Przyjechała wieś do miasta, a w mieście… gorzej niż na wsi

Było jakieś… półtora, dwa tygodnie do świąt. Przyjechałem do Biłgoraja, jak czynię to bardzo często, aby załatwić kilka spraw. Urzędy, bank, parę sklepów – konieczność w codziennym prowadzeniu firmy. Już na wjeździe wiedziałem, że chociaż święta jeszcze nie tak blisko, to będzie tłoczno. Bywają takie dni w tygodniu, zwykle po opadach deszczu, kiedy zjeżdżają ludzie z powiatu, wykorzystując brak możliwości prac na zewnątrz. Załatwiają wtedy sprawy, które może nawet mogą odłożyć na później, ale w tych zabieganych czasach akurat czas jest pojęciem deficytowym i każdy chce go wykorzystać jak najlepiej.

Tak więc krążę po licznych już w Biłgoraju rondach, snując się po mieście jak pozostali uczestnicy ruchu ulicznego, w poszukiwaniu upragnionego miejsca do parkowania. Jest godzina… 9.30, 10, a ludzi i samochodów „jak mrówków”. Po kilku okrążeniach, nie mogąc nigdzie zaparkować, sfrustrowany postanawiam przycupnąć w zatoczce autobusowej naprzeciwko niedawnej jeszcze siedziby PKO, przed Urzędem Skarbowym, oczywiście przy ul. Kościuszki. Zdaję sobie sprawę, że łamię przepis, jednak sytuacja mnie zmusza. Nooo – myślę – nie ma wyjścia. Podjeżdżam maksymalnie do przodu, aby nie utrudniać potencjalnym użytkownikom zatoki wjazdu i wyjazdu. Pomyślałem też, że o tej porze to chyba nawet trudno o busa, co dopiero dwa a i te dwa jeszcze się za mną zmieszczą jakby co, no ale…, gdzie tam jaki bus o tej porze. Wyskoczyłem, jeszcze trochę mżyło, wracam po pięciu minutach, busa nie widzę, wsiadam… za to karteczka za wycieraczką zdążyła się pojawić. No cóż, brałem ryzyko pod uwagę, choć pomyślałem też: „nieee, przy takim natężeniu ruchu, przy takim deficycie miejsc parkingowych jak dziś, nawet strażnik miejski będzie się kierował zdrowym rozsądkiem i przymknie oko na przepis, widząc, co się dzieje w mieście, w końcu w żaden sposób nie zablokowałem zatoczki”. Byłem w błędzie. Pozostało mi tylko stawić się zgodnie z instrukcją na ulicy Zamojskiej, choć po numerze nie wiedziałem gdzie dokładnie.

Przedzieram się więc przez miasto, lokalizuję wreszcie budynek, zawracam na rondzie kilkadziesiąt metrów dalej i… szukam miejsca do parkowania. Chodnik szeroki po prawej, ale wjazdy na posesje, poza tym stoi już ze trzy samochody tam gdzie można, a po lewej ścieżka rowerowa…, wjazdy…, parking marketu, skręcam i ku mojemu zdumieniu brak wolnych miejsc, w dwóch autach siedzą kierowcy, oczekując aż coś się zwolni. Skręcam w wąską uliczkę łączącą parking marketu z ul. Zamojską, wzdłuż budynku, na którego końcu znajduje się siedziba straży. Niestety, w tym budynku są jeszcze inne punkty usługowo-handlowe, więc wszystkie miejsca są zajęte, a nawet dwa auta stoją na tej wąskiej uliczce, blokując inne zaparkowane. Omijam je, wjeżdżam na Zamojską, zawracam na rondzie, skręcam…, eee…, powtarzam cały schemat jeszcze dwa razy, by wreszcie zaparkować przy markecie – jest ok. jedenastej.

Wchodzę – jakoś cicho, w końcu korytarza otwarte drzwi po lewej, na pozostałych brak opisu, więc to chyba tam. Zaglądam, za biurkiem siedzi… zapewne ktoś ze straży. Aby nieco rozładować atmosferę mówię od progu: „dzień dobry, kłania się przestępca”, po czym kładę karteczkę z wezwaniem na biurku. Niestety, jakoś dziwnie u mundurowych, poczucie humoru nie zawsze funkcjonuje jak należy, ale może to wpływ stresującej pracy. Po przeczytaniu pan funkcjonariusz odzywa się w te słowy: „ale spokojnie, widzę że nie przestępstwo tylko wykroczenie, także spokojnie, proszę spuścić powietrze…”. No cóż, do tej pory byłem spokojny, ale te słowa mnie trochę poirytowały. Po chwili milczenia wypełnionej jedynie sprawdzaniem uprawnień, ubezpieczenia i spisywaniem danych osobowych z dokumentów, które na życzenie podałem, pan funkcjonariusz zadaje mi pytanie równie irytujące jak jego pierwsze słowa: „czy pan naprawdę nie wie, że nie wolno parkować w tym miejscu?” Robi to z takim naciskiem na niektóre słowa, z takim politowaniem i zdziwieniem w głosie, że w moich uszach kierowcy z uprawnieniami od ponad 25 lat brzmi to tak: „czy pan jest naprawdę taki niedouczony i tępy, że popełnia pan tak ciężkie wykroczenie?” No cóż, po potraktowaniu mnie jak totalnego ignoranta z jednoczesnym dowartościowaniu swojej roli jak i rangi wykroczenia rozmowa nie mogła przebiegać już w neutralnym tonie. Moja odpowiedź, choć nieco inna, mogła zabrzmieć tak: „człowieku, pisz ten mandat i nie wymądrzaj się, przepytując mnie jak szczeniaka z kodeksu drogowego.” Dyskusja przeniosła się następnie na możliwości, jakie stwarza miasto do parkowania. Nie muszę dodawać w jakim tonie, ale oczywiście nie znaleźliśmy porozumienia w tej kwestii. Pan funkcjonariusz – czego spodziewałem się – wspomniał o parkingu przy ulicy pocztowej. Otóż byłem i zrezygnowałem z wjazdu i każdy, kto był zmuszony (podkreślam to z całą stanowczością – zmuszony!) skorzystać z zaparkowania auta w tym miejscu, poza kilkoma miejscami przy samej ul. Pocztowej, naraża się na uszkodzenie zawieszenia, pośliźnięcie się, złamanie, skręcenie nogi, zamoczenie nóg pomimo wysokich cholewek, zabłocenie butów w stopniu uniemożliwiającym dalsze poruszanie się po budynkach usługowych, handlowych czy urzędowych. Wspomnę jeszcze, że nie czułem się jakoś w pełni zdrowy, jakby „coś mnie brało” ale sezon grypowy więc to i nie dziwota. Dodatkowo, coś czuję, że żywot podeszwy w lewym bucie chyba dobiega końca, bo jakoś mi tam mokro i bez wchodzenia w kałuże.

Nie omieszkałem wyrazić swojego zdania wobec pana funkcjonariusza na temat tego parkingu. W odpowiedzi usłyszałem z oburzeniem: „pan ma jakieś, nie wiadomo jakie, wymagania, bez przesady…!” Zapytałem: „czy był pan tam ostatnio?” Usłyszałem: „ja wiem, jak ten parking wygląda”. Obawiam się, że pan jednak nie wiedział. Trudno w to uwierzyć, ale nawet tam, w momencie kiedy tam zajechałem, aut było tyle, że nie dostrzegłem wolnego miejsca (no, może poza tymi dla łódek) jedynie kołyszące się na wybojach auta pełzające wkoło aż coś się zwolni.

Po konsultacji przez radio z funkcjonariuszem, który zostawił mi wezwanie za wycieraczką i upewnieniu się, czy aby nie stałem na środku zatoki, (choć nie wiem, co by to zmieniło w kwestii kary) otrzymałem mandat w wysokości 100 zł i wyszedłem. Jadąc przez miasto ok. 11.30, zauważyłem że zaczęło się przerzedzać, bo jest już tu i ówdzie wolne miejsce, a sznur aut zmierza w stronę ulic wylotowych. Postanowiłem więc zajechać raz jeszcze na ten jakże wychwalany przez funkcjonariusza parking. Zrobiłem kilka zdjęć i dedykuję je w szczególności władzom miasta, ale i panom funkcjonariuszom, apelując o trochę zdrowego rozsądku i zrozumienia. Żałuję, że nie zdążyłem zrobić zdjęcia kobiecie przeskakującej kałuże z dzieckiem na reku, bo widząc to, a mając w głowie świeżą rozmowę z panem funkcjonariuszem, aż się we mnie zagotowało! Panowie! Mamy XXI wiek, a parking w centrum miasta wygląda jak…, no właśnie, nie wygląda na parking! Nie chcę nawet podejrzewać, że możecie mieć inne plany na zagospodarowanie tego terenu, typu sprzedaż pod kolejny budynek handlowy. To miejsce aż krzyczy, żeby coś z nim zrobić i może to być tylko parking, bo naprawdę jest taka potrzeba! Ale parking zaplanowany z głową, z dwoma drogami dojazdowymi albo z wjazdem i wyjazdem do innej ulicy! Bo ulica pocztowa to wąskie gardło przy dużym natężeniu ruchu, gdzie nie ma jak włączyć się do ruchu na Kościuszki! Zadbajcie już o wykup, albo jakąś służebność przejazdu przez plac PKS-u , który być może i wobec miasta posiada zadłużenie z tytułu nie zapłaconych podatków od nieruchomości (oczywiście to moje przypuszczenia). Czy naprawdę zza biurek tego nie widać?

I żeby wszystko było jasne. Nie trawię bezmyślności ludzi parkujących tak, że blokują innym wyjazd z posesji, blokujących innych na parkingach, parkujących tak, że kosztem innych zajmują więcej miejsca niż potrzeba. Nie mam wątpliwości co do tego, że pan funkcjonariusz miał prawo ukarać mnie mandatem. Do tego, który zostawił mi karteczkę za wycieraczką też nie mam pretensji, poza pretensjami o brak zdrowego rozsądku, bo dla mnie jest to tak idiotyczne, jak karanie kierowców jadących pięćdziesiątką obok szkoły na ograniczeniu do trzydziestu w czasie wakacji. Nie podzielam jednak argumentacji, że w Biłgoraju parkowanie nie nastręcza większych trudności i że zawsze można zaparkować na parkingu obok PKS-u na Pocztowej, bo zawsze są tam miejsca i warunki. Wstyd – panowie włodarze Biłgoraja – wstyd, aby tyle lat utrzymywać taki stan rzeczy w centrum jako tako ładnego, jako tako zadbanego miasta. Powiem więcej, licząc, że może urażę czyjeś ambicje i honor, prowokując jednak do działania. Panowie, we wsiach powiatu ze świecą szukać takiego…, takiej imitacji parkingu!

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.