Pamięć o wysiedleniach mieszkańców Tarnogrodu

Jakże tragiczne, a zarazem znaczące były wydarzenia, które 75 lat temu dotknęły mieszkańców Tarnogrodu. Najpierw wypędzono ich z własnych domów, następni wywieziono do obozów i na przymusowe prace do Niemiec.

1 lipca w Tarnogrodzie odbyły się uroczystości upamiętniające rocznicę wysiedleń mieszkańców miasta.

Delegacje przedstawicieli organizacji kombatanckich, samorządowców, nauczycieli i pracowników jednostek oświatowych na czele z burmistrzem Eugeniuszem Stróżem i w asyście Tarnogrodzkiej Orkiestry Dętej przemaszerowały pod pomnik ofiarom przymusowych wysiedleń i złożyli biało-czerwone wieńce i znicze. Honorową wartę pełniły harcerki z 5. Tarnogrodzkiej Drużyny Harcerek „Agape”. Referat historyczny przygotowała i wygłosiła Wanda Fusiarz.
Następnie pochód udał się do kościoła parafialnego, gdzie sprawowana była uroczysta Msza św. w intencji Ojczyzny. – Spotykamy się dzisiaj, aby upamiętnić te bolesne chwile, by oddać cześć pamięci mieszkańcom, którzy zostali zamordowani w obozach koncentracyjnych, którzy polegli na polach walki oraz cierpieli z powodu wysiedleń. Tu, przy tym pomniku, złożymy wieńce i oddamy hołd – mówiła podczas uroczystości dyrektor tarnogrodzkiego Ośrodka Kultury Renata Ćwik.

Głos zabrał także przedstawiciel marszałka województwa lubelskiego Janusz Malinowski, który odczytał list. – Ziemia zamojska w czasie okupacji stała się miejscem szczególnego cierpienia. Z tych terenów wywieziono tysiące dzieci, a obóz z Bełżcu był miejscem kaźni ludności żydowskiej z różnych części Europy. Tarnogród również boleśnie doświadczył niemieckiej przemocy. W 1942 roku wymordowano tu ponad 2 tysiące miejscowych Żydów. Rok później Niemcy otoczyli kordonem miasto i wypędzili z niego Polaków, których wywieziono do przymusowej pracy Niemczech. Do końca wojny trwały tu pogromy i prześladowania– mówił do zebranych.

Te tragiczne wydarzenia w historii Tarnogrodu wspomina Bolesław Szymanik:
„30 czerwca 1943 roku nastąpiła pacyfikacja i wysiedlenie mieszkańców Tarnogrodu przez okupanta niemieckiego. Wcześniej, bo 29 czerwca, nastąpiło wysiedlenie wsi Luchów Górny, Luchów Dolny i Jastrzębiec. Mieszkańcy Tarnogrodu czuli, że nastąpi również wysiedlenie Tarnogrodu, gdyż tych mieszkańców z Luchowa wieziono samochodami ciężarowymi przez tak zwaną Bramę Korchowską w kierunku Różańca i Zamchu.
Rano o świcie 30 czerwca całe miasto Tarnogród zostało otoczone kordonem wojsk Wehrmachtu. Żołnierze pilnowali, żeby nikt z mieszkańców nie wydostał się z tej obławy. Rano, zaczynając od zewnętrznych ulic, zaczęto zganiać wszystkich mieszkańców Tarnogrodu na rynek zborny. Do poszczególnych domów wchodziły trójki, jeden żołnierz niemiecki i dwóch cywilów i wyganiali mieszkańców. Dawali im 10 minut na zabranie ze sobą kilku niezbędnych rzeczy.
My, jako rodzina, czuliśmy, że nastąpi wysiedlenie. Ojciec wieczorem zarządził zbiórkę rodziny i ustalony został pewny plan działania. Mama przez całą noc piekła chleb. Ojciec z młodszym bratem na placu za oborą starali się zakopać w głębokim dole skrzynie z rzeczami i narzędziami, których i tak było niewiele. Ja z młodszą siostrą mieliśmy spakowane rzeczy, które rano matka zawinęła nam na plecy. W tym pakunku był jeszcze gorący bochenek chleba. Miałem wtedy 6 lat.
O piątej godzinie rano miałem wygnać krowę z małym cielęciem za zabudowania, ale obsługa niemiecka krzyknęła „halt” i nie pozwolili mi. Puściłem krowę luzem i miałem jeszcze z siostrą wypuścić króliki z obory, żeby nie poumierały z głodu.
W tym czasie ulicą mieszkańcy już szli na plac zborny. Do naszego mieszkania także weszło trzech, z jakimiś opaskami na rękach. Tłumacz zapytał się mamy, czy tutaj mieszka rodzina polska. Mama odpowiedziała, że tak. Wobec tego dali nam 10 minut i kazali wyjść na plac. Na naszej bramie po wyjściu napisano dużą literę „P”.
Spędzono nas na plac w rynku i czekaliśmy. W porze obiadowej przeszła ulewa i wszyscy bardzo zmokliśmy. Następnie podjechały samochody ciężarowe i zaczęto nas ładować do tych samochodów. W szoferce był jeden żołnierz niemiecki, jeden był z tyłu. Ja się dziwiłem, dlaczego w pełni lata rodzice nas ubrali w ciepłą odzież. Oni liczyli się, że mogą nas wywieźć na Sybir, bo wyjazd przez Korchowską Bramę oznaczał wyjazd na wschód.
Wywieziono nas na stację kolejową do Lubaczowa, tam na niewielkim placu przytrzymano nas dobę. Następnie załadowano nas w wagony towarowe i zawieziono na stację kolejową do Bełżca. Bełżec, jako obóz żydowski, był już nieczynny. Ale pamiętam, jak mieszkańcy na widok tabliczki z napisem nazwy miejscowości zaczęli płakać i mówić, że będzie z nas mydło. Tam przytrzymano nas na rampie kolejowej dobę, następnie zawieziono nas na stację Zwierzyniec Biały Słup. Z tej stacji przegnano nas kolumną marszową do obozu w Zwierzyńcu, który był oddalony o 5 kilometrów od stacji kolejowej. Kilku młodych mężczyzn podczas tego marszu próbowało uciec w las, lecz zostali oni zastrzeleni.
W obozie w Zwierzyńcu ulokowano nas w niewielkich drewnianych barakach na piętrowych pryczach. Jednak nie wszyscy mieszkańcy mogli się tam zmieścić, dlatego część koczowała na placu obozowym. Po kilku dniach w naszym baraku prycze się załamały i przygniotły wiele osób. Warunki były bardzo ciężkie. W obozie nie było wody, był głód, choroby i zarazy. Wiele dzieci umierało.
Wyruszyliśmy w dalszą podróż na stację kolejową do Zwierzyńca. Stąd wywieziono nas do obozu przejściowego na ulicę Krochmalną w Lublinie, a następnie do obozu na Majdanku. Tam oddzielono ojca na inne pole. My, dzieci z matką byliśmy w baraku z kobietami. Pamiętam głód i ciągłe apele. Najbardziej zapadła mi w pamięć wspólna kąpiel kobiet i dzieci w łaźni obozowej. Wcześniej ostrzyżono i ogolono wszystkie kobiety. Bardzo utkwiło mi to w pamięci.
W niedługim czasie zobaczyliśmy naszego ojca na innym polu. Przekazywaliśmy mu z młodszą siostrą na migi, że jesteśmy głodni. Następnego dnia ojciec zawinął kromkę chleba razem z kamieniem w kawałek oderwany od pasiaka i próbował przerzucić przez ogrodzenie z drutu. Był taki słaby, że nie miał siły nawet rzucić. Strażnicy zaczęli strzelać do tego węzełka. Ojciec został zatrzymany i dostał za to pięćdziesiąt batów.
Z obozu na Majdanku wywieziono nas na roboty przymusowe do Rzeszy. Znaleźliśmy się na terenie Bawarii, przy granicy z Austrią. W tym samym transporcie odnalazł się także nasz ojciec. Z transportu niemieccy baorzy wybierali sobie pracowników. Najpierw brali młodych, jako zdolnych do pracy. Nas, jako rodzinę z małymi dziećmi, zabrano jako jedną z ostatnich. Rodzice pracowali u niemieckiego baora koło Regensburga przy obsłudze bydła i przy wszystkich pracach polowych. Tak zastało nas wyzwolenie w 1945 roku przez armię amerykańską. Po kapitulacji nie mogliśmy wrócić do Tarnogrodu, gdyż nie było transportu. W strefie amerykańskiej utworzono tymczasowe obozy. Znaleźliśmy się w Monachium, w byłej fabryce. Wróciliśmy do domu poprzez Pragę dopiero we wrześniu”.

 

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.