Garderoba Gentlemana

Powstała książka o szpitalu leśnym „665”

NOWa Gazeta Biłgorajska:  Jest Pan znany jako wnikliwy dziennikarz i pasjonat odkrywania "historii prawdziwszej". Zastanawia mnie, skąd u Pana zamiłowanie do takiej historii. Historii, która przez wiele lat nie była znana społeczeństwu, a nawet zakłamywana i ukrywana.

Janusz Skowroński:  Czasami sam się zastanawiam. Historię tworzą ludzie poprzez fakty, w których uczestniczyli. Kiedy odchodzą, zostają po nich relacje, wspomnienia, dokumenty, zdjęcia. Czasem nie zostaje nic. Wtedy pojawiają się problemy. Pasjonuje mnie ich rozwiązywanie. Przez lata były to tematy, których nie można było ruszać także w "partyzanckim świecie" Zamojszczyzny. Liczyła się AL, partyzantka radziecka, czasami BCh. Armia Krajowa na szarym końcu, obwiniana w dodatku za nieudolne dowodzenie majora "Kaliny" i klęskę pod Osuchami. W mojej książce pokazuję, jak po wojnie starano się zmarginalizować działania AK na Zamojszczyźnie. AK-owcy to widzieli i reagowali na oczywistą nieprawdę. Sami ze zdumieniem czytali np. o zasługach AL czy bitwach, których nie było. Trudno im się było  przebić przez lata z prawdą o tamtych czasach. No i nie zapominajmy, że po wojnie masowo siedzieli w więzieniach, nie tylko w kraju.

 Pisze Pan książki. Ukazało się ich już wiele. Co chce Pan przekazać społeczeństwu za pośrednictwem swoich publikacji?

 Prawdę, często zapomnianą lub nieznaną. Niekiedy bolesną lub ze szczęśliwym zakończeniem. Spotykam się z wieloma sytuacjami, kiedy po moich publikacjach ludzie odnajdują się po latach, dopisują nowe karty historii. Raz miałem przypadek, kiedy syn stanął przy grobie swojego ojca po 72 latach. Innym razem "wygrzebałem" zapomnianego obrońcę Westerplatte, o którym wiedziała garstka najbliższych mu osób, a on sam nie chwalił się tym, no chyba że "po kielichu", ale wtedy nie dawano mu wiary. Po jego śmierci, kiedy zająłem się tą sprawą, zareagowali wszyscy, zwłaszcza władze lokalne. Na jego domu odsłonięto tablicę pamiątkową, otrzymał pośmiertnie Virtuti Militari, a dzieci szkolne każdego 1 września składają na jego grobie kwiaty.

 Powstała właśnie Pana kolejna książka "Szpital Leśny AK 665". Odtwarza Pan w niej losy partyzantów, którzy w Puszczy Solskiej założyli szpital leśny o kryptonimie "665", a miesiąc później stali się uczestnikami tragicznej bitwy pod Osuchami. Porusza Pan w niej bardzo wiele wątków, które dotyczą bohaterów działających na naszym terenie.

 Tak, koło tego tematu "chodziłem" prawie 20 lat. Choć poznałem go jeszcze dziesięć lat wcześniej. Jak? O tym jest w książce. Odbyłem kilka wizyt na waszym terenie i spotkałem ludzi, którzy przybliżają historię w niekonwencjonalny sposób. Myślę o Grupie Rekonstrukcji Historycznej "Wir". Stało się coś takiego, że połączyliśmy siły i wiedzę. Skoro są ludzie, którym się chce, miałem impuls. Pomogłem przy poszukiwaniach nie tylko w terenie, ale i źródłach historycznych, przy partyzanckiej mapie czy rekonstrukcjach obiektów. W ogólnopolskim miesięczniku "Odkrywca" opublikowałem 5-odcinkowy cykl "Partyzanckie obiekty Puszczy Solskiej". Jeśli Adam Sikorski z programu "Było – nie minęło" pomaga kamerą, ja staram się piórem.

 Mieszka Pan na Dolnym Śląsku, to kawałek drogi od Biłgoraja. Jak to się stało, że zainteresował się Pan zdarzeniami, które rozgrywały się na terenie Zamojszczyzny?

 Komendantem szpitala "665" był por. "Radwan", czyli doktor Lucjan Kopeć. To on przyjmował mnie do pracy w 1986 roku w Lubaniu, do nowego szpitala, który budował przez ponad dziesięć lat. Był jedynym bezpartyjnym dyrektorem ZOZ-u w Polsce, który porwał się i zrealizował w tamtych latach tego typu inwestycję. Znakomity organizator służby zdrowia i lekarz, od 1951 roku na Ziemi Lubańskiej. O jego partyzanckiej przeszłości wiedzieli nieliczni, troszkę więcej wyszło na jaw, kiedy w 1987 roku pojawiła się u nas książka Jerzego Markiewicza "Paprocie zakwitły krwią partyzantów".  Wiedziałem, że rana lewego ramienia i strzaskanego łokcia została wyniesiona spod Osuch. Stąd nie mógł zostać chirurgiem, bo zapowiadał się znakomitym, niejednemu partyzantowi ratując życie. Został internistą. W styczniu 1988 roku mój dyrektor zmarł po krótkiej chorobie w wybudowanym przez siebie szpitalu. Dziesięć lat później, kiedy szpitalowi nadawano jego imię, udałem się wdowy po "Radwanie" i wtedy ujrzałem jego partyzanckie wspomnienia, wydrukowane przez Zygmunta Klukowskiego jeszcze w 1947 roku i fotografie z lasu. Pojęcia wtedy nie miałem, że ich autorem jest Edward Buczek, biłgorajski fotograf zaprzysiężony przez AK. Wydawałem wówczas miesięcznik lokalny "Przegląd Lubański". Opublikowałem w nim to, co przekazała Stefania Kopeć. Dla wielu był to szok, bo nie znali doktora z tej strony. Opowiedziała mi także o "Ksantypie", Barbarze, świetnie zapowiadającej się dziennikarce z Warszawy, swojej niedoszłej bratowej, która zginęła pod Osuchami i nie ma nawet swojego grobu. Po latach poszedłem śladami losów bohaterów ze zdjęć Buczka, odnajdywanych w różnych miejscach. Wiele osób ze zdjęć z otwarcia szpitala leśnego "665" cztery tygodnie później już nie żyło, a wielu innych, którzy przeżyli, trafiło do nas, na Dolny Śląsk, choćby "Wir" i "Nina" Bartoszewscy, "Korab" Zbigniew Krynicki, "Szyszka" Tadeusz Gumiński, Lucjan Kopeć czy "Nurt" Stanisława Platówna, popularna autorka książek dla młodzieży. Tak połączyły się moje zainteresowania dolnośląskie z zamojskimi. Pamiętać należy, że na tzw. Ziemie Zachodnie przemieszczali się inni, choćby "Magik" Czesław Skrzyński, który ukrył swoją partyzancką tożsamość czy słynny "Grom" Edward Błaszczak, który po latach więzienia powrócił do Pleszewa w Wielkopolsce.

 W przyszły piątek odbędzie się pańskie spotkanie autorskie, podczas którego po raz pierwszy opowiedziane zostaną kulisy powstawania książki "Szpital Leśny AK 665". Dlaczego warto przyjść na to spotkanie?

 Cała książka jest o kulisach jej powstawania. Po raz pierwszy zdecydowałem się na takie pokazanie warsztatu dziennikarza i reportera. Myślę, że to lepsze od podręczników dziennikarstwa. A i do czytelnika w XXI wieku trzeba docierać w inny sposób. Należy mu wskazać, jak szuka się śladów historii, zbierać i łączyć je ze skąpych nieraz skrawków. I niekoniecznie czynić to za pomocą wykrywacza metali. Napisałem książkę w formie dziennika, tak jak to czynili wielcy pamiętnikarze doktor Zygmunt Klukowski ze Szczebrzeszyna czy Tadeusz Gumiński, po wojnie twórca Muzeum Miedzi w Legnicy, który zostawił po sobie aż 97 brulionów, do których wcześniej nikt z dziennikarzy nie zaglądał. Byłem już w połowie swojej książki, gdy uświadomiłem sobie, że robi się z tego także  dziennik. I postanowiłem tak książkę kontynuować, z szacunku dla tych osób. Zwłaszcza obszernie cytowane zapiski Gumińskiego będą dla wielu czytelników zaskoczeniem, bo o wielu wydarzeniach nie było wiadomo. Choćby o powojennych relacjach między AK-owcami z Puszczy Solskiej. Są pasjonujące! Zaś ze zbioru po Lucjanie Kopciu rodzina udostępniła mi m.in. karty chorych ze szpitala w Biłgoraju z lat 1943-1945. Stanowią prawdziwą sensację, zwłaszcza, że niektóre z nich – z powojennymi dopiskami doktora "Radwana" – wyjaśniają, kto z chorych należał konspiracji biłgorajskiej. Przy innych z kart zachowały się nawet meldunki doktora Stanisława Pojaska do gestapo biłgorajskiego o postrzelonych i zmarłych pacjentach. Zapewne pochodzili "z lasu". Z tego co wiem, rodzina chce przekazać cały ten zbiór do naukowego opracowania. Będzie nad czym pracować, do czego zachęcam zwłaszcza miejscowych historyków, studentów zastanawiających się nad wyborem tematu przyszłej pracy czy regionalistów. Przejrzałem sporo materiałów i wiem, że pracy nie zabraknie. Dziś, kiedy otwierane są archiwa, jest telefonia komórkowa czy Internet umożliwiające szybki kontakt, jest dużo łatwiej niż jeszcze 10-20 lat temu. No i doszło nam sporo nowej wiedzy.

 W książce znajdziemy też pewien cenny dodatek. Ciekawy nie tylko dla historyków, ale i podróżników, turystów.

 W mojej książce zamieszczono kilka kart partyzanckiej mapy Puszczy Solskiej. Wiem, że coraz więcej turystów zagląda do Puszczy, a partyzancki szlak turystyczny już żyje własnym życiem i będzie nadal rozbudowywany. To niezwykle cenna inicjatywa, którą chyba za mało sami doceniacie. W Polsce takie zjawisko jest warte podkreślenia i promocji. Marzy mi się, aby po lesie nie chodzić bezrefleksyjnie, zwłaszcza po takim lesie. Wielki szacunek należy się Zygmuntowi Gontarzowi i Antoniemu Cielicy, którzy udostępnili swój las dla historii. Jeśli więc ktoś wrzuci moją książkę do plecaka, aby w miejscach, które zwiedza, przeczytać choćby o tym, co mieli do powiedzenia bohaterowie II wojny, będę usatysfakcjonowany. A takich dociekliwych turystów-czytelników, którym zwykła książka-przewodnik już nie wystarcza, widzę od lat u nas, choćby w Górach Izerskich, Karkonoszach czy na zamku Czocha. 

 Dziękuję bardzo za rozmowę i życzę inspirującego pobytu na Ziemi Biłgorajskiej. 

 

Spotkania autorskie z Januszem Skowrońskim odbędą się:

– 23 czerwca o godz. 17.00 w sali konferencyjnej Urzędu Gminy Biłgoraj, ul. Kościuszki 88

– 24 czerwca o godz. 17.00 w ziemiance "Wira", gdzie zaplanowano projekcje filmów "Szpital leśny AK" i "Chłopcu z lasu"

– 25 czerwca podczas uroczystości rocznicowych bitwy pod Osuchami.

Serdecznie zapraszamy!

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.