- Reklama -

Pokuta do myślenia

Piszę o swojej innej pokucie przed samą Wielkanocą, a będę starać się pisać o niej na serio, bez aluzji i owijania w bawełnę.

To będzie wprost od siebie i bez żadnych dezawuowań ani osobistych wymądrzań. Czy to będzie jeszcze felietonem? Mam obawy, że już trochę nie, bo tu nie będzie typowych dla felietonu odniesień do otaczającej nas rzeczywistości ani elementów satyrycznych, ani tym bardziej humorystycznych. Więc co będzie? Będzie poważnie i tylko poważnie, bo – jak wiadomo – pokuta dla każdego katolika – a więc i dla mnie – to rozliczenie się przed Bogiem ze swego codziennego życia. To będzie moja skromna próba zrozumienia obecnych czasów, w których zaczyna pojawiać się termin ponowoczesności i to w kontekście minionych niedawno skompromitowanych dwóch ustrojów totalitarnych: tzw. faszyzmu aryjskiego i czerwonej komuny. Ale nie będzie też o samej pokucie kościelnej jako takiej, bo to nie moje predyspozycje i nie moja wiedza.

Moja tytułowa pokuta to szczególna pokuta, ale też związana z refleksją na bieżące życie i nazwę ją w tym felietonie jako refleksję intelektualną, dającą dużo do myślenia o zachodzących zjawiskach w kulturze i świadomości ludzkiej, i to jakby samoistnie. Zapewne należy się czytelnikowi informacja, skąd się wziął taki temat w mojej głowie. Powiem wprost, a nawet pochwalę się. Mój proboszcz z biłgorajskiego kościółka przy okazyjnym spotkaniu wręczył mi zagadkową książkę z tajemniczym tytułem „Nienawiść do świata” z podtytułem „Totalitaryzmy i ponowoczesność” i zrobił to z typowym dla siebie uśmieszkiem, co mnie tym bardziej pobudziło, by tę rozprawę filozoficzną poznać na skalę swego intelektu, mając jednak nadzieję, że o ile tylko coś z tego przyswoję, to pochwalę się tym swym czytelnikom.

I co? Okazało się, że to droga przez mękę, taka swoista pokuta, że – owszem – tematy są porażające, ale jak je przyswoić sobie, skoro co krok głowę opuszcza zrozumienie i trzeba ratować się „ściąganiem” wiedzy z innych źródeł. Przyszło mi przy tym wszystkim do głowy skojarzenie, że jeżeli połknę z tej książki trochę wiedzy, to zrobię z tego dobry wielkanocny uczynek, taki na miarę pokuty, jako że rozwodnicy tradycyjnej pokuty nie mogą otrzymać z przyczyn – nazwijmy to – doktrynalnych i z tym nie chcę tu dyskutować.

Zamiast tego przybliżę problem analizowany we wspomnianej książce napisanej przez Chantal Delsol, profesor filozofii politycznej na Uniwersytecie Marne-la-Vallee w Paryżu. Jest tu odpowiedź na pytanie, jakimi drogami rozwoju brnie obecnie człowiek; czy jest tylko demiurgiem, tzn. zwolennikiem idei zastąpienia tego świata nowym światem, czy też chce obecny świat chronić i bronić. Mnie zafascynowała ta druga idea, zwana ideą ogrodnika, co powinno mi ułatwić dalsze rozumowanie, jako że zdecydowana większość z nas ma w życiu kontakt z przyrodą, a szczególnie tą pielęgnowaną osobiście na własnej działce czy przydomowym ogrodzie. Można powiedzieć, że każdy ogrodnik jest jej pasjonatem, dba i zabiega, aby jego rośliny były jak najbardziej okazałe i każdego roku oczekuje z zainteresowaniem swoich plonów, dogadzając roślinie w przeróżny sposób. Jest przy tym jej pokorny i wie, że mogą być niespodzianki, np. przymrozki, susza, szkodniki. Nie zniechęca się jednak, lecz planuje kroki zaradcze; buduje systemy nawadniające, walczy ze szkodnikami albo zmienia gatunki na bardziej mrozoodporne, zdając sobie sprawę, że świata i przyrody jako takiej nie zmieni, bo ta jest genialna, a nawet idealna, trzeba ją tylko poznawać i pielęgnować w stylu ogrodnika. Mnie to odpowiada, bo taki jestem. Kocham przyrodę i jej poświęcam emeryckie życie i mało tego, ciągle mnie ta przyroda czymś miłym zaskakuje. Powiem więcej; ona mnie trzyma przy duchu, jakby to powiedzieli jeszcze starsi ode mnie. A zdrowy duch to też przeważnie zdrowy cały organizm, to chęć do dalszej egzystencji. Ogrodników smuci dewastacja środowiska przez wspomnianych demiurgów, którzy w pogoni za tzw. postępem niszczą podstawę własnej egzystencji. Oni podziwiają tylko to, co sami wytworzą, oni wprost galopują w ślepy zaułek, w odróżnieniu od moich ogrodników, którzy cieszą się z ewolucyjnych przemian, jakby z góry zaplanowanych. A ekolodzy gdzie są w tym wszystkim? Oni też kochają przecież przyrodę, ale inaczej niż ogrodnicy, raczej biernie i to z dalszej odległości. Nie zachwycają się szczegółami, oni biorą w obronę tylko ideę, co jest też wzniosłe, ale jej nie towarzyszą na co dzień tak, jak robią to ogrodnicy. Głośna postawa ekologów w obronie Puszczy Białowieskiej jest tego przykładem.

Kończąc swoje spostrzeżenia o przedmiotowej książce, chcę jeszcze dotknąć pojęcia człowieka cyborga, mającego coś z nowoczesnej hybrydy demiurgów, a to już poznawanie przyszłości mogącej przekroczyć granicę bezpieczeństwa naszej cywilizacji.

 

Biłgorajczyk, naj-lawok@wp.pl

 

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.