- Reklama -

- Reklama -

- Reklama -

Siedem parafii i ja

Proszę zauważyć, siedem parafii i nie proboszcz, nie dziekan, nie prałat, nie kanonik – tylko w tytule jestem ja, rodowity biłgorajski krajan z Rudy Zagrody, moja obecnie leciwa osoba, jakby bez tej osoby nieważne były parafie z tytułu, z którymi przyszło mi żyć na przestrzeni prawie 80 lat. Wymyślony tytuł, gwoli prawdy, to tak dla zaciekawienia i rozweselenia czytelnika w czasie smutnej pandemii i przed zbliżającymi się Świętami Wielkanocy. Ten felieton powinien zaciekawić nawet księży, jeśli tylko będą mieli okazję zajrzeć do tej biłgorajskiej gazety. W każdym razie liczę na to. To spektakularny tytuł, zdaje sobie z tego sprawę, gdyż mógłby zapewne być inny, poważniejszy, mniej krotochwilny, np. Moja historia to siedem parafii. Jednak pozostanę przy tytule z nagłówka. On mi pasuje do mojej koncepcji felietonu i do mojego usposobienia, albo – mówiąc wzniośle – do mojego ego, do mojej postawy jako katolika i zarazem społecznika dla danej parafii, a ze wszystkimi byłem w różny sposób zżyty, a z niektórymi nawet zaprzyjaźniony.

Ale po kolei. Pierwsza była parafia pw. św. Michała w podbiłgorajskiej Soli, gdzie byłem chrzczony przy asyście aż 6 par kumów, co w czasie wojny uważam za akt pewnej odwagi i zarazem zdrowej solidarności z moimi rodzicami. Tam brałem też udział jako kilkuletni dzieciak w obrzędach wielkanocnych przy kościele, tam, a pamiętam to dobrze, razem z dorosłymi pchałem się, ile tylko miałem sił, by nabrać do butelki święconej wody z dużej beczki, nie bacząc na ścisk, nie mówiąc już o nadepnięciach, a robiłem to w parterze, pod łokciami dorosłych jakby niewidoczny. Robili tak wszyscy jakby dla bohaterstwa. Pobranie święconej wody było domeną chłopów, do których i ja chciałem się zaliczyć. Podobnie było z pobraniem choćby kąska gorącego węgielka z ogniska, kiedy też się pchano razem ze mną, ale już z większym respektem w obawie przed poparzeniem. Do wnętrza kościoła nie wchodziłem, był malutki i szczelnie wypełniony przez wiernych.

Drugą w kolejności była parafia w Majdanie Starym pw. św. Piotra i Pawła, dokąd przenieśli się rodzice, gdy miałem 9 lat. Tam miałem Pierwsza Komunię św. i bierzmowanie, tam też utkwiła mi głęboko w pamięci rezurekcja wielkanocna, odbywająca się skoro świt, a ze snu budził głośny turkot wozów jadących żwawo ze Smólska i Lipowców, jakby w pośpiechu i nadziei na korzystniejsze miejsce dla fury i dla siebie w kościele. Tu pamiętam, że z procesją chodziłem wokół kościoła, ale już po dwóch okrążeniach zmykałem do świątyni, by znaleźć jeszcze wolne miejsce stojące, bo skromne ławki były zarezerwowane zwyczajowo tylko dla sędziwych starców, ale patrząc na wiek byli oni znacznie młodsi ode mnie obecnie. A w procesji imponowała mi głównie orkiestra i starałem się być jak najbliżej, by podziwiać potężne dźwięki przeszywające całe ciało wielkiej trąby – barytonu (nazwisko?) i klarnetu (Kutryn) oraz skrzypiec (J. Wryszcz, Rymarz).

Trzecia to już na Śląsku, w Radlinie Śl., parafia pw. św. Marii Magdaleny, skąd pochodziła małżonka, gdzie brałem ślub i gdzie mieszkałem przez kilka lat. Tam Zmartwychwstania tak głęboko nie przeżywano, podobnie jak i ze śniadaniem wielkanocnym. Owszem, było, ale standardowe – tylko szynka i jajko na talerzyku.

- Reklama -

Czwartą, parafię pw. Chrystusa Króla, miałem w Gliwicach, gdzie najpierw studiowałem, a później pracowałem na Politechnice śląskiej i gdzie chrzciłem córki. Tam też procesja rezurekcyjna była donośna, ze śpiewem i dętą orkiestrą kolejarzy. Było wzniośle, ale smętnie, bez entuzjazmu, jaki pamiętałem w Soli czy w Majdanie. Z winy, jak mi się wydaje, proboszcza bardzo wyniosłego, przed którym parafianie mieli respekt, wprost unikali go. Ale nie ja. Ja nawet spowiadałem się u niego, a robili tak tylko odważni. Mnie przy spowiedzi radził, np. jak sobie poradzić z prostatą…

Piątą parafię pw. św Michała Archanioła miałem w Żernicy pod Gliwicami, gdzie mieszkałem przez 25 lat i gdzie założyłem i prowadziłem swoje firmy jako prezes. Tam Msza rezurekcyjna odprawiana była wieczorem przy dość skromnej frekwencji.

Szóstą i siódmą parafię mam teraz. To w Biłgoraju parafia pw. św. Jerzego, na terenie której mieszkam po powrocie ze Śląska w 2009 r., i w Korytkowie Dużym pw. Matki Bożej Bolesnej, do której należy Nadrzecze, gdzie mam prywatną kaplicę pw. Ostatnia Wieczerza i ranczo z ptakami na działce wymagające codziennych przyjazdów. Tam Wielkanoc przeżywamy z żoną sielsko i zgodnie z naturą, której dogadzamy i z której się cieszymy. Tam jest nasze obecne Alleluja.

Biłgorajczyk

- Reklama -

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.