Wspomnienia z dzieciństwa

Wierzyć się nie chce, że już tyle lat minęło od czasu, gdy moje dzieciństwo było piękne i beztroskie, choć czasy były trudne.

Na świat przyszedłem w Kazimierza – 4 marca 1941 r. i takie dano mi imię. Mój dom rodzinny stał przy ul. Przemysłowej. Ponieważ jedyny przemysł ówczesnego Biłgoraja to tartaki i młyny, z czego dwa tartaki funkcjonowały przy mojej ulicy, stąd dumna nazwa ul. Przemysłowa. Jeden tartak należał do Kazimierza Wolanina od 1919 r., drugi do Maksymiliana Perkowskiego, który nabył ten tartak wraz z młynem parowym od Judki Szafra, właściciela od 1925 r. Ulica była jak wiejska droga z brudnego piasku. Dzieci też były wiecznie umorusane, gdyż ulica była miejscem naszych zabaw ruchowych. Graliśmy na niej w palanta, w berka, w wykupiane złodzieje. Zabawa w chowanego odbywała się na sosnowych klockach składowanych przed tartakiem po obu stronach ul. Widok, aż do ul. Szewskiej. Zmorą matek było nieustanne pranie naszych ubranek upapranych żywicą. Atrakcją było pojawienie się na naszej ulicy mleczarza z Frampola, który sprzedawał maślankę, głośno reklamując: „Hej ty, Januszek, leć po garnuszek, a ty, Franek, goń po dzbanek, maślanki za 5 groszy dostaniesz!”. Znany „krzykacz” miejski pan Jędruchowicz tarabanił w bębenek i zebraną gawiedź informował o zarządzeniach burmistrza, które zapamiętał. Ponieważ był analfabetą do prezentacji dłuższych komunikatów wybierał starszego chłopca, przeważnie mego brata. Pretekstem do tego miała być „boleść zalegająca w gardle”. Po zakończeniu pracy nasz bębnista zasiadał strudzony w gospodzie „Sitarska”, gdzie spożywał 3-4 zupy na koszt magistratu, rekompensując słowno-ruchowy wysiłek,

Zabawy nasze przenosiły się czasami na wielki plac tartaczny, graniczący z posesją stryja Józefa Szubiaka (obecnie w tym miejscu znajduje się Zespół Szkół Zawodowych). Robotnicy tartaczni przeganiali nas, chowających się pomiędzy stertami desek i kantówek albo nawet z podziemia tartaku zwanego gatrem.

Pan Perkowski był wspaniałomyślny i aby zrekompensować nam utrudnienia w zabawach na placu tartacznym, zabierał nas na motocykl z przyczepką marki „Zundap” i woził do Woli Dużej na „źródełka”, lokalnego uroczyska wśród jodeł i świerków. Była tam krystaliczna woda, która toczyła się jak Dunajec.

Fantazja dziecięca, zdolności organizatorskie oraz wpływ lektury „Chłopcy z placu broni” wyzwoliły we mnie inicjatywę założenia 1 maja 1952 r. „organizacji sportowej” o nazwie „Tartaczanka”. Z czasem zmieniliśmy nazwę na „Iskra” (ale nie Lieninowska).

Było to wypełnienie luki po „nieobecnym” harcerstwie. Czasy były trudne. Ranek zaczynał się od wystawania w kolejkach po chleb, cukier, ba… nawet marmoladę – sprzedawanych w sklepie PSS na Rynku.

Po moich starszych braciach, których dzieciństwo przypadało na dobry okres przedwojenny, kiedy wyjechali na studia, stałem się użytkownikiem roweru marki „Kamiński”, sznurowanej piłki nożnej – skórzanej (na dętkę) oraz pary sanek, nart i łyżew. Z takim sprzętem można było „szaleć” z kolegami. Januszek Welc, Antek Wróblewski, Stach i Czesiek Rapa, Edek Kowalski. Dołączyli też koledzy z ul. Moniuszki: Szczepan Tochman, Zygmunt i Grzesiek Dobrzyńscy, Heniek Kukiełka. Z Wrocławia przyjeżdżał na wakacje Jurek Kosmala, z którym pisałem i rysowałem Kronikę „Iskry”. A było co pisać!

Działalność naszej organizacji młodzieżowej była dość aktywna. Po niedzielnej Mszy świętej w „dużym kościele”, w którego bliskim sąsiedztwie były nasze domostwa, a my w wieku 10-12 lat byliśmy zagorzałymi ministrantami, umawialiśmy się na mecze piłki nożnej. Przeciwnikami byli chłopcy z najbliższych ulic: Lubelskiej, Nadstawnej, Radzięckiej i najbliższych wiosek: Gromady, Majdanu Gromadzkiego, Woli Dużej, a nawet i Teodorówki, gdzie zlokalizowany był w latach 50. dom dziecka dla sierot. Piłka moja była tak eksploatowana, że co tydzień trzeba ją było zszywać. Robił to nasz „sponsor”, sąsiad Łazarewicz, jak i ja Kazimierz. Nie brał od nas forsy za robotę, za to miał radochę, oglądając nasze mecze na trawiastej wówczas ul. Widok. Przez okno swojego warsztatu szewskiego pokrzykiwał: „Gracie chłopaki jak „Pogoń” Lwów”. Dla nas to była „zagranica” i zazdrościliśmy mu, że kiedyś kibicował takiej I-ligowej drużynie.

Treningi odbywały się codziennie. Dookoła naszych ulic rozciągały się łąki i pastwiska. Krowy pasły się grzecznie, a my graliśmy osiągając rezultaty po 20-30 goli w meczu. Zawiedzeni koledzy ze smutkiem i złością kwitowali przerwy, powodowane głośnym wołaniem mojej mamy: „Kazik, obiad!”.

Zdarzyło się, że po meczu wygranym na „wyjeździe” czy raczej „na wymarszu” kibice chcieli nas pobić. Przewidując to, braliśmy „ochroniarzy”, starszych kolegów, którzy znani byli ze swych wyczynów „partyzanckich”. Pokolenie starsze staczało ze sobą walki na proce, kusze, armatki, aż dziw, że nie było ofiar.

Oni, pokolenie lat 30., też umawiali się po Mszy św. na walki przypominające zmagania żołnierzy zwaśnionych stron, a mieli do dyspozycji trochę militarnego sprzętu, którego w lesie i na łąkach było „skolko ugodno”. Mieli też swoją organizację „Samodzielny Ruch Oporu”. Nawet nie zwracali uwagi na skrót nazwy, który nie był zbyt elegancki. Wyrażali swą „aprobatę” dla „Iskry”, której działalność była czysto sportowa.

Zimą odbywały się długie wycieczki na łyżwach. Start był za budynkiem Nadleśnictwa przy ul. Długiej. Zapinaliśmy łyżwy (były na blaszki lub ściski) i „pruło się” po zalanym i zamarzniętych łąkach, aż na stawy pana Ćwikły. Tam wystruganymi kijami oraz puszką po paście do butów rozgrywaliśmy mecze hokejowe. Ci bez łyżew ślizgali się na podkówkach i też było im wesoło. Grozą powiało, kiedy skutą lodem naszą rzeką Białą Ładą próbowaliśmy dojechać na łyżwach do Gromady. Żądny sensacji – niespokojny duch – Januszek Welc potęgował emocje, łamiąc lód.

Najbezpieczniej było na sankach i nartach. Niewielkie stoki z ul. Targowej i wzgórza „Rabinówka” (w tym miejscu znajduje się zakład wodociągowy PGK) gwarantowały bezpieczeństwo. Nie hamowało to młodzieńczej brawury. Leszek Stepień, nie dość że połamał moje jedyne narty „Iskry”, to jeszcze złamał nogę. Gdy wieźliśmy nieszczęśnika na sankach do szpitala, prosił, płacząc: „Tylko nie mówcie mamusi!”.

Dorastając, zmienialiśmy „style i mody”, także zabawy. Pojawiło się zainteresowanie płcią przeciwną oraz tańcem i kinem.

W powojennym Biłgoraju było kino „Związkowiec”, w którym widać było, jak kinematografia radziecka przystąpiła do szturmu na nasze ekrany. Oglądaliśmy więc 3-4 razy te same filmy wojenne: „Opowieść o prawdziwym człowieku”, „Jak hartowała się stal”, „Alosza” czy głośny film „Cichy Don” w trzech częściach. Niewątpliwą atrakcją były festyny i potańcówki. Stałym miejscem ludowych zabaw był stary kort przed stadionem KS „Łady”, plac z estradą dla tańczących przed Powiatowym Domem Kultury lub polana w sosnowym lesie zwanym „Borek” (obecnie oczyszczalnia ścieków).

Najbardziej urokliwy i szkoda, że zapomniany zakątek naszego miasta, to park w Różnówce zwany „Małpim Gajem”. Od strony obecnego Lidla wchodziło się tam pachnącą w maju aleją bzów. W centrum parku na wyspie była estrada. Do tańca przygrywała orkiestra strażacka lub pana Piotra Jakubczyka, zwanego przez biłgorajaków „Esta-esta-estadrata”. Straż „ognista” pilnowała porządku i pobierała opłatę 1 zł „za garnitur taneczny”. Bufet był zawsze obficie zaopatrzony, a gorliwi jego zwolennicy leżeli pokotem nad okalającą estradę fosą, do godzin porannych.

Na drugi dzień było co powspominać, zwłaszcza jak nasza „Łada” wygrała. Niebawem zacząłem swoje sportowe sukcesy i mając 16 lat już grałem jako bramkarz w pierwszym składzie reprezentacji miast.

Ech, gdzie te czasy, łza się w oku kręci.

 

Kazimierz Szubiak

 

- Reklama -

1 komentarz
  1. malgorzata mówi

    Lezka w oku sie zakrecila od tych wspomnien ,miejsca znam doskonale, ludzi raczej nie.

Odpowiedz na 1 |
Anuluj odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.