Wojenne wspomnienia

O Edwardzie Okoniu pisałem w lutym 2008 r. To był jeden z pierwszych moich artykułów w "NOWej". Teraz dzięki mojemu rozmówcy poszerzyłem ten artykuł z wiarą, że liczne grono czytelników zainteresuje ciekawy życiorys pana Edwarda i jego żony Marii.
Edward Okoń urodził się 22 czerwca 1936 r. w Smólsku Dużym. Rodzeństwo to bracia: Stanisław (ur. 5.10.1932 r.), Józef (ur. 27.02.1940 r.). Rodzice: ojciec Wawrzyniec (ur. 1907 r.), matka Katarzyna z domu Wasąg (ur. 1912 r. w Dąbrowicy). Babcia Zofia (ur. 1881 r.) to matka ojca.
 
Wspomnienia
W czerwcu 1943 r. nasza wioska Smólsko Duże została wysiedlona przez Niemców. Paśliśmy krowy w lesie. Gdy szła obława niemiecka lasem, spotkali nas i rozkazali gnać bydło do domu. Rodziców i małego brata Józia w domu już nie było. Plac z ludźmi był pilnowany i obstawiony żołnierzami. Ja jako małe dziecko strasznie płakałem i chciałem do mamy. Jak szedłem tam na ten plac, pewnie ktoś z ludzi mnie zauważył i powiedział mamie. Mama strasznie machała rękami abym wrócił do domu. Miałem wtedy 7 lat, a brat 11. Wówczas nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że po strasznych przeżyciach zobaczymy mamę, tatę i brata aż po dwu i pół roku. Załadowali nas na samochody i przywieźli po południu do Biłgoraja do kościoła WNMP. Wczesnym rankiem następnego dnia załadowali nas do samochodów. Wieczorem przywieźli nas do obozu koncentracyjnego na Majdanku. Na placu, już na terenie obozu, odłączyli mężczyzn od kobiet, pamiętam przerażający krzyk. Dzieci poniżej 14. roku życia miały pozostać z kobietami. Nas właśnie dołączono do kobiet. Przyprowadzono nas na pole kobiece i w baraku zajmowaliśmy prycze. Na jednej pryczy dwie osoby starsze, a dzieci – dwoje z jednej strony a trzecie w drugą stronę. Rano jak otworzyli, to wpadała "starsza blokowa" z krzykiem, aby wszyscy wychodzili pod blok na apel. Ludzi ustawiali w piątki i zaczynało się liczenie. Przez cały okres mojego pobytu w obozie, tj. od 26 czerwca 1943 r. do końca sierpnia, dręczono nas ciągłymi apelami. Były takie dni, że apele ciągnęły się do nocy. Niektórzy ludzie nie wytrzymywali psychicznie, tracili zmysły. Z mojej miejscowości Smólsko Duże była matka z dwojgiem dzieci o nazwisku Maciocha. Dziewczynka Leokadia miała 12 lat, a jej braciszek 3 lata i którejś nocy ten chłopczyk zmarł, i matka rano musiała go wynieść w worku papierowym przed barak. Po dwóch dniach pobytu w obozie dano nam pierwszy posiłek, była to zupa z owsa – same plewy. Po jakimś czasie znaleźliśmy inny sposób, żeby zdobyć coś do jedzenia. Rano wstawaliśmy z pryczy i po całym baraku patrzyliśmy, kto nie żyje, obszukiwaliśmy kieszenie zmarłych. Czasem udało nam się znaleźć resztki suchego chleba. Myślę, że dzięki temu przeżyliśmy. Kto miał matkę, to sama nie zjadła tylko oddała dziecku. Tak upływały nam dni obozowe, bez ojca, bez matki, w głodzie i pragnieniu. Codziennie rano wynoszono ciała zmarłych więźniów przed baraki. Więźniowie ciągnęli wóz i sprzed baraków zbierali ciała i zawozili do krematorium. To odbywało się codziennie. Ja z bratem i babcią czekaliśmy, że może przyprowadzą naszych rodziców, ale ich nie było. Rozpoznał nas chłopak z naszej wsi, który miał wtedy 23 lata i także szukał swoich bliskich. Na szczęście zgodził się być z nami w czasie wyjazdu z obozu. Mnie i bratu dodał lat i ustawiliśmy się razem z nim w kolejkę do wyjścia. Gdy nas prowadzono ulicami Lublina do stacji kolejowej, ludzie z okien domów rzucali nam kawałki chleba, ciasta itp. Załadowano nas do wagonów bydlęcych, zaryglowano i pociąg ruszył. Na każdym postoju wyrzucali z wagonów trupy. Ludzie marli jak muchy. W takich warunkach wieźli nas kilka dni. Znaleźliśmy się na terytorium Niemiec. Przewieziono nas do obozu, którego nazwy już nie pamiętam. Obowiązywał w nim mniejszy rygor jak na Majdanku. Po krótkim pobycie w tym obozie, przywieziono nas koleją do miasta o nazwie Lauterbah. Było to 9 sierpnia 1943 r. Po wyładowaniu nas z pociągu ustawili rodzinami na peronie. Gospodarze niemieccy chodzili i wybierali sobie, która rodzina im pasuje. My – dwóch małych i trzeci trochę wyższy (sponiewierani), babcia wyglądała jakby miała 100 lat, staliśmy do końca i nikt nas nie chciał. Przeżyliśmy następny szok i lęk, że z powrotem zawiozą nas do obozu. Podszedł do nas baor o nazwisku Karl Niepoth zamieszkały w gminie Altenschlirt, zaprowadził nas do pociągu już osobowego. Jechaliśmy 15 km. W czasie jazdy dał nam po kromce chleba posmarowanej smalcem. Gdy wyszliśmy z pociągu, do jego wioski było jeszcze około 2 km na piechotę. Następnego dnia odłączono od nas mojego brata Stanisława i oddano go do innego gospodarza. Ja zostałem z babcią i Janem Grabiasem, który dołączył się do nas na Majdanku. Litowały się nade mną starsze Niemki i dawały mi coś do ubrania. Podziwiały, że takie ładne dziecko i tak cierpi. Później to wszystko rozumiałem, bo szybciutko poznałem język niemiecki. Pracowałem z babcią w oborze przy krowach, usuwałem obornik, dawałem krowom jeść i czyściłem je. Jeżeli czegoś nie mogłem wykonać, to byłem bity batem, gdzie popadło. Latem pasłem krowy już sam. Krów było 10 sztuk. Mój gospodarz miał syna, miał na imię Walter. W tym czasie miał 14 lat. Należał do organizacji Hitlerjugend. Dla własnych ćwiczeń nadrywał mi uszy, wyłamywał paznokcie u rąk, szczuł psem. Mój baor miał jeszcze dwóch synów, którzy byli na froncie – Fryc i Wilhelm. Obydwaj zginęli. Babcia jak doiła krowy, to sama piła mleko, a dla mnie miała ukryty w oborze mały kubeczek. Najgorsze to, że byłem zawsze głodny. Jak pamiętam to tylko dwa razy w roku byłem najedzony do syta, jak były omłoty i świniobicie. Było piękne lato 1944 r., alianci dokonywali bardzo często nalotów. Pracowało w tej wiosce jeszcze kilku Polaków, którzy w wolnym czasie spotykali się z nami i zawsze, jak tylko mogli, to nas chociaż pocieszali. Starsi panowie pocieszali, że już niedługo koniec wojny, że pojedziemy do Polski, do rodziców. Przez cały okres wojny od chwili wysiedlenia rodzice nas poszukiwali i właśnie odnaleźli nas, ale dzieliła nas wielka odległość. Rodzice i brat malutki Józef, który miał wtedy 4 latka, byli na terenie Niemiec Wschodnich, w okolicach Berlina, a my byliśmy wywiezieni w okolice Frankfurtu nad Menem. Była to wiosna 1944 r.

Brat Stanisław przebywał u baora o nazwisku Fryc Nepoth. Pracował ciężko w oborze, w polu i pomagał gospodarzowi przy wyrobie wędlin, bo jego baor tym się zajmował. Na szczęście nie był głodny tak jak ja, jeżeli znalazł okazje, to dał mi coś do zjedzenia. Wiosną 1944 r., gdy już dobrze mówiłem po niemiecku, gospodarz powiedział, że już niedługo pójdę do szkoły. Bardzo to przeżyłem, bo myślałem, że będę bity przez dzieci niemieckie. Zbliżała się jesień 1944 r., było coraz bliżej końca wojny i już mnie do szkoły nie posłano. Zbliżała się druga zima naszego pobytu u baora. Zimy baliśmy się, bo pomieszczenie, w którym mieszkaliśmy, było nieogrzewane. Jan Grabias w ubraniu drelichowym pracował całą zimę w lesie i bardzo się przeziębił. Po powrocie do Polski cały czas chorował i zmarł, mając 33 lata. Pod koniec marca 1945 r. wioska, w której przebywaliśmy, została zajęta przez wojska amerykańskie. Baor, bojąc się odpowiedzialności, zwolnił nas z pracy, ale jeść nam dawał. Dopiero wtedy mogłem z babcią spotkać brata Stanisława. Po kilkunastu dniach nasz gospodarz kazał nam się zbierać. Dał nam tą starą pościel, pod którą spaliśmy, trochę jedzenia i odwiózł nas furmanką do miasta Lauterbah. Po krótkim czasie podjechały samochody amerykańskie i przewieźli nas do obozu polskiego w dużym mieście Gissen. Były to budynki koszarowe po wojsku niemieckim. Warunki były dobre. Ważne było to, że było dobre wyżywienie, a ludzie byli strasznie wygłodzeni. Było tam dużo dzieci w różnym wieku. Zorganizowali nam szkołę polską. Miałem ukończone 9 lat i zacząłem poznawać litery, a więc pierwsza klasa. Chodziliśmy na lekcje religii, bo był także z nami ksiądz katolicki, właśnie tam przystąpiłem do pierwszej komunii świętej. W tym obozie przeżyłem z babcią straszną tragedię. Mój brat Stanisław, przebiegając przez drogę, wpadł pod auto, którym jechali żołnierze amerykańscy. Zatrzymali się, włożyli go do samochodu i gdzieś powieźli. Po dwóch tygodniach z babcią odnaleźliśmy brata Stanisława w szpitalu. Nie mogliśmy go poznać, bo był taki siny. Po trzech lub czterech tygodniach wrócił do obozu. Uraz po tym wypadku został mu do końca życia. Zmarł na zawał serca, mając 60 lat. W czasie pobytu w obozie żołnierze amerykańscy częstowali nas pomarańczami, czekoladami, różnego rodzaju konserwami. Wszystko nam to smakowało, tylko chciało się do mamy i taty. W tym obozie przebywały z nami rodziny z Korczowa: Dziduch z żoną i synowie Franciszek i Józef, Wawrzyniec Kapka z żoną i dziećmi Stanisławem, Janem i Julią z Dereźni Solskiej, z Woli Dereźniańskiej była rodzina Kurzynów. W połowie listopada 1945 r. został zorganizowany transport do Polski. Ja z bratem i z babcią dołączyliśmy się do tych rodzin, aby razem wracać do kraju. Załadowano nas do wagonów towarowych i tak przewieziono na teren Polski. Po opuszczeniu niemieckich wagonów powiedziano nam, że sami musimy zorganizować sobie dalszą podróż. W czasie podróży już na terenie Polski wiele rzeczy nam ukradli. Gdy wyładowano je na stacji w Zwierzyńcu, to połowę bagaży nie było. Wróciliśmy do rodzinnej wioski, nie wiedząc nawet czy rodzice żyją. Dzięki Bogu przeżyli. Wrócili do domu w lutym 1945 r. z terenu Niemiec Wschodnich, z okolic Berlina, gdzie zostali wyzwoleni przez Armię Czerwoną. Widok spotkania i przywitania się z rodzicami do śmierci nie zginie mi z oczu. Mama tak strasznie płakała, straciła przytomność i upadła na ziemię. Tata nam opowiedział, że mama jest bardzo chora i wycieńczona po przeżyciach wojny. Przeżywała bardzo utratę swoich dzieci – przecież nie widziała nas przez dwa i pół roku. Dom nasz w czasie wojny został spalony podczas walki partyzantów z Niemcami, a mieszkaliśmy na skraju lasku w Smólsku Dużym. Rodzice, zanim wróciliśmy, zdążyli przebudować przy oborze mały kąt do zamieszkania. Było to dla nas wielkie szczęście po tych wszystkich przeżyciach. Mogliśmy wreszcie mówić mamo i tato. Na zmianę wchodziliśmy do łóżka do mamy, aby się przytulić. Do dzisiaj czuję mamy ręce, które mnie przytulały i usta, które z taką miłością całowały. Niedługo jednak mogliśmy się tym cieszyć, mama była coraz bardziej chora. Na ul. Przemysłowej w Biłgoraju mieszkał babci brat Jan Kurzyn. Był dobrym człowiekiem, powiedział do taty, że trzeba ją ratować. Znał się z dr. Pojaskiem. Zawieźli mamę do szpitala. Doktor zrobił operację i powiedział: "Żebyś nawet zawiózł ją do Pana Boga, umrzeć musi, bo jest wszystko zepsute". Po operacji strasznie cierpiała. Tata nie miał pieniędzy, aby kupić znieczulające leki. Z bratem Stanisławem po tak długiej rozłące musieliśmy to następne rozstanie przeżywać i to już na zawsze. Mama zmarła w październiku 1948 r., mając 36 lat. Zacząłem chodzić do szkoły w Smólsku Dużym do pierwszej klasy po ukończeniu 9. roku życia. Szkołę podstawową ukończyłem w Majdanie Starym. Był to rok 1951. Po ukończeniu szkoły podstawowej tata wysłał mnie do Biłgoraja, do szkoły zawodowej, którą ukończyłem, zaliczając małą maturę. Ojciec opowiadał nam swoje przeżycia, które także na zawsze pozostaną w mojej pamięci. Gdy rosyjskie wojska wkroczyły do ich miejscowości, to wszystkich Niemców zegnali na plac i rozstrzelali. Polacy obawiali się, że z nimi zrobią to samo. Rosjanie pytali Polaków, dlaczego nie walczą, tylko pracują dla Niemców. Nie rozumieli tego, że były to przymusowe wywózki i przymusowa praca. Kilka rodzin polskich zorganizowało sobie furmanki i konie – tak wracali razem do Polski. W czasie podróży zatrzymywały ich patrole rosyjskie i przy rzekomo obowiązkowej kontroli, ograbiali z wartościowych rzeczy. W czasie jednej kontroli ojcu ten wyższy rangą nakazał "dawaj czasy". Ojciec mu odpowiedział, że nie ma, bo już mu wcześniej zabrali. Wtedy dał rozkaz jednemu z żołnierzy, by tatę wziął do rowu i rozstrzelał. Sam poszedł do następnej furmanki i osobiście zastrzelił Polaka. Ten żołnierz szeregowy powiedział, że go rozstrzelić musi. Wtedy tata wziął na ręce od mamy naszego czteroletniego brata Józefa, żeby razem z nim zginął. Poszedł z tym dzieckiem na ręku do rowu. W tym czasie od żołnierza usłyszał: "Ja strzelę, a ty się przewrócisz i gdy my odjedziemy, to wstań i dogonisz wozy z waszymi". Był to starszy człowiek, może dlatego zdobył się na taki gest, albo litość go zebrała na widok tego dziecka. Puścił serię w kierunku ojca. Ojciec się wywrócił na to dziecko, a mały nawet nie krzyknął. Po pewnym czasie dognali furmanki i jechali już razem. W domu w Smólsku byliśmy bardzo biedni i nie było już mamy. Nigdy nie miałem nawet kanapki, ani żadnych pieniędzy. Koledzy w szkole dzielili się ze mną swoimi kanapkami. A byli to: Stanisław Żywot, Julian Gurczyński, Tadeusz Stelmach. Godzin lekcyjnych po wojnie było bardzo dużo – siedem, osiem dziennie. Po ukończeniu szkoły dostałem nakaz pracy, na Ziemie Odzyskane do miejscowości Dobrzyca koło Koszalina. Był to Państwowy Ośrodek Maszynowy 131. Zostałem zatrudniony na stanowisko kierownika Bazy Paliwowej. Miałem wtedy 17 lat. Pracowałem tam dwa lata. 4 maja 1957 r. zostałem wcielony do służby wojskowej – Jednostka 1400 Warszawa 93 Pyry. Byłem radiotelegrafistą przy Centrum Dowodzenia Wojsk Lotniczych (była to bardzo ciekawa służba), 30 kwietnia 1959 r. zostałem zwolniony do cywila. Wróciłem do rodzinnego domu. Było bardzo ciężko z dostaniem pracy. Starałem się podejmować pracę, jaka się nadarzyła.

Kazimierz Szubiak

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.