- Reklama -

- Reklama -

Z duszą na ramieniu

Co za czasy! Znowu trzeba żyć z duszą na ramieniu, a tak się teraz żyje – w zagrożeniu i z obawą o przetrwanie, choćby tylko do jutra. A o dalszej przyszłości człowiek jakby stracił odwagę myślenia, jakby go ogarnęła podświadomie psychoza strachu przed tą przyszłością. Woli więc nie myśleć o dalszej przyszłości. Żyje zatem na teraz i bez kontaktu nawet z sąsiadami i tylko we własnym mieszkaniu, bez odwiedzania najbliższych, jakby to była całodobowa tzw. godzina policyjna. I tak doba po dobie i końca tego jeszcze nie widać.

Mnie jeszcze dodatkowo los trochę oszczędza, bo z żoną na przemian jeździmy codziennie na działkę karmić żywy inwentarz. To imperatyw, nakaz sumienia, by chronić zwierzynę przed śmiercią głodową. Czy się narażamy? Świadomie wybieramy najmniejsze ryzyko, jedziemy z duszą na ramieniu, żeby tylko nic się nie stało po drodze. Pieski, kurki, bażanty, gołąbki (o szczurach innym razem) zawsze o określonej godzinie czekają na wodę i karmę. Im wytłumaczyć zagrożenia się nie da, one by mi nie wybaczyły, gdybym je zostawił na pastwę losu, a przy okazji odprężam się i łapię równowagę.

Takie życie pod strachem spotyka mnie już kolejny raz. Pierwszy raz w czasie ostatniej wojny w obozie na Majdanku, kiedy niemowlęta umierały z głodu i biegunek, i to przekazała mi matka karmiąca mnie piersią, mająca przez cały czas duszę na ramieniu i żyjąca w ciągłej obawie o moje przeżycie. Los sprawił, że szczęśliwie przeżyłem, podobnie jak później, kiedy w 33. roku życia dopadł mnie rak, z którego wykaraskałem się po dwóch operacjach. Mogłem tylko się z tego cieszyć, mimo że musiałem zrezygnować z uprawiania sportu, przez co szybko postarzałem się na wadze o blisko 20 kg. A teraz też żyję, jeszcze z innego powodu niż epidemia, z duszą na ramieniu. Mam po histopatologicznym rozpoznaniu innego raka – BCC, który może mieć od czasu do czasu przerzuty, o ile tylko moje życie będzie przedłużać się po 77 latach.

- Reklama -

Szczególnego życia z duszą na ramieniu doznawali ludzie w czasie wojny. Tak mówiono mi po wojnie, za czasów mej młodości, kiedy to moi rodzice wspominali tamte niebezpieczne czasy, używając takiego samego powiedzenia: dusza na ramieniu, podkreślając przy tym wszechobecny i panujący w czasie wojny strach przed śmiercią. Podobnie jak teraz ludzie powinni się bać epidemii, bo tylko głupi w tej sytuacji może lekceważyć zagrożenie. Tak wypowiedział się obecny minister zdrowia prof. Ł. Szumowski, tak też w czasie wojny była dusza u każdego na ramieniu, zawsze gotowa na wszystko, nawet na śmierć. Otarłem się o to, to moje osobiste konstatacje, obciążone wojenną traumą i powojenną astenią poobozową. Tak, w czasie wojny wrogiem był butny okupant, a dziś takim wrogiem jest niewidoczny koronawirus. W czasie wojny najczęściej śmierć przynosiła kula, a dziś grozę sieje patogen ze śmiercionośnym i zagadkowym jadem, choć ten jad (łac. wirus to jad, trucizna) ma jeszcze tajemnice. A zabijanie człowieka przychodzi mu nad wyraz łatwo, jakby dla zabawy, jednych ścina z nóg już na początku choroby, a innych w drugim tygodniu. Większości jednak pozwala żyć dalej, ale w niepewności, nawet ozdrowieńcom, bo nabyta w międzyczasie odporność ponoć maleje z czasem. Tak głoszą niektórzy znawcy tematu. Nic więc dziwnego, że boimy się go wszyscy, a byli też tacy, którzy twierdzili, że epidemie wirusowe grożą tylko ludziom śmiertelnie chorym i wycieńczonym, czyli były niestraszne, jakby tylko skracały ludziom cierpienie i to w sposób naturalny. Taki jeden doktor był nawet mi bliski i nawet ulegałem jego perswazji. Dziś tego nie zrobię, mam już inną ocenę i spojrzenie. Dziś nikt zdrowy na umyśle nie lekceważy tej pandemii, a ci co lekceważą, są wyśmiewani. Np. ks. prof. A. Wierzbicki (KUL) nazwał swego kol. po fachu ks. prof. T. Guza skończonym durniem (dosłownie), gdyż tenże stwierdził przed kamerą w czasie wywiadu, że ręce księdza podającego komunię do ust nie mogą zarazić koronawirusem, bo są wyświęcone, czyli poniekąd święte. To mnie zirytowało i gdybym miał włosy na głowie, to stanęłyby mi dęba. To niepoważnie, żeby tak lekkomyślnie narażać wiernych na zachorowanie, tym bardziej że tenże prof. przebywa czasami niedaleko Biłgoraja i tym bardziej że zupełnie inne jest stanowisko ks. prymasa, a nawet samego papieża, którzy modlą się w samotności, apelując o jak najdalej posuniętą ostrożność. Bierzmy więc przykład od nich, ludzi rozsądnych, bez mistyfikacji i nadużywania symboli religijnych. A umierają wszyscy, księża też, najwięcej we Włoszech, ponad 100.

Zauważmy też, że w naszym powiecie zarejestrowanych zachorowań jest niewiele, na dzień 17 kwietnia tylko 6, w tym 1 zgon i to spoza naszego powiatu. Więc mamy powód do oddechu, mimo że będziemy chodzić dalej z duszą na ramieniu i siedzieć na beczce prochu. Tak obrazują temat polskie frazeologizmy

Biłgorajczyk, e-mail: naj-lawok@wp.pl

biłgorajczyk

- Reklama -

- Reklama -

1 komentarz
  1. nina mówi

    Jesli nie wprowadzimy rezimu i nie przydusimy całkowicie koronawirusa to wczesniej czy poxniej zarazimy sie wszyscy. Ci którzy beda mieli szczescie i przezyja to beda zadowoleni a ci co nie to nie. Tylko pełna współprraca włądz i luidzi maseczki rekawiczki i opryskiwanie wszyskiego rezim sanitarny i zero szwedania sie po ulicach bez potrzeby.
    Wtedy i tylko wtedy mamy jakies szanse. Inaczej to tylko oszukiwanie zwykłych l;udzi jest ze wszysko jest dobrze bo wcale nie jest dobrze. Jest tragicnie masakrycznie wrecz. Jak sie czyta co sie dzieje w szpoitalach.

Odpowiedz na 1 |
Anuluj odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.