i wyjątkowa. Jest poetką, pisarką i felietonistką, a więc bliską mojej publicystyki. Chciałoby się rzec, że czegoś takiego świat nie widział, by z taką determinacją rozliczać zbrodnie wojenne i to nie tylko w Polsce, lecz na całym świecie. Wszystkie zbrodnie mają wspólny mianownik: nienawiść do ludzi. Ubolewa, że ta nieodpowiedzialność trwa.

Tytuł „Mała zagłada” na początku mnie nie porażał, chociaż notka o autorze już mnie tknęła. Anna Janko, 15 lat młodsza ode mnie, cierpi psychicznie dalej z powodu wojennej traumy, która de facto była udziałem jej matki, a mimo to do tej pory ma uraz do podzwierzynieckiej wsi Sochy. Była to straszliwa zbrodnia wojenna dokonana przez niemieckie doborowe wojsko z lotnictwem włącznie (Waffen SS) na mieszkańcach tej wioski. 1 czerwca 1943 r. w tej masakrze zginęli autorki dziadkowie – Ferencowie i to na oczach jej wówczas 9-letniej przyszłej matki – Reni. Jednego dnia, w ciągu kilku godzin zginęło ok. 180 osób, a z wioski, gdzie jeszcze rankiem stało 88 domów, została tylko sterta ruin i zgliszcz. To porażające, ale nie to mnie aż tak ujęło, bo do podobnych zbrodni na Zamojszczyźnie już trochę „przywykłem”, jako że w bliskich mi Majdanach – Nowym i Starym miały miejsce podobne tragiczne wydarzenia, tylko w nieco późniejszym czasie i na nieco mniejszą skalę. Sam też z rodzicami padłem ich ofiarą, będąc wywieziony do obozu na Majdanku i później do pracy w Niemczech.

Co tym razem tak mocno mnie zabolało i zarazem mną wstrząsnęło? Odpowiem; niesamowicie interesująca narracja autorki, jakże szczegółowo udokumentowana, i jej profesjonalne przygotowanie do napisania tej książki, i to 73 lata po rzezi w Sochach. Autorka też błysnęła rzadkim talentem i pracowitością, nie mówiąc już o jej matce, która potrafiła  wydobyć ze swej głowy aż tyle wspomnień i to ułożonych chronologicznie, i to po kilkudziesięciu latach od opisywanych zdarzeń. To już jej czwarta pozycja wydawnicza. Zasłużyła na wartościowe wyróżnienia i nagrody. Dwukrotnie była nominowana do Nagrody Literackiej Nike 2001 i 2013, jak również do Nagrody Europy Środkowej Angelus.  U mnie też ma nagrodę uznania za poruszony wątek germanizacji polskich dzieciaków, takich Bogu ducha winnych kilkuletnich dzieciątek wyróżniających się jasnymi blond włosami i niebieskimi oczami. Tak robili Niemcy; chcieli mieć więcej obywateli rasy aryjskiej, do której, jak mi ta autorka zasugerowała, mnie w pewien szczególny sposób zaliczono. Aż przetarłem oczy ze zdziwienia nad sobą, czytając taką wersję zdarzeń. Czyżby mnie ta germańska „litość” też dotknęła, gdy byłem na robotach w Niemczech po Majdanku, kiedy to moja matka zmuszana była do pracy w polu i na wysokości w stodole, by odbierać snopki zrzucane z wozów, mając mnie na plecach. O tym mi opowiadała wielokrotnie, że tak było i, co ciekawsze, przyglądały się temu uważnie inne Niemki, znajome gospodyni, które przychodziły nawet na pole, by, być może, przyjrzeć mi się z bliska. Nawet zainteresowały się mną i przekazały mamie taki oryginalny wózek dziecięcy na dużych kołach, a więc wysoki, z którego łatwo wypadałem, raniąc sobie twarz i głowę, bo wtedy, mając kilkanaście miesięcy, chciało mi się wstawać, by z wyższego pułapu móc zobaczyć pracującą mamę, której robota nie pozwalała na zbliżenie i pomoc.

Ja o tym wszystko wiedziałem z opowiadań, ale nie przyszło mi do głowy ani rodzicom podejrzenie, że dzięki mojej aparycji wzbudzałem litość tych Niemek, a może nawet, co teraz wydaje mi się możliwe, działania w mojej obronie. W każdym razie po kilku miesiącach takiej pracy, jesienią, mama i chory na tyfus tato pracujący u innego bauera i ja, ku ogólnemu zdziwieniu, otrzymaliśmy dokumenty na legalny powrót do Polski, i to w jakże komfortowych warunkach, w osobowych wagonach, między normalnymi niemieckimi pasażerami, w odróżnieniu od poprzednich podróży w towarowych wagonach.

Spotkani znajomi i rodzina z Soli, bo z Rudy wszyscy byli dalej w Niemczech, nie mogli się nadziwić, jak to się mogło stać, skoro nikt z zabranych 1 lipca 1943 r. do tej pory nie wrócił. Była to zagadka, zapewne dyskutowana na różne sposoby. Ale fakt faktem – wróciliśmy na poprzednie miejsce w Rudzie Zagrody. Ja tłumaczyłem sobie, że to niemiecki ruch oporu zorganizował taką pomoc. Ale za co, skoro dalej byliśmy Polakami? Teraz, po przeczytaniu „Małej zagłady” mam inne przypuszczenia; uratowały mnie moje oczy i włosy, i litość Niemek, którym widocznie spodobałem się. A że byłem nietypowym Polakiem świadczy zachowane zdjęcie mej osóbki zrobione przed samą deportacją. Teraz jest to dla mnie pamiątka. A może to fałszywy trop?

Biłgorajczyk, e-mail: naj-lawok@wp.pl

 

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.