- Reklama -

Wojenne wspomnienia 19-latka

Albin Korniak był człowiekiem znanym i lubianym w Tarnogrodzie, skąd pochodził, także w biłgorajskim powiecie, gdzie koncertował ze swoim zespołem muzycznym od lat powojennych. Pan Albin zmarł w wieku 92 lat! Opowiadał o czasach swojej młodości, czasach okrutnych i złych.

Mój rozmówca to skarbnica dobrego, sarmackiego humoru. Był muzykiem. Grał na skrzypcach od lat dziecięcych. Zanim przeszliśmy do meritum – wspomnień z czasów okupacji, wspominaliśmy dawne, powojenne lata, kiedy to przyjeżdżało się z Biłgoraja do Tarnogrodu na potańcówki.

*

Urodziłem się 4 lipca 1924 r. w Tarnogrodzie. W czasie okupacji niemieckiej mieszkałem razem z matką Mieczysławą, młodszym bratem Antonim i najmłodszą siostrą Aurelią. Ojciec Antoni, mając 39 lat, zmarł w 1938 r.

30 czerwca 1943 r. Niemcy przeprowadzili akcję pacyfikacyjną Tarnogrodu i okolicznych miejscowości, jako represję za pomoc udzieloną partyzantom przez ludność cywilną. Wydarzenia te są straszne i tragiczne, wywarły ogromny wpływ na moją psychikę, pozostawiły niezatarte wspomnienia i koszmarne obrazy w mojej pamięci.

Tego pamiętnego dnia, wczesnym rankiem w naszym domu przy ulicy Kościelnej, obudziły nas brutalne i hałaśliwe uderzenia w drzwi. Usłyszeliśmy głosy po niemiecku: „aufmachen”.

Zbudzeni i przerażeni nie wiedzieliśmy w pierwszej chwili, co się dzieje, a kiedy matka otworzyła drzwi, wpadło do mieszkania kilku uzbrojonych żołnierzy niemieckich.

Musieliśmy się ubrać szybko w to, co było „pod ręką” i opuścić dom, pozostawiając w nim wszystko, co posiadaliśmy. Mama każdemu z nas dała trochę żywności i sama zabrała na drogę. W momencie tym uzmysłowiłem sobie, że spotka nas Polaków taki sam los, jak wcześniej w 1942 r. ludność żydowską, to znaczy, że wypędzą nas i zabiją. Bardzo żywe były jeszcze wtedy w moich myślach obrazy Żydów pędzonych grupami na śmierć, okropny widok zabitych leżących w kałuży krwi.

Pędzeni przez żołnierzy niemieckich znaleźliśmy się na rynku w Tarnogrodzie, dokąd podobnie jak nas prowadzono z różnych stron miasta innych Polaków. Tam zaczęto nas segregować. Niektórych zwalniano, wracali do domów, ale byli to tylko nieliczni, tacy, którzy byli Niemcom potrzebni: rzemieślnicy, krawcy, szewcy, kowale z rodzinami itp.

Po pewnym czasie przyjechały ciężarowe samochody, na które zaczęto ładować ludzi. Istniało wtedy przekonanie, że wywiozą nas gdzieś i zabiją. W rozumowaniu tym utwierdzał nas fakt, że po jakimś czasie samochody ciężarowe wróciły po następnych.

Nie mieliśmy nadziei na pozostawienie nas w Tarnogrodzie. Nie byliśmy spokrewnieni z Ukraińcami, nie wyraziliśmy również zgody na podpisanie volkslisty – zatem jako niepotrzebni Niemcom czekaliśmy w napięciu, co będzie z nami dalej.

Załadowano nas na samochód i wieziono. Jechaliśmy dość długo, kiedy samochody zatrzymały się, kazano nam wysiadać. Okazało się, że jesteśmy w Lubaczowie. Był wieczór. Przy stacji kolejowej znajdowało się pomieszczenie, w którym wcześniej trzymano bydło. Umieszczono nas w tym budynku. Byliśmy głodni, przemoczeni i zmęczeni, ale odetchnęliśmy z ulgą, że jeszcze żyjemy. Nie pamiętam, czy dano nam jakieś pożywienie. Na drugi dzień załadowano nas do towarowych wagonów kolejowych, zamknięto drzwi i znowu wieziono w nieznane. Nie potrafię teraz uzmysłowić sobie, jak długo trwała ta podróż, ale pozostał mi w pamięci niezatarty ślad następującego wydarzenia. Pociąg zatrzymał się. Ktoś przez małe górne okienko wagonu zauważył, że jest to stacja Bełżec. Znane nam było, że w tej miejscowości było krematorium, w którym palono Żydów. Ludzie zaczęli mówić, że z nami będzie to samo. Lęk zaczął się wzmagać zwłaszcza wtedy, kiedy usłyszeliśmy odsuwanie drzwi w sąsiednich wagonach i okrzyki Niemców.

Drzwi naszego wagonu pozostawały jednak zamknięte. Ludzie w wagonie zachowywali się różnie – jedni płakali, inni modlili się, jeszcze inni byli posępnie spokojni. W oczach wszystkich widniał strach. Bardzo długo trwało to dręczące oczekiwanie, w czasie którego dał się słyszeć odgłos zasuwanych drzwi i pociąg ruszył. A więc nie tutaj nasz koniec.

Zawieziono nas do przejściowego obozu w Zwierzyńcu koło Biłgoraja. Byliśmy tam kilka dni. Z obozu w Zwierzyńcu wyprowadzono nas pod eskortą żołnierzy niemieckich i zapędzono do stacji kolejowej, gdzie ponownie umieszczono nas w pociągu towarowym. Do wagonu towarowego załadowano po trzydzieści osób: mężczyźni, kobiety, dzieci. Rozpoczęła się podróż. Według obserwacji prowadzonych przez okienko wagonu wiozący nas pociąg jechał w kierunku Lublina.

Ze stacji w Lublinie do obozu na Majdanku szliśmy pieszo. Prowadzono nas, podobnie jak w Zwierzyńcu, pod eskortą żołnierzy. Na dodatek, jakby i przyroda sprzysięgła się przeciwko nam, bo zaczął padać deszcz. Niemcy popędzali nas i wykrzykiwali: „polnische banditen”. Po dość długim „marszu” ukazały się przed nami kolczaste druty obozu. Pędzeni, ponaglani, głodni, przemoczeni znaleźliśmy się na terenie obozu w Majdanku. Przy dźwiękach muzyki „Tango Milonga” zaprowadzono nas na piąte pole. Tu przyszło sześciu Niemców, ubrani byli na czerwono i jeden z nich rozkazał, żeby mężczyźni od lat szesnastu szli na lewą stronę, a kobiety i dzieci na prawą stronę. Płacz, lament. Zaczęli się żegnać mężowie z żonami, synowie z matkami, ja pożegnałem mamę, brata i siostrę. Znalazłem się między mężczyznami. Po jakimś czasie ustawiono nas w czwórki i pędzono jak bydło, bijąc i przeklinając. Zaprowadzono nas na trzecie pole i tu wszystkich wepchnięto do jednego baraku. Było tak ciasno, że nie można było usiąść na podłodze. Po pewnym czasie otworzyły się drzwi i wszedł mężczyzna, który miał opaskę na lewym ramieniu z napisem „Kapo”. Powiedział on pamiętne dla mnie słowa: „Kto odważy się wyjść tamtymi drzwiami, na miejscu zostanie rozstrzelany”. Zapytano, w jaki sposób można się wydostać, odpowiedź brzmiała: „Stąd wychodzi się tylko kominem”. I tak jeden człowiek obok drugiego staliśmy całą noc.

Rano otwarto drzwi i kazano nam wychodzić. Przed drzwiami zobaczyliśmy zabitego mężczyznę leżącego we krwi. Ustawiono nas w czwórki i doprowadzono do łaźni. Następnie nago przechodziło się do następnego pomieszczenia, gdzie przeprowadzana był dezynfekcja.

Wiedzieliśmy, że w budynku łaźni znajdują się komory gazowe, gdzie uśmiercano więźniów. Zdawaliśmy sobie sprawę, że nas może spotkać podobny los. Na szczęście, przeprowadzono nas obok komór gazowych i kazano się ubierać. Ja powiedziałem, że to nie moje ubranie i wtedy zostałem pobity. Szybko złapałem koszulę i jakieś spodenki, następnie podano jakieś stare ubrania, prawdopodobnie po byłych więźniach, już nieżyjących. Na tych ubraniach były wymalowane czerwoną farbą pasy. Na nogi drewniaki o jednym pasku. Z łaźni przeprowadzono nas na trzecie pole. W baraku nr 18 trzypiętrowe prycze. Przyniesiono nam obiad. Zupa z brukwi w misce, bez łyżki, każdy jadł jak mógł.

Jakiś czas po „obiedzie” wszedł do naszego baraku mężczyzna, przedstawił się, że jest barakowym i ma na imię Władysław. Powiedział, że łóżka mają być codziennie zaścielone, na taborety nie wolno siadać, a teraz wychodzimy na apel. Ustawiono nas w czwórki. Przyszedł żołnierz niemiecki i policzył nas. Następnie w prawo zwrot i maszerowanie wkoło po polu a przy tym rozkaz „myce ab, myce auf”. Potem kolacja: 5 gram chleba i w misce kawa lura. Kazano wnieść skrzynie, żeby każdy mógł się załatwić w nocy. Spanie na pryczy, gołe deski, koc i podgłówek. I tak samo we wszystkich barakach. Nazajutrz trzecia godzina rano apel. Po śniadaniu przyszedł barakowy i zapytał, kto jest krawcem. Ja umiałem już trochę szyć na maszynie, więc się zgłosiłem. Z całego pola było nas kilkunastu. Przyszywaliśmy do marynarek trójkąt żółty z literą P i numer więźnia, i tak minęło kilka dni. Pod wieczór przywieziono słomę, podano nam sienniki i kazano napychać. Już było lepsze spanie.

Obóz w Majdanku był obozem zagłady. Zajmował ogromny obszar, otoczony wysokim płotem z drutów kolczastych, do którego podłączony był prąd elektryczny. Obóz podzielony był na 5 części, czyli na tzw. „pola” oddzielone od siebie także drutem kolczastym. Za piątym polem znajdowało się krematorium, gdzie palono ciała ludzkie. Na każdym polu po lewej i prawej stronie stały baraki. A było ich 22. Na każdym polu barak nr 19 był osobliwie ogrodzony wysokim płotem z desek (niby szpital), gdzie umieszczono starców i chorych. Ponieważ stacjonowałem w baraku nr 18 miałem możność słyszeć jęki, dobijanie ludzi. Mam jeszcze niezapomniany widok trupów ludzkich wiezionych do krematorium z tego baraku. Na środku naszego pola stała złowieszcza szubienica, stwarzając niesamowite wrażenie. Nasz barakowy pan Władysław był dobrym człowiekiem. Nigdy nikogo nie uderzył, a zawsze prosił, zróbcie to albo to. Nie byliśmy numerowani przez tatuaże, ale Niemcy ciągle nas liczyli i sprawdzali obecność na apelach. Bardzo męczące i uciążliwe były te apele. Odbywały się w różnych porach doby, także w nocy i bez względu na pogodę. Trwały nieraz kilka godzin.

Przez pana Władysława dowiedziałem się, że rodzina jest na piątym polu i pocieszył mnie, że nic im nie grozi. Zawsze myślałem, czy jeszcze się zobaczymy. Pewnego dnia, było to chyba po dwóch tygodniach pobytu, o trzeciej rano, gdy wychodziliśmy na apel, pan Władysław w tajemnicy oznajmił nam, że dziś będziemy mieli przeprowadzane śledztwo i jeszcze dodał: „Rodacy, nie bójcie się”.

Około godz. 8 przeprowadzono nas pod jeden barak, niby biuro, poprzegradzane na 3 lub 4 pomieszczenia. W pierwszym pomieszczeniu stały 4 stoliki, przy nich siedziało czterech oficerów niemieckich i czerech tłumaczy. Wpuszczano do środka po dwie czwórki. Przyszła kolej na mnie. Stojąc twarzą do ściany, odwróciłem głowę i wtedy dostałem dwa razy. Ze skrzywioną miną podszedłem do stolika. Zacząłem się tłumaczyć, że pracowałem w kuchni wojskowej, że szef kuchni nazywał się „Recek”, że żadnych bandytów nie widziałem, a mieszkam w Tarnogrodzie przy ul. Kościelnej. Więcej mnie nie pytał i kazał wyjść. Śledztwo trwało do samego wieczora. Po śledztwie wróciliśmy do baraków głodni, pobici. Byliśmy zawsze głodni. Zmuszano nas do różnych robót jak kopanie rowów, noszenie kamieni, płyt chodnikowych itp.

Ciągły lęk i niepokój sprawiły, że dni wydawały się latami. Po kilku tygodniach takiej niepewności kazano nam wyjść z baraków i skierowano ku bramie pola. Zauważyliśmy wtedy, że na teren naszego pola wprowadzono kobiety z dziećmi. Okazało się, że byli to oddzieleni wcześniej od nas żony, matki, bracia i siostry.

Z trudem rozpoznałem wśród nich swoją rodzinę: mamę, brata i siostrę. Po rozpoznaniu i połączeniu rodzin zaprowadzono nas do jakiegoś biura mieszczącego się w baraku. Tam kolejno oddawano każdemu z nas worki papierowe z ubraniem, bo były na workach napisane nasze nazwiska i imiona. Poprzebieraliśmy się w swoje ubrania. Znowu nas rejestrowano i ogłoszono, że jeżeli ktoś podpisze volkslistę będzie mógł wrócić do domu. Nie wyraziliśmy i tym razem zgody. Przetransportowano nas na ul. Krochmalną w Lublinie, gdzie znajdował się punkt wywozu ludzi na przymusowe roboty do Niemiec. I tak jakimś szczęśliwym trafem opuściliśmy obóz w Majdanku. Z ul. Krochmalnej zaprowadzono nas do stacji kolejowej i załadowano do wagonów towarowych. Był wieczór, pociąg ruszył. Jechaliśmy całą noc. Rano ktoś przez okienko wyjrzał i mówił, że to stacja Kraków. Otworzono drzwi i podano nam śniadanie, już trochę lepsze, bo chleb z marmoladą i czarną kawę. Dwóch żołnierzy niemieckich stało przy naszych drzwiach, a byli to Austriacy i powiedzieli nam, że jedziemy do Austrii. Jechaliśmy 3 dni. Ludzi rozdzielono po całym kraju. Nas dowieziono do miasta Graz. Tam byliśmy jeszcze w niemieckim obozie kilka dni. Potem podjechał samochód, zabrano kilka rodzin m.in. nas i zawieziono do miasta Felelbach, a potem przydzielono do gospodarstw u Austriaków. Nas przydzielono do gospodarza Józefa Groce w wiosce Auersbach, tam pracowaliśmy w polu, w domu, w oborze. W 1944 r. w marcu bauer wystarał się, że mamę, brata i siostrę wysłano z powrotem do Polski, ja zostałem sam. Było tam dużo Polaków i Polek. Oswobodziły nas wojska alianckie tuż przed zakończeniem wojny.

Wróciłem do kraju w czerwcu 1945 r. po dwóch latach tułaczki w obozach i na obczyźnie. Kiedy przyjechałem do Tarnogrodu, zastałem mamę, brata i siostrę całych i zdrowych. Radość niezmierna. Wreszcie nasz rodzinny dom, ul. Kościelna i nasze miasto Tarnogród.

Tak swoje opowiadanie zakończył pan Albin, ojciec trzech synów: Gabriela, Jerzego oraz Ryszarda – byłego wiceburmistrza miasta Biłgoraj.

 

Kazimierz Szubiak

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.