Minkiewicz

Dzieła Marka Graszy

W swojej książce pisze o sobie skromnie: "Jestem jednym z wielu. Tacy jak ja żyją w każdej epoce i są jej szarą materią".

45 lat utrzymuję korespondencję z Markiem Graszą i jego żoną Anną, którzy wraz synem przebywają w stolicy Kanady. Żyją w zgodzie, zdrowiu i luksusie. 15 czerwca br. Marek przysłał mi list z fragmentem swojej książki o Biłgoraju i Tarnogrodzie (skąd pochodzi), którą wydał dla Polonii kanadyjskiej w Ottawie. W tym artykule zamieszczam fragmenty jego obszernego listu z cytatami książki. Mam nadzieję, że wrócę do tego tematu, kiedy już będę miał książkę Marka.

Ponieważ Marek jest znanym malarzem, zamieszczam kilka reprodukcji jego dzieł znajdujących się w zbiorach muzeum ottawskiego, a także w prywatnych zbiorach kanadyjskich VIP-ów. Cały świat „obiegł” znaczek pocztowy z wizerunkiem św. Jana Pawła II, naszego papieża. Portret ten namalował Marek Grasza, a wydał jego syn Romek w 2011 r. Jesteśmy dumni z naszego rodaka.

Marek tak pisze o swojej młodości: „Moje pierwsze kontakty z władzą w powojennej rzeczywistości zaczęły się dość niefortunnie. Będąc uczniem czwartej klasy Szkoły Podstawowej w Tarnogrodzie (1949 r.), często w soboty i niedziele wybierałem się do moich kuzynów mieszkających w pobliskim Luchowie Górnym. Imponowało mi, że mogę uczestniczyć w paleniu ogniska, pieczeniu ziemniaków i odstraszaniu dzikich świń, które podchodziły do pól. W tym też czasie późnym popołudniem wracali z patrolu, prawdopodobnie z Woli Różanieckiej, podpici milicjanci Władek Ś. i Antoni T. Wydawało im się widocznie, że to grupa partyzantów lub jakaś banda, zareagowali nerwowo i otworzyli ogień ze swoich pepeszy. Jedna z kul trafiła mojego kolegę Bolka Pogorzelca w kolano, druga kula trafiła w moją lewą nogę powyżej kostki. Zaczęli krzyczeć: „Ręce do góry!”. Podbiegli do nas z karabinami gotowi do strzału i zobaczyli, że to dzieci, wsiedli na swoje rowery i odjechali. Nasz trzeci kolega Jasio Kruk pobiegł do wsi i zawiadomił ojca Bolka, który zorganizował podwodę i przywiózł nas do szpitala w Tarnogrodzie. Tu zaopiekował się nami tamtejszy felczer pan Stanisław Karpik i siostry zakonne, które w tym czasie pełniły funkcje pielęgniarek. Ojciec mój interweniował w Komendzie Powiatowej MO i milicjanta Ślązaka przeniesiono do Zamościa, gdzie został awansowany na wyższe stanowisko(?).

Minął rok. Przechodząc przez rynek w Tarnogrodzie, zetknąłem się znowu z terrorem fizycznym. Z restauracji we wtorkowy targowy dzień wybiegła grupa młodych podpitych mężczyzn i zaczęła się między sobą szarpać. Wmieszał się do tego przechodzący milicjant Tutka, wyjął z kabury pistolet i zaczął strzelać. Jednemu z uczestników bijatyki wybito oko, innemu rozpruto przedramię. Podczas strzelaniny z pistoletu milicjanta trafiony został śmiertelnie mój kuzyn K. Smoła, który osierocił żonę i dwie śliczne córeczki. Takie chwile przeżywa się mocno. Były to czasy, kiedy ginęło sporo niewinnych ludzi, czuli się wolni w swoich myślach i postępowaniu, nie zdając sobie sprawy ilu zakazom jest poddane to, co myślą i robią. Przyczyny aresztowań nie istniały, skazywano niewinnych. Celem było zastraszenie ludności i zwarcie kadr wykonawczych – nic tak nie cementuje, jak wspólnie przelana cudza krew. W tych powojennych czasach różnorodnej broni było dużo i była łatwo dostępna. Trwała wymiana i zamiana na coraz to nowe modele, zwłaszcza u starszych chłopców, którzy chodzili ze mną do szkoły. Z jednym z nich zamieniłem moje łyżwy na pistolet, prosty w obsłudze, gdyż miał wyjmowaną lufę, do której wkładało się nabój. Wyglądał jak tzw. korkowiec. Oczywiście trzeba było wypróbować jak strzela. Chodziliśmy do odległej kapliczki, niedaleko naszej szkoły, która ogrodzona była wysokim, solidnym płotem i tam urządziliśmy sobie strzelnicę. Ktoś doniósł o tym procederze i następnego dnia, kiedy byłem u mojego kuzyna Józka Falandysza zobaczyliśmy przez okno, jak po głębokim śniegu brnie w naszą stronę milicjant. Ledwie zdążyliśmy schować naszą prawdziwą broń, a pozostawić korkowce. Egzaminował nas, oglądał, a nawet wąchał korkowce, które mu pokazaliśmy, twierdząc, że z tego typu broni strzelaliśmy poprzedniego dnia. Otrzymaliśmy reprymendę. Mieliśmy szczęście, że nie zaglądał do komórki w podwórku, gdzie była zmagazynowana reszta naszego arsenału. Były tam: granaty, amunicja do karabinów i pistoletów i miny, które rozbrajaliśmy, wyciągając zapalniki. Wyciągnięte z nich mosiężne odłamki sprzedawaliśmy do skupu złomu jako metale kolorowe.

Na jednej z zabaw wiosennych urządzonych w budynku starej elektrowni pojawił się młody milicjant z Biłgoraja. Starsi chłopcy go znali, gdyż często bywał gościem u panny Krysi, do której się zalecał. Nadarzyła się okazja, by dać mu nauczkę. Pod jakimś pretekstem wywabiono go na zewnątrz. Zaczęła się łomotanina, zarzucono mu na głowę koc, dostał kilkanaście kopniaków i rozbrojono go. Miał przy sobie nowy pistolet – tetetkę (9-strzałowy), z którego zabrano naboje. Następnego dnia spodziewaliśmy się nalotu milicji i UB, ale nic z tego nie wyszło. Delikwent nie zapamiętał ani nie widział, kto go pobił.

W latach 1950-1955, już po śmierci Stalina zaostrzył się reżym i nadzór policyjny w kraju. Życie jednak biegło swoim rytmem. Spotkania kolegów przy kartach miały swój urok. Różnorodne dyskusje, opowieści o słuchaniu radia (Głos Ameryki i Wolna Europa) bardzo interesowały UB i milicję. Pewnego sobotniego wieczoru, kiedy towarzystwo przeniosło się do domu Gierulów, zakradł się komendant miejskiego posterunku MO (od kilku miesięcy pełnił tę funkcję). Był ubrany po cywilnemu. Narobił hałasu. Grający w karty szybko zareagowali, zapewne myśląc, że to złodziej. Dali intruzowi tęgie lanie. Próbował się tłumaczyć, że było zapalone światło na piętrze i myślał, że ktoś potrzebuje pomocy. Musiano na kilka tygodni zawiesić spotkania towarzyskie. Nic poważnego z tego nie wynikło. Władza nie przestrzegała praw, które ją krępują. Społeczeństwo odpowiadało tym samym i tym sposobem bez większych hamulców prawda się rozmyła i wszystko wróciło do dawnych ustalonych norm”.

Tyle Marek Grasza. Czekam na wydawnictwo o Biłgoraju jego autorstwa.

 

Kazimierz Szubiak

 

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.