- Reklama -

- Reklama -

- Reklama -

Udział Braci Mniejszych Konwentualnych z Puszczy Solskiej w powstaniu styczniowym

W tym miesiącu będziemy obchodzić uroczyście 159. rocznicę wybuchu powstania styczniowego, tzn. naszego wielkiego zrywu narodowego, w którym obok mieszkańców Biłgoraja oraz okolicznych miejscowości wzięli udział również zakonnicy z konwentu św. Marii Magdaleny.

Jeśli chodzi o naszych rodaków, ich zaangażowanie patriotyczne jest już dobrze znane dzięki licznym publikacjom. Ale zupełnie inaczej przedstawia się sprawa podbiłgorajskich minorytów, gdyż niewiele jest opracowań na ten temat, a poza tym reguła franciszkańska nie przewidywała takiej formy aktywności członków tegoż zakonu. A jednak to się stało. Co ciekawe, dla nich udział w tymże powstaniu na ziemi biłgorajskiej zaczął się jeszcze… przed jego wybuchem, bo od zjazdu przełożonych ich 19 klasztorów w Królestwie Polskim, któremu przewodził w październiku 1862 roku tutejszy gwardian o. Teofil Rysowski.

Decyzją nowego prowincjała i władz wyższych zakonu franciszkanów postanowiono wtedy, iż przełożonym miejscowego konwentu zostanie o. Grzegorz Kryplewski z Chęcin, kaznodzieją urzędowym o. Daniel Żakiewicz z Zawichostu, wcześniej pracujący w pobliskim Górecku a spowiednikiem o. Dionizy Tronowski z Kalisza. Jak wiemy, zaledwie dwa i pół miesiąca później nastąpił ów niezapomniany zryw, który niestety został zdławiony pod koniec 1864 roku. W międzyczasie obyło się wiele mniej lub bardziej słynnych potyczek, jednak my skupimy się tylko na tym, co wydarzyło się wówczas w puszczańskim klasztorze. Najpierw, tj. na krótko przed wybuchem walk z Rosjanami, zmarł niespodziewanie w grudniu 1862 roku gwardian i proboszcz o. Kryplewski, którego doraźnie zastąpił kaznodzieja o. Marceli Brodowski, wyznaczony docelowo do Górecka, akurat przebywający jeszcze w Puszczy Solskiej. Do momentu przybycia mianowanego przełożonego to on był odpowiedzialny za wszelką działalność podległych mu franciszkanów, czyli za o. Żakiewicza i o. Tronowskiego. Stąd też jemu powinno się przypisywać zasługę albo winę, za ich przystąpienie do powstania.

Cofnijmy się teraz do tej pamiętnej czwartkowej nocy z 22 na 23 stycznia 1863 roku, a w zasadzie już do piątku wieczorem, kiedy to właśnie pod klasztorem minorytów zebrało się potajemnie aż kilkuset słabo uzbrojonych powstańców, pod tymczasowym dowództwem naczelnika powiatu zamojskiego, a zarazem ekspedytora poczt w Biłgoraju – poczmistrza Ludwika Trębickiego. Nie ma wątpliwości, że ten punkt zborny został wybrany przez nich celowo, bowiem lokalne władze powstańcze miały tu bardzo silne oparcie. Dość wspomnieć tylko, że poza samymi zakonnikami, w tym doraźnym kapelanem uformowanego oddziału – o. Żakiewiczem, także organista parafii franciszkańskiej – Józef Skowierzak, należał do organizacji spiskowej. To tej nocy postanowiono uderzyć na leżące w pobliżu miasto, w którym stacjonowały dwie roty strzeleckie 17 Archangiełogrodzkiego Pułku Piechoty, by zdobyć na nich broń do walki, kiedy u bram zabudowań klasztornych stanął najbardziej przytomny z całej tej grupy – sam kaznodzieja, z propozycją wysłania przodem zwiadu, przed tak niedbale zaplanowanym atakiem. To ocaliło powstańców, gdyż Rosjanie czekali na nich w gotowości zapewne już od czwartku.

Orzeł niepodległości Polski. Rys. Waldemar Mackiewicz

 

Dlatego oddział prędko się wycofał do okolicznych lasów i tam czekał na dalsze rozkazy. Niestety, wojska carskie szybko go wytropiły i rozpoczęły się aresztowania. Wspomniany o. Żakiewicz powrócił do swego konwentu, gdyż z powodu ślubów zakonnych nie mógł nigdzie indziej przebywać. Lecz stało się wówczas coś niezrozumiałego. Albowiem za ów jawny i czynny udział w powstaniu, który skutkował pozbawieniem wszelkich praw stanu oraz zesłaniem na Syberię, nie został on wtedy w ogóle ukarany, czego nie można powiedzieć o jego współbraciach. Nie oznacza to bynajmniej, iż mógł żyć bez strachu, zwłaszcza że za „buntownicze działania przeciwko rządowi” uznawano nie tylko obecność w szeregach spiskowców chociażby jednego zakonnika, lecz także namawianie innych ludzi do powstania, przyjmowanie od nich przysięgi na wierność czy zbieranie pieniędzy na ten cel, co zrobił gwardian z pobliskiego Górecka, jak i przechowywanie broni, amunicji albo ulotek.

A tego właśnie dopuścił się o. Dionizy Tronowski, prawdopodobnie już za nowego gwardiana o. Eleazara Wyszomierskiego, przybyłego tu w kwietniu 1863 z Dobrzynia, za co rzecz jasna został aresztowany, ale… dopiero w połowie następnego roku. Doszło do tego raczej wskutek denuncjacji, jako że wokół było pełno szpicli. Wówczas władze carskie przeszukały jego pokój, a znalazłszy rewolwer, dany mu zapewne na przechowanie i jakieś rewolucyjne druki, o ile nie płomienne kazania, pozbawiły go natychmiast wszelkich praw oraz zesłały w głąb Rosji, bez możliwości powrotu do kraju. Miał się osiedlić w jej wschodniej części, w gminie ancyferowskiej, wchodzącej w skład okręgu kańskiego i guberni jenisejskiej. Faktycznie jednak po zmianie wyroku osiadł w guberni krasnojarskiej, do której dotarł po 14 miesiącach prawdziwej tułaczki. Po przybyciu na miejsce osiedlenia pod koniec września 1865 r., niedługo cieszył się z końca swojej udręki, bo już w marcu następnego roku przeniesiono go do Tunki, nowego ośrodka odosobnienia dla polskich księży, strzeżonego przez 200 Kozaków, który znajdował się przy granicy chińskiej. Tam przebywał 6 lat.

- Reklama -

Obelisk w miejscu drewnianego kościoła z kryptami

 

Dopiero 8 stycznia 1873 roku pozwolono mu zamieszkać w europejskiej części Rosji. Osiadł wówczas w Wielkim Ustiugu, w guberni wołogodzkiej. Z tego wygnania wrócił po 12 latach cierpień, dzięki ułaskawieniu cara Aleksandra III i po otrzymaniu paszportu emigracyjnego udał się do Galicji, do której dotarł 1877 roku.

W jego miejsce do Puszczy Solskiej przysłano w drugiej połowie 1864 młodego o. Remigiusza Krześniaka. Niestety, zbliżał się powoli kres tej podbiłgorajskiej placówki, gdyż decyzję o skasowaniu wszystkich klasztorów w Królestwie Polskim władze carskie podjęły już w czerwcu tego roku. Po opracowaniu w tajemnicy szczegółowego planu ich likwidacji, ówczesny car – Aleksander II, zatwierdził go 8 listopada 1864 r. Kasata konwentu w Puszczy Solskiej była oczywiście konsekwencją czynnego udziału tutejszych minorytów w powstaniu styczniowym, aczkolwiek i tak by do niej doszło zgodnie z „Ukazem Najwyższym o Klasztorach Rzymsko-katolickich w Królestwie Polskim”.

Dzielił on te placówki na: zniesione, czyli takie, które liczą mniej niż 8 osób i zamknięte, tzn. te, których współmieszkańcom udowodniono udział w walce z rządem rosyjskim lub był on oczywisty, a więc na podlegające natychmiastowej likwidacji, ponadto na: nieetatowe, tj. liczące więcej niż 8 ludzi, ale bez możliwości uzupełniania tego stanu po śmierci zakonnika i etatowe, mogące istnieć do zgonu ostatniego członka, o ile posiadały wcześniej 14 braci. Likwidacji konwentu puszczańskiego dokonano w pierwszą niedzielę adwentu, nocą z 27 na 28 listopada 1864 roku. Późna pora miała zapewnić nie tylko spokojny przebieg, lecz także pobyt w jednym miejscu osób należących do poszczególnych konwentów. Akcja ta była oczywiście dla wszystkich wielkim zaskoczeniem. Zgodnie z instrukcją miały jej dokonywać władze wojskowe, wraz z urzędnikiem cywilnym i delegatem ze strony duchownej. Po otoczeniu konwentu, do środka wszedł miejscowy naczelnik wojenny mjr Zawadzki, być może w asyście kilku żołnierzy, nie ufał bowiem proboszczowi Bojarskiemu ani burmistrzowi Skrobańskiemu, tyle że bez broni, gdyż tego zakazywał car.

Zbudzonych zakonników, tzn. gwardiana o. Eleazara Wyszomierskiego, kaznodzieję o. Daniela Żakiewicza i najmłodszego z nich o. Remigiusza Krześniaka zaprowadzono zaraz do refektarza. Tam oznajmiono im cel najścia, tj. zniesienie tego klasztoru, ze względu na małą liczbę osób, chociaż „zasługiwał” nawet na zamknięcie, za ewidentne zaangażowanie patriotyczne członków tej wspólnoty. Następnie przystąpiono do sporządzenia listy chcących wyjechać za granicę lub opuścić zakon, ale pozostać w Królestwie, łącznie z wykazem pozostawionych przy kościele, aby „nie ustawało nabożeństwo, póki Władza Diecezjalna nie wyznaczy księży z duchowieństwa świeckiego”. Na tej podstawie pozostawiono tu dwóch minorytów: 39-letniego o. Daniela Żakiewicza oraz 28-letniego o. Remigiusza Krześniaka, z zakazem noszenia habitów franciszkańskich, które mieli zastąpić sutannami kapłańskimi. Ich przełożonego – o. Wyszomierskiego wyprowadzono zaś na zewnątrz, gdzie czekała na niego furmanka. Przed świtem dnia 28 listopada wraz z gwardianem z pobliskiego Górecka – o. Bernardem Drągowskim zostali przewiezieni pod eskortą do Lublina, a stamtąd przez Kurów, Dęblin, Warszawę, Kutno i Konin, do ich jedynego etatowego klasztoru w Kaliszu.

W dodatku niedługo po tym ukarano go jeszcze grzywną w wysokości 100 srebrnych rubli, chociaż winę za udział miejscowych zakonników w powstaniu ponosił o. Marceli Brodowski, którego po wyjeździe do Górecka… ominęły represje. Za to szczęście odwróciło się, niestety, od kaznodziei i kapelana o. Żakiewicza, gdyż został w końcu aresztowany i już na początku 1866 roku wywieziono go stąd pod eskortą do tego samego klasztoru-więzienia.

Piotr Flor Prezes BTR

- Reklama -

- Reklama -

1 komentarz
  1. Jan mówi

    Artykuł wzbudza zachwyt z powodu szczegółowej wiedzy autora jak i z powodu formy. Czyta się go bez zająknięć, płynnie, bo autor jest wprawiony literacko. Mogę tylko westchnąć, ze tak dopracowany tekst pod każdym względem nie zapuka do czytelnika spoza naszego biłgorajskiego rejonu. Radzę więc autorowi by zrobił to umieszczając takie teksty w mediach o szerszym zasięgu i koniecznie by takie nowatorskie teksty były zamieszczane w historycznych wydawnictwach ogólnopolskich. Wtedy zapewne pojawia się komentarze znawców tematu, co jeszcze tym bardziej uczyni publikacje autora wiarygodna i pochwały godną

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.