- Reklama -

„Krzysio był pewien, że nikt do niego nie strzeli”

NOWa Gazeta Biłgorajska: Górnicy z „Wujka” oddali swe życie w obronie prawa do godnego życia i ideałów „Solidarności” wszystkich Polaków. Dzisiaj Pański brat jest bohaterem. Czy w tamtym czasie coś wskazywało, że dojdzie do takiej tragedii? Czy Pański brat przewidział taki obrót wydarzeń?

Andrzej Giza: Mój brat wyjechał na Śląsk za chlebem. Pracował w kopalni dwa lata przed wprowadzeniem stanu wojennego. 3 grudnia przyjechał do nas na pierwsze urodziny mojej najstarszej córki. Był jej chrzestnym. Pamiętam nawet, że następnego dnia pojechałem z nim na Śląsk. U nas była bieda. Sklepowe półki świeciły pustkami. Krzysio załatwił nam wtedy trzy kilogramy smalcu. Żartowałem wtedy, że po smalec musiałem jechać na Śląsk. To było nasze ostatnie spotkanie. Brat wspominał wtedy, że dzieje się coś niedobrego. Ale zapewniał, że nikt do nich strzelać nie będzie. Ufał, że komuniści nie powtórzą sytuacji z Gdańska czy Poznania. Tego dnia u Krzysia był nasz brat Witek. Prosił, aby dał spokój. Krzysio go uspokajał, mówił, że to niemożliwe, żeby Polak do Polaka strzelał. Niestety, pomylił się.

To były trudne czasy. Informacje podawane w telewizji nie były obiektywne. Służyły ówczesnej władzy. Jak się Pan dowiedział o śmierci brata?

Faktycznie tak było. Nie było też telefonów. Ktoś z kopalni zadzwonił na pocztę i poinformował o śmierci mojego brata. Dowiedziałem się od mojej teściowej. Nie pamiętam nic z tego momentu, jak teściowa powiedziała mi o śmierci Krzysia. Byłem w szoku. Później mi mówiono, że bardzo krzyczałem i płakałem. Dowiedzieliśmy się o tym na drugi dzień. Moja mama przyjechała z ciałem brata 19 grudnia. Ja zająłem się załatwianiem spraw związanych z pogrzebem. Nie było to łatwe, nie miałem samochodu, wszędzie były kontrole. Ale z pomocą mojego szwagra Tadeusza Sieka oraz kolegi Tadeusza Sarzyńskiego udało nam się zaplanować pogrzeb. Chciałem, żeby na pogrzebie grała orkiestra, bo brat grał. Ale mi nie pozwolono. Ksiądz się nie zgodził, prawdopodobnie się bał, bo to były bardzo ponure i ciemne czasy. Powiedzieli księdzu, że to ma być pogrzeb cichy i spokojny.

I taki też był?

Tak. Pogrzeb odbył się 20 grudnia. Ludzi było bardzo dużo. Po pogrzebie umocowaliśmy na grobie tabliczkę. Było tam napisane, że Krzysio został zamordowany przez oddziały ZOMO w kopalni „Wujek”. Jak tabliczka zawisła na grobie, to zaraz została zerwana. Wtedy my kolejnego dnia pisaliśmy nową, a oni znowu ją zrywali. I tak przez kilka dni czy nawet tygodni. Aż moja mama poprosiła nas, żeby odpuścić, żeby był spokój na grobie naszego brata. Pamiętam też, że w telewizji mówiono wówczas, że górnicy ponieśli karę za sprzeciwianie się wprowadzeniu stanu wojennego. To były dwa zdania. Nikt o tym nie mówił głośno.

Postawa Pańskiego brata wynikała z ówczesnej sytuacji w naszym kraju, czy może ma inne źródło?

Taką postawę patriotyczną wszyscy wyssaliśmy z mlekiem matki. Krzysio był taki, że w obronie Ojczyzny poszedłby pierwszy na barykady. Tak byliśmy wychowani, w duchu antykomunistycznym. Mieliśmy przez to problemy. Nasi rodzice byli jak na tamte czasy wykształceni. Mama miała małą maturę przedwojenną, ojciec był podchorążym i służył w Armii Krajowej. Po wojnie rodzice pracowali, ale potem stanęli przed dylematem czy zapisać się do partii. Nie zrobili tego, dlatego szybko pracę stracili. Wybrali biedę. Ojciec był naczelnikiem poczty, a mama kierowniczką domu starców w Tarnogrodzie. Później nie dali już im szansy. Rodzice wpoili nam nienawiść do komuny. Jak słuchaliśmy radio Wolna Europa w domu zapadała cisza. Mimo że byliśmy małymi dziećmi. Takie mi wspomnienia właśnie utkwiły. Ojciec opowiadał jak dwa tygodnie siedział na drzewach, bo Niemcy zrobili obławę. Strzelali po drzewach, on ocalał, choć wielu wtedy zabito. W 1946 roku wrócił z łagrów, z Rosji. Zniszczyli mu tam zdrowie, zmarł mając 49 lat. Mama zmarła kilka lat po śmierci Krzysia. Nie poradziła sobie z tym. 

Czy śmierć brata wpłynęła na Pańskie życie? Zastanawiam się, jak ówczesne władze traktowały Pańską rodzinę, wiedząc, że to właśnie z niej pochodził jeden z bohaterów „Wujka”?

Było nam ciężko. Jeden Bóg wie, co wtedy przeszliśmy. Mimo że nie byłem internowany, to i tak znaleźli sposób, aby nas dręczyć. Pracowałem wtedy w PGR Tarnogród oddział w Biszczy (Zakład Usług Technicznych). Pod pretekstem redukcji załogi mnie zwolnili. Tylko mnie. Dostałem wówczas wilczy bilet. Nie dostałem nigdzie pracy. Sprzedałem wtedy wszystko co miałem cenne. Nawet ślubne obrączki, byle był grosz na chleb. Pracowałem u chłopów. Chodziłem wyrzucać obornik. Imałem się każdego zajęcia. Dopiero po zniesieniu stanu wojennego, w 1983 roku, zatrudniono mnie w PKS Biłgoraj. W 1989 r. byłem przewodniczącym Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie w gminie Biszcza.

Wartości patriotyczne były Panu równie bliskie jak bratu…

Zdecydowanie. Pamiętam, jak drukowaliśmy ulotki w tajnej drukarni w Biłgoraju. Telewizja i radio nie mówiły prawdy. Chcieliśmy uświadamiać społeczeństwo, jaka jest prawda. W podziemiu działałem około pięciu lat. Różnie wtedy było. Mieliśmy nieraz rewizje w naszym mieszkaniu. Jedna z nich utkwiła mi najbardziej w pamięci. Nie było mnie wtedy w domu. Żona opowiadała, że przyszli z nakazem rewizji. Napisali, że szukają bimbru, którego szukali nawet w książkach. Przeszukali wtedy całe mieszkanie. Chcieli zaglądać nawet pod materac łóżeczka, na którym spała nasza córka. Moja żona nie dała im dotknąć łóżeczka. Miałem też ze trzy spotkania na komendzie w Biłgoraju. Namawiali mnie wtedy, żebym wyjechał z całą rodziną z kraju. Dawali bilet w jedną stronę do Australii. Gdyby człowiek nie myślał takimi kategoriami, że najważniejsze są Bóg, honor, Ojczyzna, to wówczas bardzo wielu ludzi wyjechałoby w ten sposób.

W tamtych czasach uczczenie bohaterów nie było możliwe. Teraz jest inaczej. Corocznie w kopalni odbywają się piękne uroczystości, poświęcone zamordowanym górnikom. Pamięta też tarnogrodzka społeczność.

Co roku jeździmy na uroczystości organizowane w kopalni. Tam jest pięknie. Zaczyna się od spotkania w muzeum poległych górników, potem jest Msza św. i wszyscy idziemy pod pomnik. Zawsze bardzo to przeżywamy. 

Patrząc z Pańskiej perspektywy, ustawa dezubekizacyjna rozwiązuje pewne tamte grzechy?

Dla mnie niedopuszczalne jest to, że funkcjonariusze SB, którzy mordowali niewinnych ludzi, dzisiaj otrzymują po 12 tys. zł emerytury. A ci, co przepracowali uczciwie całe życie, otrzymują zaledwie tysiąc zł. Gdzie była ta sprawiedliwość? Jak można było tak zniszczyć tę Polskę? Zamiast myśleć o Ojczyźnie, władze do tej pory myślały o swoich kieszeniach.

Wiemy, że zakłada Pan stowarzyszenie. Proszę w kilku słowach opowiedzieć o tym.

Pod patronatem pani poseł Agaty Borowiec zakładam stowarzyszenie „Pomóżmy sobie sami”. Stowarzyszenie ma działać na rzecz lokalnych szkół. Odwiedziłem już kilka z nich i dyrektorzy ciepło o tym pomyśle się wypowiadają. Stowarzyszenie pomoże szukać sponsorów i zbierać datki, aby jak najwięcej wspomagać nasze dzieci i młodzież.

Dziękuję za poświęcony czas i rozmowę.

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.