Autodrom w Biłgoraju to jedna z największych inwestycji powiatu ostatnich lat. Tor został gruntownie zrewitalizowany za ok. 32 mln zł i ponownie otwarty w czerwcu 2025 roku jako nowoczesny obiekt z zapleczem technicznym i homologacjami do organizacji zawodów krajowych i międzynarodowych.
Wraz z jego uruchomieniem powołano spółkę Autodrom Biłgoraj, która zarządza obiektem, a funkcję prezesa objął Jarosław Bury. Inwestycja szybko jednak zaczęła budzić kontrowersje – zarówno wśród mieszkańców, którzy skarżą się na hałas i uciążliwości, jak i w sferze publicznej. Najgłośniejsza sprawa dotyczyła przetargu na obsługę gokartów, wygranego przez firmę należącą do żony Ireneusza Bulicza, dziś radnego rady miasta Biłgoraj, który był zatrudniony w starostwie i nadzorował inwestycję. Dodatkowo wokół inwestycji pojawiały się zarzuty o nieprawidłowości przy realizacji i nadzorze, a sprawa stała się elementem szerszego sporu politycznego w powiecie., a inwestycją zainteresowało się też CBA. W styczniu, po rezygnacji Burego, funkcję Prezesa Zarządu objął Dawid Bździuch.
Spotkanie pełne emocji
Środowe spotkanie mieszkańców z Zarządem Autodromu od początku było napięte. Na sali zebrało się kilkadziesiąt osób – głównie mieszkańców, ale też przedstawiciele autodromu, samorządowcy i osoby związane z motorsportem.
Wśród obecnych byli m.in. prezes autodromu Dawid Bździuch, pracownicy obiektu, wicestarosta Beata Strzałka, która podkreślała, że przyszła na spotkanie jako mieszkanka, radny rady miasta Biłgoraja Andrzej Łęcki oraz radna powiatowa Agnieszka Piętak-Faryna. W dyskusji głos zabierał także działacz motorsportu Zenon Łój.
Jednak od początku było jasne, że to nie oni będą dominować rozmowę. Spotkanie należało do mieszkańców – ich argumentów i emocji
„Kupowaliśmy domy dla ciszy”
Jednym z pierwszych i najczęściej powracających wątków była historia miejsca. Mieszkańcy nie zgadzali się z narracją, że powinni pogodzić się z obecnością toru.
– „Ja kupiłem działkę tutaj trzydzieści lat temu. To była cisza, spokój. Przyjeżdżaliśmy tu z rodziną odpocząć. Nikt nie mówił o żadnym torze tej skali – mówił jeden z uczestników spotkania.
– Ludzie budowali się tutaj w 2001, 2005, 2008 roku. To nie był autodrom. To był kawałek asfaltu, a nie obiekt z imprezami co weekend.
Wielu mieszkańców podkreślało, że czują się niesprawiedliwie obarczani odpowiedzialnością za sytuację.
Hałas, który nie ustaje
Najwięcej miejsca w dyskusji zajęły kwestie hałasu i uciążliwości codziennego funkcjonowania toru.
Mieszkańcy opisywali to obrazowo:
– Proszę sobie wyobrazić, że ktoś od godziny ósmej rano do dwudziestej wieczorem jeździ motocyklem wokół pańskiego domu. Dzień w dzień. Bez przerwy. To nie jest jeden przejazd – to jest ciągły hałas, który nie pozwala normalnie funkcjonować - relacjonowała jedna z mieszkanek
Do tego dochodzą zapachy:
– To nie jest tylko dźwięk. To jest smród spalonej gumy, oleju, paliwa. Przy zamkniętych oknach to czuć. Naprawdę się tego nie da ignorować!.
Jedna z mieszkanek ujęła to jeszcze mocniej:
– Jeżeli ja bym zaczęła palić opony w piecu i zatruwać całą ulicę, to natychmiast miałabym kontrolę. A tutaj mamy to akceptować, bo to jest tor? - pytała oburzona
„Niech działa, ale niech go nie będzie słychać”
Choć emocje były duże, wielu mieszkańców podkreślało, że nie są przeciwni samemu istnieniu toru.
– „Niech ten tor działa nawet 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. My nie mamy nic przeciwko. Tylko niech go nie będzie słychać i niech go nie będzie czuć.
To zdanie dobrze oddawało główną oś sporu – nie o sam obiekt, ale o jego wpływ na życie mieszkańców.
Niespełnione obietnice: trzy metry wału i cztery metry ekranów
Bardzo często wracano do tego, co zdaniem mieszkańców, zostało obiecane przed budową.
– Były konkretne zapewnienia: trzy metry wału i cztery metry ekranów. To było mówione publicznie, przy kamerach. My w to uwierzyliśmy – przypominał jeden z uczestników.
– Dzisiaj tych ekranów nie ma. Wycięto drzewa, które tłumiły hałas, a zabezpieczeń nie wykonano - dodał ktoś inny
Ten wątek szczególnie podkopywał zaufanie do inwestora i władz. Kilka osób podkreślało, że przy wstępnych konsultacjach władze powiatu, jako inwestor zapewniały, że ekrany akustyczne będą otaczały obiekt. Wywołana do tablicy wicestarosta Strzałka przyznała, że na ekrany dźwiękochłonne, póki co w budżecie powiatu pieniędzy nie ma.
" Tor na miarę Europy jest możliwy"
Radny miejski Andrzej Łęcki zwrócił uwagę, że problem hałasu można realnie rozwiązać, przywołując konkretne przykłady:
– Widziałem tor we Włoszech, gdzie bariery dźwiękochłonne praktycznie otaczały tor kartingowy, a za nimi znajdowało się normalne osiedle z zabudową wielorodzinną. Czyli da się to zrobić. Po prostu się da – podkreślał.
Jednocześnie zaznaczył, że mieszkańcy nie chcą już dyskusji o normach i liczbach:
– Nie kłóćmy się o to, czy to jest 52 decybele czy 33. Ja pracuję w szkole – na przerwach jest ogromny hałas i jedni to wytrzymują, a inni po pięciu minutach wychodzą, bo boli ich głowa. I tutaj jest tak samo – ludzie, którzy tu mieszkają, nie będą sobie mierzyć decybeli. Im ten tor po prostu przeszkadza. I koniec.
Jego zdaniem jedynym realnym rozwiązaniem są konkretne inwestycje:
– Jeśli ten tor ma nie przeszkadzać mieszkańcom, to muszą powstać bariery dźwiękochłonne. Ten tor jest piękny i on powinien funkcjonować, powinien się rozwijać.
Łęcki podkreślił, że sam nie jest przeciwnikiem obiektu:
– Ja naprawdę życzę, żebyście organizowali zawody, żeby ten tor był znany nie tylko w Polsce, ale w całej Europie. Tylko nie może być uciążliwy.
Na koniec odniósł się do przykładów z zagranicy i sytuacji mieszkańców:
– We Włoszech takie obiekty funkcjonują i nie są uciążliwe dla ludzi. Da się to zrobić. A my dziś jesteśmy w takiej sytuacji, że mieszkańcy mówią wprost – oni tego lata po prostu nie przeżyją, jeśli nic się nie zmieni - mówił Łęcki, apelując o realne działania na poziomie samorządów i zwracając uwagę, że miasto Biłgoraj też może dorzucić się do budowy barier
„Minął rok i dalej nic”
Mieszkańcy wielokrotnie podkreślali, że ich postulaty nie są nowe.
– My o tym mówimy od roku. Za chwilę będzie rocznica otwarcia toru. I co się zmieniło? Nic. Ekranów nie ma, problem jest ten sam (...) Ciągle chcecie kompromisów, ale to tylko my, jako mieszkańcy musimy ustępować – mówiono.
– Za każdym razem słyszymy: prosimy o cierpliwość, pracujemy nad tym. Ile jeszcze mamy czekać? - pytali oburzeni mieszkańcy
Weekend bez odpoczynku
Szczególnie mocno wybrzmiał temat weekendów.
Mieszkańcy tłumaczyli, że to jedyny czas, kiedy mogą odpocząć – a właśnie wtedy tor działa najintensywniej.
– Chcemy mieć chociaż jeden spokojny weekend w miesiącu. To naprawdę tak dużo?
– Trzecia niedziela maja to komunia w sanktuarium. Jak mamy świętować, jak mamy zaprosić gości, kiedy nie da się usiedzieć w domu - mówiła jedna z mieszkanek
Zwracano też uwagę, że uciążliwość zaczyna się wcześniej:
– Ten weekend zaczyna się już w środę. Czwartek, piątek – od rana do wieczora treningi. To nie jest tylko niedziela
Kolejne problemy: nocne zloty
W trakcie spotkania pojawił się też wątek nielegalnych zlotów samochodowych.
Mieszkańcy łączyli je z funkcjonowaniem autodromu:
– Pod marketami zbierają się dziesiątki samochodów. W nocy drifting, hałas. Tego wcześniej nie było. To się pojawiło razem z torem.
Zarządzający obiektem nie zgadzali się z tym powiązaniem, a wręcz przeciwnie - twierdzili, że tor ma potencjał, by przyciągnąć fanów ulicznych driftów na bezpieczny tor. Ale mieszkańcy pozostawali sceptyczni.
Prezes przyznał też, że z kalendarzem nie da się nic zrobić, bo zaplanowane przez poprzedni zarząd imprezy muszą się odbyć pod groźbą kar umownych.
Coraz ostrzejsze słowa
W drugiej części spotkania emocje zaczęły rosnąć.
Pojawiły się oskarżenia o lekceważenie mieszkańców i brak realnych działań.
– Zaczynamy się czuć traktowani jak pańszczyźniacy. Coś się nam obiecuje, a potem i tak robi swoje – mówił jeden z uczestników.
– Każdy kompromis wygląda tak samo – my się cofamy, a potem i tak nic z tego nie wynika.
Padły też słowa o utracie zaufania do władz powiatu:
– Robimy krok do tyłu, a potem dostajemy za to kopniaka. I wracamy do punktu wyjścia
Groźby i zapowiedzi działań
Pod koniec spotkania pojawiły się najostrzejsze deklaracje.
– Jeżeli wy tego nie uporządkujecie, to my doprowadzimy do tego, że ten tor zostanie zamknięty – padło wprost.
– Zablokujemy dojazd, złożymy pozew zbiorowy. Ludzie są już naprawdę zdeterminowani!
Jednocześnie mieszkańcy podkreślali:
– My nie chcemy zamykać toru. My chcemy normalnie żyć. Tylko tyle
Władze: ograniczenia i brak pieniędzy
Przedstawiciele władz i autodromu próbowali tonować sytuację, ale nie byli w stanie przedstawić konkretnych rozwiązań.
Wicestarosta wskazywała na brak środków:
– Nie mamy dziś finansowania na realizację wszystkich zabezpieczeń. Możemy przygotować dokumentację, ale to proces - mówiła, apelując, by w autodromie dostrzec szansę na rozwój i promocję całego miasta.
Prezes autodromu podkreślał ograniczenia:
– Mamy podpisane umowy, mamy kalendarz wydarzeń. Nie wszystko możemy zmienić z dnia na dzień.
Deklarowano jednak gotowość do rozmów i szukania kompromisów – m.in. w zakresie godzin funkcjonowania czy ograniczeń dla najgłośniejszych pojazdów.
Spotkanie bez rozstrzygnięcia
Po ponad dwóch godzinach dyskusji nie zapadły żadne konkretne decyzje.
Padła propozycja dalszych rozmów i wypracowania porozumienia, ale nastroje mieszkańców nie pozostawiały złudzeń.
– Nasza cierpliwość się kończy. Nie chcemy konfliktu. Chcemy tylko móc normalnie żyć w swoich domach - – mówili zgodnie.
Środowe spotkanie nie zakończyło sporu. Prezes zapewnił, że stanowisko i uwagi mieszkańców zaniesie do władz powiatu i do radnych, a w następnej kolejności zorganizuje spotkanie z osobami decyzyjnymi.
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.