Z cmentarza powiało ekologią

 Tak to odczułem kilka dni temu (28 czerwca 2019 r.), kiedy słuchałem kazania na majdańskim cmentarzu w czasie Mszy św., w przeddzień odpustu Piotra i Pawła. To, o czym napiszę, najbardziej utkwiło mi w pamięci, a nawet zdumiało, jakby przemówiło mi głębiej do serca, czyli ujęło mnie.

Mam nadzieję, że licznie zgromadzeni parafianie odczuli podobnie. Inne wątki kazania, choć też były ciekawe, nie działały tak na wyobraźnię, a brak donośnego dźwięku z megafonów temu sprzyjał, bo milczały.

To mnie zaskoczyło, że taki temat „świecki” poruszono na odpuście. Wzbudziło to we mnie maleńką iskierkę nadziei na opamiętanie się przed katastrofą ekologiczną, o której coraz głośniej i chyba nam do niej, niestety, coraz bliżej. Tak grzmią ostrzegawczo naukowe gremia z papieżem włącznie, a w Majdanie o tym tylko napomknięto, ale i to dobrze, bo czegoś takiego przedtem nie było. Bądźmy tylko świadomi i zauważmy, że w tej dziedzinie w Polsce niewiele się robi, nawet milczy, a niektóre plany po prostu torpeduje się, niwecząc poczynania, np. nadmiernie wytwarzając gazy cieplarniane, a to oznacza, że w Polsce dalej będzie dominować energia z kopalin węglowych i gazowych, od których świat odchodzi, bo za to są przewidziane konkretne kary, czym Polska nie przejmuje się.

Papież wydał nawet specjalną encyklikę Laudato si, w której nazwał świat naszym domem, któremu obecnie grozi zagłada. Ustanowił specjalną modlitwę za Ziemię, ale nie zauważam, by w kościołach z niej korzystano. Ja tylko napomykam i tylko dotykam sedna sprawy, bo wiążę duże nadzieje z tym, co robi w Majdanie nowy ks. proboszcz. W czym rzecz? Otóż ksiądz głoszący kazanie na wspomnianej Mszy zdobył się na lakoniczną, ale jakże odważną dygresję. Oznajmił, że z cmentarza przed odpustem  wywieziono ogromną masę odpadów i śmieci, w sumie było tego prawie 20 ton. Głównie, jak sądzę, były to plastiki po sztucznych kwiatach, które jak wiadomo, zdominowały rynek. W ostatnich latach powstała taka swoista moda na zdobienie cmentarzy plastikami, jakby inaczej nie można było na cmentarzu okazać pamięci zmarłym. Ks. proboszcz nawet dodał, że on swej matce takich sztucznych kwiatów by nie dał. To dobitne słowa, jakże przekonujące i zarazem racjonalne, by tym samym zachęcić do zmiany upodobań na cmentarzach. Obecne nawyki są kłopotliwe, bowiem są trudne i kosztowne w utylizacji, a biodegradacja trwałaby setki lat. Tak długo zachowują swą pierwotną postać.

Z drugiej strony takie kwiaty mają też zalety. Są trwałe i nie wymagają częstej pielęgnacji, choć ich ceny odstraszają i mają coś wspólnego z praktykami monopolistycznymi. Zamiast spadać z uwagi na ogromną podaż, to trzymają się, a nawet rosną.

Trzeba z takimi informacjami docierać do wiernych i czynić ich świadomymi zagrożeń dla przyrody. Oby tylko znalazły te słowa właściwe zrozumienie parafian, a tak może się stać, bo tej parafii zależało bardzo, by następny proboszcz był przykładnym i nowoczesnym gospodarzem nie tylko od dusz, ale i od reszty. I takim zapewne chce zostać, zakładając w krótkim czasie w kościele nowe podłogi i przywracając blask głównemu ołtarzowi. Również daje inny przykład niż dotychczas w kontaktach osobistych. Ma chęć i plany, by wzmacniać i bardziej zespalać wspólnotę parafialną, a jest ona liczna, bo liczy 2440 wiernych i to rozproszonych w 10 miejscowościach. Tak planuje, bo zwierzył mi się podczas dorocznego spotkania opłatkowego z Chórem KLUCZ w Soli pod koniec ubiegłego roku. Może wykorzysta jeszcze jakże pouczające i frapujące treści wspomnianej encykliki w swej duszpasterskiej roli z korzyścią dla parafialnej wspólnoty.

Temat ekologia w tej encyklice to znak naszych czasów. Świat stanął nad przepaścią i trzeba go koniecznie ratować, by przetrwać. Miarą zagrożenia niech będzie komunikat z podjętej rezolucji ONZ przed kilkoma dniami. Głosi on, że w obecnym tempie degradacji ziemskiego środowiska za 30 lat stopnieją poważnie lody na biegunach, skutkiem czego będzie zmiana klimatu, wzmogą się żywioły, a poziom wody w oceanach podniesie się tak, że zalane zostaną duże obszary lądów. W Polsce znikną miasta nadbałtyckie, a morze dotrze aż do Bydgoszczy, odcinając wzgórza pomorskie od lądu, tworząc z nich wyspy. To wizja realnej katastrofy, to czekająca apokalipsa naszych czasów, która ma dotknąć większość obecnego społeczeństwa. Iluzorycznym pocieszeniem może być tu to, że ja i moi rówieśnicy tego nie doczekamy, bo mielibyśmy wtedy grubo ponad 110 lat, a więc bylibyśmy takimi współczesnymi matuzalemami na wzór biblijnego z Księgi Rodzajów, który ponoć żył aż 969 lat. To dygresja i raczej nie na miejscu, bo z ekologii żartować nie wypada.

Biłgorajczyk, e-mail: naj-lawok@wp.pl

 

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.