Garderoba Gentlemana

W świątecznym nastroju

Za kilka dni będą w naszych domach: oczekiwanie, rodzinne spotkanie przy wigilijnej wieczerzy, pyszne dania przyrządzone z kasz, kapusty, grochu, grzybów, ryb, maku, miodu… Tak każe tradycja. Ta magiczna chwila niech trwa!

Wcześniej następuje przystrajanie domu, które jest jak składanie życzeń. Jabłuszka – na miłość, zieleń – na zdrowie i złoto – dla bogactwa. Symbole kulinarne – jak wiadomo – każda potrawa ma głębokie znaczenie. Ryba symbolizuje Chrystusa, a także pojednanie tak dla nas ważne! Grzyby dają siłę i zdrowie – są w żurku, uszkach, pierogach. Mak zajmie się płodnością i dobrobytem. Orzechy dodadzą biesiadnikom rozumu, miód da szczęście, a fasola – pieniądze. Wielka moc znajduje się w suszu: śliwki odpędzają złe moce, jabłka oznaczające grzech pierworodny wróżą także zgodę, odkupienie i miłość, gruszki podgrzewają uczucia, figi zapewniają długowieczność, a daktyle – dostatek. I czego tu więcej pragnąć?

Wigilia mojego dzieciństwa to piękna, rodzinna atmosfera i niezapomniane przeżycia. Czasy były trudne, rzeczywistość szara, wszech panująca bieda. Lata 40. – okres powojenny. Nasz dom na ul. Przemysłowej był w bliskiej odległości od kościoła parafialnego pw. WNMP. Czekaliśmy kiedy kościelny pan Paluch zaświeci żarówkę na wieży kościoła. Sygnał, że można zacząć biesiadę wigilijną. Najpierw wspólna modlitwa, którą intonowała najstarsza osoba w licznej rodzinie – babcia Józefa. Potem biegiem pod choinkę, gdzie czekały skromne, ale wyczekiwane prezenty – ciastka i cukierki. Bywało, że przychodził trudny do rozpoznania sąsiad „grający” rolę św. Mikołaja, przepytywał z paciorka i groził rózgą, gdy rodzice poskarżyli się, że dziecko było niegrzeczne. Ponieważ byłem chwalony przez rodziców i starszych braci, dostawałem małą zabaweczkę z dużego wora. Pamiętam ołowiane żołnierzyki, którymi po świętach bawiliśmy się z kolegami z ul. Przemysłowej. Wspominam plac pełen desek z tartaku pana Perkowskiego, który był miejscem naszych zabaw, tak jak przylegający plac z sosnowymi balami, który obejmował obecną ul. Widok. W domu pachniała lasem choinka ozdobiona łańcuchem, bańkami, świeczkami w lichtarzykach i łakociami, które szybko znikały z drzewka.

Po zapaleniu świec na stole i choince – niezapomniany urok – następowała ceremonia dzielenia się opłatkiem i składanie życzeń. Opłatek z miodem smakował bardzo, może dlatego że do godz. 16.00 obowiązywał post. Przy dużym stole przykrytym białym obrusem z siankiem, czekały potrawy: śledzik z oliwą lub śmietaną, ryba – karp (od pana Ćwikły) po żydowsku (mielony w galarecie) lub smażony z chrzanem, barszcz z uszkami, kasza gryczana z sosem grzybowym, kapusta z grochem, biłgorajski pieróg i racuchy, susz (z jabłek, gruszek, śliwek) i babki, które smarowało się konfiturami z borówek lub żurawin. Pycha!

Alkohol był nieobecny. Starsi pili mocną herbatę, by wytrzymać do pasterki. O północy w kościele WNMP wiernych było tak dużo, że dom Boży „pękał w szwach”, a głośno śpiewane kolędy słychać było w całym (wówczas) miasteczku.

Śniegu było dużo, więc po Pasterce obrzucano się gałkami. Starsi chłopcy, mimo trzaskającego mrozu i śniegu po pas, wymyślali imprezy „hukowe”. Były to puszki z karbidem, które przypominały czasy, minionej na szczęście, wojny. Wyjątkowo późno kładliśmy się spać. Jeszcze tylko trzeba było zagrzać pierzynkę przy kaflowym piecu i lu-lu. A nazajutrz „powtórka z rozrywki”. Wszak my Polacy lubimy świętować – „homo festivus!”

Tak się rozmarzyłem, pisząc ten artykuł, że stwierdziłem: kocham prowincję. Ma spokojniejsze tempo życia. Jest czas na czytanie i na „nicnierobienie”. Dookoła znajomi – jest o czym pogadać. Jakże miło mieszkać tu, w naszym coraz piękniejszym Biłgoraju.

Kazimierz Szubiak

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.