- Reklama -

O pieczywie i alkoholu podobnie

Tytuł pozornie bałamutny, warto więc poznać jego kulisy, bo dotyczy, moim zdaniem, ważnego zagadnienia z naszego życia – malejącego szacunku dla chleba i rosnącego spożycia alkoholu w Polsce. Ta zbitka życiodajnego chleba i degenerującej wódki ma pobudzić czytelnika do zastanowienia, a nie do schlebiania wódce. A może jestem po jednym głębszym i dlatego tak „fandzolę, bom ze Ślonska”, i żarty mnie się trzymają? Przyznaję, że w upały piję sam nawet dwa głębsze stakany, ale orzeźwiającego płynu i od czasu do czasu też coś mocniejszego, mimo że to sierpień – miesiąc trzeźwości, a ja za trzeźwością optuję bez reszty, ale nie za abstynencją, bo takie jest życie i tak było kiedyś, kiedy wino i piwo dominowało w domu, nawet za czasów Chrystusa.

Wracam jednak do tytułu i nadmienię tylko; będą refleksje o dzisiejszych cenach alkoholu i chleba, ale bez żadnej agitacji ani reklamy. Pytanie: dlaczego w takim zestawieniu chleb i wódka, przecież jedno nie pasuje do drugiego? Odpowiem: mają wspólną cechę – są za tanie… Cena bułeczki 29 gr w Stokrotce wydaje mi się co najmniej lekką przesadą, jeśli nie grubą. A bochen chleba za 1,90 zł to przypadkiem nie zachęta do rozrzutności i zniewagi? A butelka półlitrowa żubrówki za 17 zł to przypadkiem nie zachęta, żeby ją powtórzyć, nie mówiąc już o modnej małpce – 200 mg? To przykładowe ceny z naszego biłgorajskiego podwórka, więc nas powinny zafrasować i ja daję temu wyraz.

Być może, że się narażę, bo nawet uwzględniając wszystkie apele i troski o najbiedniejszych, to czy nie nasuwa się myśl, żeby chleb miał swoją, tzn. odpowiednią wartość wyrażoną ceną, a biłgorajscy piekarze mieli z niego wystarczający zysk na swe istnienie? Przecież wymienione ceny, śmiem twierdzić, są cenami dumpingowymi, czyli niższymi od kosztów, szczególnie w rachunku ciągnionym uwzględniającym amortyzację i potrzebę należnego ubezpieczenia właściciela na starość.

Kiedyś, w czasach PRL-u chleb też był tani, ale ceny były regulowane i państwo stało na straży opłacalności, a teraz mamy rynek, a w branży piekarniczej nawet wolnoamerykankę, czyli wszystkie chwyty rynkowe dozwolone, łącznie z obniżką ceny do granic wytrzymałości, byle tylko utrzymać się na rynku i przy życiu. To prawdziwy rynek, takie są właściwości kapitalistycznej gospodarki, ale wszystko powinno mieć swoje granice. Nie mogą wszyscy piekarze nawzajem się wykończyć, walcząc li tylko ze sobą czy między sobą. Zauważmy, że nasze państwo tymi niskimi cenami chleba nawet chwali się, że te wychodzą one naprzeciw najbiedniejszym, że to w trosce o nich, zapominając, że nasi piekarze stoją na przegranej pozycji, bo te szokująco niskie ceny pochodzą z wielkich firm, z wielkich sieci, gdzie można żonglować cenami, by w miejsce strat na jednym zarobić i odbić sobie na drugim. A co będzie wtedy, gdy małe piekarnie padną, a sieci handlowe zmienią politykę cenową? Będziemy wtedy bezradni i zdani na łaskę potentatów. Moim zdaniem, własnych producentów chleba trzeba specjalnie chronić, bo chleb to symbol życia, o który – jak wiadomo – wszyscy wierzący modlą się najczęściej.

Pozwolę więc sobie na apel; brońmy naszych rodzimych producentów chleba przed bankructwem i nie protestujmy, jeśli tylko ceny chleba będą wyższe. To konieczność wyższego rzędu, a na podwyżki bądźmy przygotowani, bo drugi rok suszy spowodował niższe zbiory zbóż, a wyższe koszty ich pozyskania, więc możliwa rekompensata jest tylko w podwyżce cen, chyba że państwo zmieniłoby w międzyczasie model gospodarczy i dokonywałoby skutecznej interwencji, a to z kolei nie jest mile widziane przez Unię. Ale czy w tym przypadku nie należałoby postawić na swoim? Tzw. interwencjonizm państwowy stosują bogate państwa i spróbujmy iść ich przykładem.

A co z cenami wódek? Tutaj podwyżka cen alkoholu z najniższych półek powinna być większym źródłem dochodu dla budżetu państwa i samorządów przez podniesienie akcyzy, i inne daniny. Polska nie może przewodzić w Europie pod względem wypitego alkoholu na mieszkańca, a tak jest. Nasi wschodni sąsiedzi ponoć przegrywają już z nami, a przecież tak nigdy nie było. Można przy tym się zastanowić, czy przypadkiem 500+ nie spowodowało wzrostu tego wskaźnika, bo co łatwo przychodzi to również łatwo i bez rozwagi wychodzi. Oczywiście, nie można tego uogólniać, ale takie wnioski nasuwają się same, bo widzimy, jak w rodzinach zdeprawowanych i często wielodzietnych, gdzie tego przychodu „plus” jest najwięcej, pijaństwo staje się notoryczne. W każdym razie chwilowy przyrost dzietności minął już i GUS to potwierdza. Obecnie mamy jako naród już wyraźnie regres w przyroście niemowląt, a przecież intencje były odwrotne. A może ja w ten sposób wywołuję tylko przysłowiowego wilka z lasu, może niech on tam dalej rządzi po swojemu? Może wypada na to tylko przymknąć oczy i czekać?

Biłgorajczyk, naj-lawok@wp.pl

- Reklama -

1 komentarz
  1. RENEGAT mówi

    Jeżeli dziadek pił, ojciec pił, to dlaczego ja mam tego nie robić. Tradycja w narodzie to frzecz święta.

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.