Karczma na Woli

Moda na nieszczepienie także w Biłgoraju

Coraz więcej osób zastanawia się, po co szczepić dzieci, skoro o tak wielu chorobach, przed którymi mają one chronić, już dawno zapomniano. Od 1982 r. nie stwierdzono w Polsce ani jednego przypadku tężca u noworodków, a od 2001 r. zachorowania na błonicę (dyfteryt) – choroby, która za czasów naszych babć zbierała wśród dzieci śmiertelne żniwo.

Nie ma choroby Heinego-Medina (polio), powodującej zgony, porażenia i trwałe kalectwo. W 2001 r. WHO ogłosiła, że Europa jest od niej wolna, ale szczepienia przeciwko polio nie zniknęły z kalendarza szczepień obowiązkowych. Epidemiolodzy obawiają się, że wybuch ognisk polio w Afryce grozi przywleczeniem tej choroby do Polski.

Z pytaniem, czy moda na nieszczepienie pojawiła się też w naszym powiecie, zwróciliśmy się do biłgorajskiego sanepidu jeszcze w ubiegłym roku. Okazało się wówczas, że liczba rodziców, którzy nie chcą szczepić swoich dzieci, wynosi około 40. Wtedy też wobec 10 z nich zostało wszczęte postępowanie administracyjno-egzekucyjne. "Oporni" rodzice pochodzili zarówno z terenów miejskich, jak i wiejskich. Czy sytuacja ta się zmieniła? Czy przybyło rodziców, którzy wstrzymali się od obowiązkowych szczepień swoich dzieci? Odpowiedzi na te pytania ponownie szukaliśmy w biłgorajskim sanepidzie.  Problem rodziców, którzy nie chcą szczepić swoich dzieci, nadal istnieje. 46 rodziców nadal rezygnuje z obowiązkowych szczepień ochronnych. Aktualnie wobec 14 rodziców prowadzone są postępowania administracyjno-egzekucyjne – mówiła z rozmowie z nami dr inż. Joanna Sarzyńska, rzecznik prasowy PSSE w Biłgoraju. Efektem wszczętych postępowań mogą być grzywny w wysokości nawet kilku tysięcy zł.

Moda na nieszczepienie dzieci ma swój początek w 2010 roku. Najpoważniejszym pretekstem jest obecnie to, że bezpłatna szczepionka przeciwko żółtaczce zawiera tiomersal, pochodną rtęci. Pojawiły się informacje, że substancja ta może powodować autyzm u dzieci. Wiele organizacji światowych zapewnia, że ta substancja konserwująca jest nieszkodliwa. Rodzice słyszeli o tych zapewnieniach, ale mimo to nie chcą szczepić dzieci. Wiedząc o tym, WHO już kilka lat temu zaleciła, by producenci wycofywali kontrowersyjną substancję ze szczepionek. Większość firm na świecie już jej nie stosuje. Niestety, w Polsce mamy wciąż dopuszczone do obrotu różne szczepionki z tiomersalem i bez.

Jednak epidemiolodzy przestrzegają: gdy przestaniemy szczepić dzieci, opanowane choroby powrócą. Nie jest żadnym argumentem to, że dziecko nie było szczepione i nie zachorowało. Po prostu mu się udało, ponieważ wszystkie dzieci dookoła były zaszczepione, co stworzyło tzw. odporność zbiorową. Jeśli na danym terenie przeciw jakiejś chorobie jest zaszczepionych 90 proc. osób, bakteria czy wirus przestaje krążyć w powietrzu i ognisko choroby wygasa. Ale ta odporność szybko się skończy, gdy spada liczba szczepień.

Kraje zachodnie już płacą boleśnie za demagogię dotyczącą szkodliwości szczepionek. Po tym jak w Szwecji w latach 80. zaprzestano powszechnych szczepień przeciw krztuścowi, w ciągu 10 lat liczba zachorowań gwałtownie wzrosła. Podobnie było w Rosji, gdzie w latach 90. zniechęcono rodziców do szczepień dzieci przeciw kokluszowi (szczepionka skojarzona zapobiega też błonicy i tężcowi), strasząc poważnymi komplikacjami. Zanotowano wtedy tyle zachorowań na krztusiec i błonicę, ile w czasie II wojny światowej.

W Polsce szczepi się kilkadziesiąt tysięcy dzieci dziennie, a poważne komplikacje zdarzają się niezwykle rzadko. Odczyn poszczepienny (zaczerwienienie, ból) jest tylko przejściowy. Połóżmy na jednej szali 2-3 dni dyskomfortu po szczepieniu, a na drugiej chorobę, która ma nieprzewidywalny przebieg, może skończyć się pobytem dziecka w szpitalu, prowadzić do uszkodzenia nerek, serca, wątroby, zmian neurologicznych, a nawet do śmierci.

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.