Znakomita lektura

Niedawno ukazał się XI tom rocznika "Nad Tanwią i Ładą" wydany przez Biłgorajskie Towarzystwo Regionalne z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości. Autorzy artykułów, które czyta się "jednym tchem", to znani biłgorajscy redaktorzy: Piotr Flor i Marek Szubiak, redaktorzy wydania, oraz Adam Balicki, Stanisław Schodziński, Krzysztof Rudy i inni.

Po przeczytaniu świetnego wydania Biłgorajskiego Towarzystwa Regionalnego „Nad Tanwią i Ładą” chciałbym przybliżyć czytelnikom autorów artykułów, które pozostawiły niezatarte wrażenia. Zacznę od naszego miasta, które opisał K. J. Rudy w rozmowie z Czesławem Mazurem urodzonym w 1938 r. w Hucie Krzeszowskiej. W 1961 r. ożenił się z biłgorajanką (z d. Gozdecką) i został biłgorajaninem. Początkowo pracował w Zakładach Przemysłu Terenowego „Bitra”, z których przeniósł się do nowo powstającej fabryki mebli w 1966 r., a oto fragment wywiadu.

Miasto w czasie wielkich przemian – autor K. J. Rudy

– Kiedy Pan się wprowadził do Biłgoraja, to były czasy, w których zaczął się on szybko rozwijać.

– Do Biłgoraja biegła kolejka ze Zwierzyńca, wąskotorówka, pięćdziesiątka. Można nią było dojechać do Zwierzyńca i tam przesiąść się do pociągów normalnotorowych. Przez większość czasu jej prześwit szyn wynosił 600 mm, dopiero w 1964 r. przekuto ją na szerokość 750 mm. Sekretarz Dechnik pochodził z Krzeszowa. Brzyski też pochodził z Krzeszowa. Bardzo dużo ludzi było stamtąd. Ale Dechnik to był prawdziwy patriota. Ja mieszkałem na Prusa, w drewnianym domu. Chodziłem do Józia Piętala, on mieszkał niedaleko i rozmawialiśmy na temat rozwoju Biłgoraja. Kiedy Biłgoraj się rozwijał, to zawsze też miano na uwadze, żeby ludzie byli przygotowani do pracy w przemyśle. Powstawały szkoły przyzakładowe, szkoły zawodowe… Tak szkoła powstała przy ul. Przemysłowej. Jej dyrektorem był Marian Ledwójcik, który też pochodził z Krzeszowa. Obiekty szkolne budowało wojsko. Wówczas ministrem oświaty był generał Jan Czapla, raz zwrócił uwagę dyrektorowi, że jeszcze nie poznał jego nauczycieli. Dyrektor zorganizował spotkanie nauczycieli z rodzinami. Byłem na tym spotkaniu, odbyło się ono w dzisiejszej szkole elektrycznej. Wtedy uzgodniono, że to wojsko zajmie się budową.

– Kiedy Pan chodził do ogólniaka, to ten znajdował się jeszcze w starym, przedwojennym budynku przy ul. Kościuszki.

– Tak. Moimi nauczycielami byli Białas, Różański, Sokal. Ten ostatni uczył języka polskiego. Dyrektorem był Wawrzyniec Dyrka, nauczyciel języka polskiego i historii. Raz zadaliśmy mu pytanie: „Panie dyrektorze, o jakich ziemiach Mickiewicz pisał: Litwo, ojczyzno moja…? To były polskie ziemie czy nie?” A on: „na to mnie nie wolno odpowiadać”.

– Obecnego bloku liceum nie było. Co się znajdowało z tyłu za szkołą?

– W takim budynku, którego już nie ma, znajdowała się szkoła przysposobienia zawodowego. Moja żona też tam uczyła, a dyrektorką była Stefania Pękalska (pan Pękalski pochodził z Zaklikowa).

– Jakich jeszcze dyrektorów, nauczycieli w Biłgoraju Pan pamięta?

– Był dyrektor liceum Edward Pająk, mieszkał niedaleko mnie. Matematyki w ogólniaku uczył Marian Wlezień. Pani Aniela Dudekowa prowadziła zajęcia teatralne, taneczne, baletowe, ale nie brała za to pieniędzy. Z moją żoną uczył dyrektor Ostrowski, wykładał fizykę.

– Jak Pan sądzi, Biłgoraj szybciej się rozwijał w latach 60. „za Gomułki”, czy w 70. „za Gierka”? A może najszybciej w 80.?

– Za Gomułki. Dechnik z Gomułką byli kolegami, jeszcze przed wojną należeli do partii. Józio Piętal mi mówił, że w Hucie Dechnik chciał coś zrobić z ludźmi, z polami. Między Gozdem, a Hutą Plebańską był piach, taka górka. On wziął ten piach, wysłał do laboratorium, by sprawdzić czy się nadaje na szkoło. Przyszła odpowiedź, że jest bardzo dobry. No i zaraz zaczął Dechnik działać, żeby powstała huta szkła. On zawsze mówił w sejmie: „dajcie nam przemysł!”. Ale zaraz mu odpowiadano, „po co ci przemysł, jak ty nie masz kolei”. No i on: „będzie kolej”. Zrobiono w ten sposób, że w powiecie biłgorajskim do każdej butelki wódki trzeba było dopłacić złotówkę. To były pieniądze na budowę kolei. Dechnik „nazbierał” trochę pieniędzy i przekuto kolej na siedemdziesiątkę piątkę. Zrobiono szersze tory i skonstruowano platformę, żeby wagony w Zwierzyńcu na nią wjeżdżały. Już nie trzeba było ich przeładowywać. No i Dechnik zawiózł plany do Warszawy i mówił: „mam kolej!”. Wtedy powstały zakłady: fabryka mebli oraz „Mewa”. Zakłady Przemysłu Dziewiarskiego „Mewa” powstawały od 1960 r. i były jednymi z największych oraz najnowocześniejszych przedsiębiorstw przemysłu lekkiego w Polsce. Po 1978 r. składały się z 5 zakładów, zatrudniających łącznie prawie 4 tys. osób. Zrobiono też zmianę: huta szkła poszła do Jarosławia, a u nas w zamian powstały później Zakłady Naprawy Taboru Kolejowego. Tak zaplanował Dechnik, a napsuł Gierek. Stworzył województwo zamojskie, które istniało w latach 1975-1998. Było efektem reformy administracyjnej, zwiększającej liczbę województw w kraju do 49. Myśmy do Zamościa, jako do miasta wojewódzkiego, oddawali dużą część naszego dochodu. I Zamość się rozwijał za nasze, biłgorajskie pieniądze. Szpital Jana Pawła II w Zamościu początkowo miał trafić do Biłgoraja. Mój kolega był magazynierem w biłgorajskim szpitalu. Widział, że projektami technicznymi były zawalone całe dwa pokoje. Gdy powstało województwo zamojskie, to wszystko zabrano do Zamościa. Wiem też, że Zamość chciał przejąć wioskę dziecięcą, ale nasze władze powiedziały „nie”.

– Pamięta Pan budowę tej Wioski Dziecięcej? I wizytę Stanisławy Gierkowej?

– Kiedy Wioskę uruchomiono, pracowałem tam. Zostałem kierownikiem administracyjnym. A dyrektorem był Józef Cap. Na wioskę mówiono „SOS”. Kiedy gdzieś miałem coś do załatwienia, to mówiłem, że „jestem z SOS”. Od razu wiedziano, skąd przyszedłem i szybko mnie obsługiwano.

– Otwarcie Wioski było głośnym wydarzeniem.

– Bardzo głośnym. Był nawet założyciel Hermann Gmeiner. Znam jego historię. On pochodził z Niemiec, a po wojnie znalazł się w Austrii. Austriacka rodzina przyjęła go za swojego, dała mu pieniądze, majątek. On, pomagając, chciał się odwdzięczyć, bo pamiętał, jak po drugiej wojnie światowej było dużo dzieci bezdomnych, sierot. Kiedy ja pracowałem w Wiosce, to na całym świecie było takich wiosek chyba z dwieście pięćdziesiąt. A w Polce tylko jedna.

– Jakich burmistrzów, jakie władze najlepiej Pan pamięta?

– Kazimierz Ludwik. To nie był wykształcony człowiek, ale był patriotą. Codziennie, tak opowiadano i ja go też raz spotkałem, o godz. 5 objeżdżał cały Biłgoraj. I rozliczał w Urzędzie Miasta wszystkich radnych: „Co wyście zrobili? Dlaczego jest bałagan na tej i na tej ulicy? (Nie miał rąk bo mu na wojnie urwało).

– A pochody pierwszomajowe? Chętnie ludzie na nie chodzili?

– Pamiętam. Szły z rynku przez Kościuszki, a trybuna stała tu, gdzie teraz jest Powiatowa Rada. Przychodzili przymusowo, była lista obecności i rozdawano szturmówki. No i jechaliśmy motorami jako defilada 1 maja.

– Na czterysta lat miasta, w latach 70., wybudowano zalew na Bojarach.

– Budowano go czynem społecznym. W okresie PRL-u „czyny społeczne” oznaczały organizowaną przez różne instytucje (np. szkoły) nieodpłatną pracę na rzecz społeczeństwa (np. budowę lub remont obiektów publicznych).

– Zanim zalew wybudowano, gdzie biłgorajanie chodzili nad wodę?

– Jeżdżono nad Tanew.

– Pamięta Pan, jak Biłgoraj zdobył tytuł „mistrza gospodarności” i nagrodę? Dużo to było pieniędzy? Było widać, że przyniosły jakiś efekt?

– Pamiętam. Pieniędzy nie było widać. Ale było widać samochód – polewaczkę. Myto nim wszystkie ulice, podlewano kwiaty. Nie wiem, czy dostano nagrodę pieniężną, czy tylko sprzęt.

– Czy Pan nie żałuje, że się przeprowadził do Biłgoraja?

– Nie, gdy powstało województwo zamojskie, to urzędnicy – tak to określałem – „chyłkiem” do Zamościa uciekali.

 

Kazimierz Szubiak

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.