Jarosław Piskorski

Wspomnienia pani Marii

Urodziła się 27 czerwca 1942 r. W tym to czasie były wysiedlenia wioski Majdan Nowy. Tato przed rozwiązaniem wywiózł mamę do swojej siostry. 27 czerwca 1943 r. nastąpiło rozwiązanie mojej mamy wraz z wysiedleniem mieszkańców Tarnogrodu. Niemcy przygotowywali ludzi do wywózki na Majdanek. Moja mama, gdy doszła na ten plac, straciła przytomność, przewróciła się w błoto. Ciocia pobiegła do szpitala. Było otwarte. Ciocia złapała dziecko, a mężczyźni mamę i zawlekli je do szpitala. Położyli za drzwiami i pobiegli do swoich rodzin na plac. Po chwili przyszedł lekarz i do Niemca nadzorującego powiedział: "Nie można tej kobiety wyrzucić, bo urodziła dziecko na placu". Po chwili zamknęli szpital i już nikt tam nie wszedł. Moja mama dostała krwotoku i długo była nieprzytomna. Siostry zakonne pracowały w tym szpitalu jako pielęgniarki, powiedziały, że zajmą się dzieckiem i wychowają tę dziewczynkę. Ja byłam zdrowa. Moja mama była młoda i silna, niebawem wyzdrowiała. Nikt w szpitalu nie wiedział, kto to jest, skąd ta osoba z tym dzieckiem, do tej pory aż mama doszła do zdrowia. W szpitalu ksiądz pyta, czy chce ochrzcić to dziecko – mama mówi, że tak. Pyta jakie imię. Mama powiedziała, że tylko Maria, bo dzięki Matce Bożej żyjemy. Opowiadała, że pewnej pięknej słonecznej niedzieli wyszła po obiedzie na balkon. Patrzy, podjeżdża furmanka na rynek, poznała swojego konia. Okazało się, że to sąsiad, Ukrainiec o nazwisku Iwan Markowicz. On się bardzo ucieszył. Mówi do mamy: "Jasiek mnie wysłał (mój ojciec), żebym ciebie szukał". On mówi, że ojciec mój żyje. Akcję wysiedleńczą przeleżeli w zbożu w polu. Pamiętam, jak mama woziła mnie do Tarnogrodu, do tych sióstr zakonnych, bo bardzo chciały widzieć, jak ja wyglądam. Mój brat Stanisław, starszy ode mnie o 7 lat, który w czasie akcji wysiedleńczej był z tatą schowany w zbożu, po wojnie wyglądał, jakby postradał zmysły, w nocy zrywał się ze spania, uciekał, krzyczał – to było straszne.
 
Ciąg dalszy wspomnień Edwarda
Przepracowałem w "Mewie" 27 lat. Po podliczeniu wszystkich lat pracy od 17. roku życia (Majdanek i roboty przymusowe w Niemczech zaliczono mi podwójnie) dało mi to 40 lat pracy i z tego zakładu poszedłem na emeryturę. W 2010 r. byłem z żoną w sanatorium. Przypadkowo, jadąc windą, zapoznałem się z Niemcem o nazwisku Józef Wyrwas, który urodził się jak ja w 1937 r. w Niemczech. Poznany przeze mnie Niemiec Józef Wyrwas załatwił spotkanie u siebie. Proszę Wyrwasa, żebyśmy podjechali na pastwisko, gdzie pasłem krowy. Rzeczywiście jest takie samo. Stałem tam, a Wyrwas zrobił mi zdjęcie. Dużo ludzi z tej miejscowości dzwoniło do pana Wyrwasa, że oni by mnie przyjęli do swego domu, bo mnie doskonale pamiętają.
Tak w skrócie opisałem swoje przeżycia. Okres wojenny jak i powojenny wpłynęły na moje zdrowie. Dlatego muszę być pod stałą kontrolą lekarzy. Cieszę się życiem! – Edward Okoń.
 
Na zakończenie przytoczę fragment artykułu z niemieckiej gazety "Stadt und Land" z 28 października 2010 r.
"Jeszcze raz zobaczyłem Altenschlirf…"
"Edward Okoń to były robotnik przymusowy. Znowu chciał odwiedzić Vogelsberg. Wizyta wypadła źle.
Edward Okoń miał 7 lat, gdy został zesłany wraz z babcią i bratem do Altenschlirf jako robotnicy przymusowi w czasie wojny (1943 r.) Dziś ma już ponad 80 lat. Często myśli o dawnych, złych czasach.
Chciał odwiedzić małą wioskę Vogelsberg, którą zapamiętał z dzieciństwa. Liczył na spotkanie z ludźmi z tamtych lat.
Oprowadzał go jego rówieśnik, żyjący w Niemczech od urodzenia Józef Wyrwas poznany w sanatorium w Kołobrzegu. W 2010 r. wraz z żoną skorzystaliśmy z jego zaproszenia. Józek zapewniał, że to już nie są ci sami Niemcy i przyjmą mnie z życzliwością. Rzeczywistość okazała się inna. Pan Walter dał wyraz swemu niezadowoleniu ze spotkania. "Nie pamiętam, by w czasie wojny pracowało tu dziecko…". Pan Edward wspomina: "Wróciłem do Józia Wyrwasa ze zranionym sercem. Myślałem, że podadzą mi rękę, a zostałem potraktowany jak przestępca – ja wówczas 7-letnie dziecko. To smutne". Po kilku tygodniach pan Wyrwas pisał do mnie, że wielu ludzi dzwoniło do niego. Żałowali, że nie mogli mnie przyjąć w swych domach. Bo mnie dobrze pamiętają. Wstyd im za moich pracodawców". No cóż, lata robią swoje".
Zakończył swoje opowiadanie pan Edward, na którym ten straszny – wojenny czas pozostawił swoje piętno. Najbardziej ucierpiało zdrowie!
Życząc zdrowia i pomyślności, podziękowałem panu Edwardowi i jego żonie za rozmowę!
 
Kazimierz Szubiak

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.