- Reklama -

- Reklama -

- Reklama -

- Reklama -

Pokochał Śląsk jak Biłgoraj. Wspomnienia „Biłgorajczyka”. Cz. II

W ostatnim wydaniu zaprezentowaliśmy pierwszą część wspomnień Biłgorajczyka. Niebawem p. Janek będzie celebrował 80. rocznicę urodzin. Na to otwarte wydarzenie, które odbędzie się 6 maja br. w Majdanie Starym, zapraszają organizatorzy Gminny Ośrodek Kultury w Księżpolu i Wójt Gminy Księżpol. Tymczasem zachęcamy do zapoznania się z drugą częścią wspomnień Jana Kowala...

- Reklama -

Śląsk w moich oczach

Zobaczyłem Śląsk na własne oczy pierwszy raz. Przypominam sobie, że byłem tym wszystkim speszony i chyba trochę zakompleksiony. Wszystko wydawało mi się inne, jakieś takie obce i duże, a ja taki malutki i wystraszony. Gmachy Politechniki imponowały ogromem. Wykładowcy na kursie przygotowawczym niesamowicie mądrzy, a studiujący już koledzy jacyś wyniośli i małomówni – prawdziwych Ślązaków tak jakby nie było. Był zwyczaj na Śląsku: ważny był konkretny zawód, praca i „geltag” – wypłata, a później dom i rodzina. Oni chcieli szybko usamodzielnić się. Oni między sobą „fandzolili i godoli”, a my mówiliśmy po polsku z domieszką też swojej gwary i niecenzuralnych „dwuznaczników”. Podobnie jak oni. To wzajemne poznawanie było ostrożne, powolne, czasem śmieszne, ale bez jakichkolwiek podtekstów politycznych czy kulturowych. Uczyliśmy się wzajemnie wspólnego studenckiego języka. Integrowaliśmy się. Było więc często wesoło. Powstawała przyjaźń i wzajemna pomoc w nauce.

Gliwice polubiłem, gdy porównałem je z innymi miastami Śląska. Przekonałem się, że były zadbane, że było dużo zieleni i wiele ciekawych miejsc: lotnisko, kanał do Kędzierzyna, trzy huty, w tym jedna na potrzeby wojskowe i była też wieża z radiostacją, od której zaczęła się II wojna światowa.

Śląskie przyjaźnie i działalność studencka

Zaprzyjaźniłem się z kolegami ze Śląska, których udało mi się nakłonić do gry w założonej przez siebie piłkarskiej drużynie o nazwie „Huragan” i to już od pierwszego roku studiów. W lidze uczelnianej na 10 drużyn zajęliśmy IV miejsce, co na starszych kolegach robiło wrażenie, a to skutkowało poważaniem, towarzyskim powodzeniem. A nauka? Dałem pierwszeństwo i mocno przykładałem się do solidnego studiowania. Zrzeszenie Studentów Polskich, do których należałem już od pierwszego roku, powierzyło mi kierowanie Klubem Studenckim KROPKA, przyznając mi specjalne stypendium organizacyjne i darząc mnie zaufaniem, że podołam zadaniom i celom, jako że klub ten miał charakter prasowy i dyskusyjny. Była w nim bogata oferta czasopism krajowych i zagranicznych, w tym poczytne wówczas pisma francuskie, np. Vogue i niemieckie Sie und Er, a ponadto było to miejsce do dyskusji z zaproszonymi autorytetami w dziedzinie kultury, sportu i polityki. Powstał w nim również teatrzyk o profilu faktomontażu, „Pro Musica”, Studenckie Stowarzyszenie przyjaciół ONZ, które reprezentowałem w Radzie Głównej w Warszawie. Był kabarecik i pionierska nauka j. angielskiego poprzez obrazki, które udało mi się sprowadzać gratisowo z British Council w Warszawie.

Pierwsze doświadczenia

Taka działalność mi imponowała i ponadto dowartościowała, szczególnie w zakresie wyrobienia językowego i kultury osobistej. Należałem również do Koła Naukowego Technologów i odbyłem ciekawą praktykę na budowie zapory w Solinie, gdzie narażając się na olbrzymie konsekwencje robiłem surowo zabronione zdjęcia tajemniczych schronów – tuneli w najgłębszych fragmentach budowli. Ta robota miała znamiona szpiegowskie. Społeczne życie nie przeszkodziło mi ukończyć studiów w terminie i podjąć pracę na Politechnice. Skorzystałem tylko z propozycji prof. Rowińskiego na Wydziale Budownictwa, a miałem jeszcze dwie: u prof. Dietrycha na Wydziale Mechanicznym i u prof. Miszewskiego w Katedrze Ekonomii Politycznej. Prof. Rowiński chyba mnie obdarzył zaufaniem, skoro udzielałem jego córce i synowi korepetycji przed maturą. Miałem też kolegów doradców, Ślązaków Edwina B. i Jurka W., którzy poradzili mi, bym wykorzystał okazję poznania na weselu u kolegi, dla mnie wtedy ślicznej, Ślązaczki Ninki, z którą się później ożeniłem i miałem dwie córki. Małżeństwo to skończyło się rozwodem, niestety.

- Reklama -

Kariera

Pochwalę się: w domku miałem m.in. „wyflizowany” basen z podgrzewaną wodą i z odpadów marmurowych małą architekturą, czego wielu mi wtedy (w latach 1972-1986) zazdrościło, a szczególnie mej zaradności i pracowitości. Znajomym również imponowałem samochodami, bo zacząłem od sportowego Fiata 850, w modnym wówczas kolorze bahama yellow, a po nim był Fiat 127. Na Politechnice miałem ok. 300% nadgodzin w stosunku do pensum, dalej uczestnicząc w pracach na rzecz przemysłu, mogłem dorobić jeszcze kolejne 100% pensum. Ponadto brałem udział w ogólnopolskich konkursach i nawet jeden razem z zespołem wygrałem, otrzymując do podziału 150 tys. zł. Ponadto rodzice pozwolili mi sprzedać dwie działki budowlane w Biłgoraju, które od nich otrzymałem. Pracowałem też nad sobą, robiłem doktorat. Zaprojektowałem i zorganizowałem stanowisko badawcze w skali półtechnicznej w laboratorium PRAS-BET przy ul. Gierymskiego. Wykonałem doświadczenia i niezbędne badania, napisałem kilka opracowań dla przemysłowego zastosowania transportu próżniowego. A jednak do obrony nie podszedłem z powodu zmiany miejsca pracy najpierw w Miastoprojekcie Gliwice, a później już na „swoim” po założeniu własnej firmy.

Działalność gospodarcza

Nagle nadarzyła się okazja, bym poszedł w ślady ojca. Wykorzystałem zachęty rządu w stanie wojennym, by ci inżynierowie, którzy nie akceptują rzeczywistości, skorzystali z oferowanej pomocy finansowej i poszli na „swoje”. Ja tak zrobiłem, otrzymałem 159 000 bezzwrotnej pomocy i założyłem w Żernicy wytwórnię wyrobów z drutu, jako „cichą” spółkę z kolegą, który zachęcił mnie do tego, mając zgromadzony kapitał w złocie. Ja nie miałem żadnego oprócz naładowanej pomysłami głowy. Spółka też po 5 latach rozpadła się, ale w zgodzie. Pozostałem sam, choć żonie, zwolnionej z pracy w Biprokwasie, dla wybawienia jej z bezrobocia założyłem drugą firmą SIATEX o profilu handlowo usługowym, którą prowadzi z córką i to z powodzeniem jeszcze obecnie. Działalność gospodarczą w Gliwicach prowadziłem przez 25 lat.

Powrót do korzeni

W 2011 r. nastąpił powrót do Biłgoraja, po spokojne dalsze życie. Bezpośrednią przyczyną tego był rozwód po 40 latach pożycia, nigdy spokojnego, zawsze szarpanego, a szczególnie w ostatnich latach, kiedy to dały znać dobitnie różnice charakterów wyniesionych z zupełnie innych kultur i środowisk. Żona wróciła do nawyków śląskich, choć nie respektowanych już u większości Ślązaków, a u mnie odezwały się ciągoty do życia prostego, zbliżonego do wiejskiego, w zaciszu przyrody, jakby w poszukiwaniu odprężenia i dziecięcych upodobań. Znalazłem też tu młodą drugą żonę i nową przybraną rodzinę. Zdążyłem już wyleczyć żonę w gliwickiej onkologii, gdzie spotkałem „starych” znajomych lekarzy, którzy dużo mi pomogli i za to im serdecznie dziękuję.

Teraz na emeryturze w Biłgoraju tworzę nowy dorobek pro publico bono, nie dla zysku, ale dla społeczności i już jako rentier. Po prostu „odcinam kupony”, jakie „dał” mi Śląsk. Czuję się w biłgorajskim środowisku jak przysłowiowa ryba w wodzie. Mam wiernych znajomych, zdobyłem uznanie, bo jestem aktywny i użyteczny, i to w różnych wcieleniach. Postanowiłem pisać felietony, które jak zauważam, przyjęły się, z czego jestem dumny i czuję się dowartościowany. Miło mi też z innego powodu, zostałem zaliczony tu, już po latach życia w nowym środowisku, do zasłużonych filantropów w powiecie biłgorajskim.

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.