Wspomnienia „biłgorajaka”

Na świat przyszedłem w marcu na świętego Kazimierza (1941 r.) i takie imię dali mi rodzice. Kiedy po latach wyrażałem swoje niezadowolenie z mego imienia, starsi bracia pocieszali mnie  – "przecież to imię królów Polski, a jeden z nich nazywał się Wielki". To mnie przekonało, a teraz, gdy w rubryce wiek wpisuję 2 kosy, jak mówią pokerzyści o siódemkach, nabieram sentymentalnego nastroju i ulegam melancholijnym wspomnieniom.
Mój dom rodzinny stał przy ul. Przemysłowej, a jedynym przemysłem starego Biłgoraja były tartaki i młyny. Będący w sąsiedztwie tartak (i młyn) pana Maksymiliana Perkowskiego (kupił przed wojną od właściciela Judki Szarfa) prosperował znakomicie. Belki złożone były od ul. Przemysłowej do ul. Szewskiej w miejscu obecnie zabudowanej ul. Widok. Stosy desek umiejscowione były na dużym placu obecnego terenu Zespołu Szkół Zawodowych. To były place naszych zabaw dziecięcych (w chowanego, wykupiane złodzieje, gra w palanta i inne).
Ulica Przemysłowa była z nazwy. Właściwie to była droga wiejska z brudnego piachu. Stąd wzięła się moja przyjaźń do higieny – obowiązkowe mycie lub kąpiel "w balijce". I tak mi zostało. Po latach pracę magisterską pisałem z higieny "Walory wsi turystycznej województwa lubelskiego". Biłgoraj już był miastem, ale ja jako żywo widziałem wówczas wiejski sielsko-anielski pejzaż mojego rodzinnego miasteczka. Utrapieniem naszych matek było pranie dziecięcych ubranek popapranych żywicą. To po zabawach "na belkach lub deskach". Pan Perkowski przeganiał nas z tych niebezpiecznych miejsc. Potem w ramach rekompensaty robił nam wspaniałe wycieczki swoim motorem z przyczepą marki Zundapp do uroczyska zwanego "źródełka" na Woli. Fantazja dziecięca i zdolności organizacyjne, a także wpływ lektury pt. "Chłopcy z placu broni" wyzwoliły we mnie inicjatywę założenia organizacji sportowo-rozrywkowej o nazwie "Tartaczanka". Od 1 maja 1953 r. nazwaliśmy się "Iskra"(?). Zapewne było to wypełnienie luki po "nieobecnym" harcerstwie. Posiadając jedyną na ulicy piłkę nożną, jako kapitan – organizator, rozgrywaliśmy mecze między sąsiednimi ulicami: Zamojską, Moniuszki, Lubelską, a z czasem były to już mecze międzyosiedlowe z chłopcami z Gromady lub Majdanka. Umawialiśmy się po Mszy św. w kościele pw. WNMP, a po obiedzie piechotką 5-7 km szliśmy na przygotowane boisko, czyli łąkę i graliśmy do czasu, aż właściciel pastwiska przegonił nas. Trzon zespołu stanowili najbliżsi sąsiedzi z ul. Przemysłowej, moi rówieśnicy: Antek Wróblewski, Stach i Czesio Rapa, Edek Kowalski. Z drugiego na tej ulicy tartaku pana Wolanina zasilał nas Januszek Welc. Niebawem powiększyliśmy skład o kolegów z ul. Moniuszki: Szczepana Tochmana (też miał piłkę i rower), Zygmunta i Grzesia Dobrzyńskich oraz Heńka Kukiełkę. Na wakacje przyjeżdżał z Wrocławia Jurek Kosmala – obecnie stary "biłgorajak". On pisał wraz ze mną kronikę, którą bogato ilustrowałem. Niestety, do mojego aparatu fotograficznego marki "Kodak" nie można było kupić kliszy, więc tylko imitowałem filmowanie ciekawszych ujęć. Piłkę, która często się pruła, zszywał nasz "sponsor" – szewc Łazarewicz, który za usługę jeszcze dodatkowo dawał nam cukierki, zachęcając byśmy grali pod jego oknami na ul. Widok. Wzruszony zachwalał nas, że gramy jak jego ulubiona drużyna "Pogoń" Lwów. Nasze całodniowe treningi piłkarskie przerywała brutalnie mama, wołając – a głos miała donośny, gdyż śpiewała w chórze kościelnym – "Kaaazik ooobiad!" Moi bracia, wówczas studiujący, gratulowali mi zapału i pomysłów. Oni także, tuż po wojnie założyli organizację młodzieżową militarno-sportową "Samodzielny Ruch Oporu". Nie zwracali uwagi na skrót tej nazwy, która na pewno nie była elegancka.
Zimą były wyprawy na łyżwach, które zapinaliśmy przy Nadleśnictwie przy ul. Długiej i śmigaliśmy po zalanych i zamarzniętych łąkach, aż na stawy pana Ćwikły. Tu można było pograć w hokeja kijami wyciętymi z krzaków i puszką po paście do butów. Chłopcy, którzy nie mieli łyżew, ślizgali się na podkówkach – i też było wesoło. Były też eskapady z domieszką horroru, gdy przemierzaliśmy skutą lodem Ładę – trasy na Różnówkę lub na Gromadę. Niesforny Januszek W. spychał jadących na środek niezamarzniętej rzeki lub łamał słaby lód. Na szczęście albo dzięki Bogu, nic nikomu się nie stało – za to było co wspominać.
Narty to osobny rozdział. Byłem właścicielem jedynej pary nart. Zjeżdżaliśmy "zawrotną" szybkością ze stoków "Rabinówki" lub "Targowicy". 4-5 kolegów czekało na zjazdowca, który po wykonaniu ewolucji zwanej "krestiana" odpinał narty i przynosił następnemu amatorowi szybkich zjazdów. Trwało to dotąd, aż koledze z innej ulicy pozwoliliśmy zjechać, ale tylko raz i to był faktycznie ostatni raz. Zjechał tak nieszczęśliwie, że trafił w kołek płotu tuż przy trasie, złamał nartę (jedyna para na całej ulicy) i co gorsza – złamał też nogę. Kiedy wieźliśmy poszkodowanego na saneczkach do szpitala, płacząc, prosił: "Tylko nie mówcie mamusi". Tego typu wypadków było sporo, może dlatego, że nie przestrzegaliśmy przepisów BHP, a może jeszcze ich nie napisano. Było tak, że kolega z ul. Radzięckiej udowadniał nam, że najlepiej zjeżdża się na saneczkach w pozycji leżącej i to po stoku polewanym wodą. Efekt był taki, że jego popisowy numer skończył się bolesną kontuzją podbrzusza, gdy walnął w płot pana Wolanina, którego posesja kończyła tor – zjeżdżalnię z ul. Targowej. Niebawem postawiono tam kramy i trzeba było szukać innego stoku. Im byliśmy starsi, tym stawaliśmy się odważniejsi. Chęć przygód, rekordów, sensacji sprawiała, że trasa na uprawianie sportów zimowych wydłużała się o 3-4 km, aż do lasu Krasne. Niepowtarzalna korzyść to zabawa i sport na świeżym powietrzu. Telewizji wówczas nie było, a głośniki zwane "kołchoźnikami" nadawały głównie komunikaty służb miejskich. Ot, proza życia.
 
Kazimierz Szubiak
 

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.