- Reklama -

Początki i działalność KGW w Majdanie Starym 

Wspomnienia Wandy Kuczmy, wieloletniej przewodniczącej Koła Gospodyń Wiejskich w Majdanie Starym, społeczniczki, działaczki kultury.

„Na początku przewodniczącą KGW w Majdanie Starym była Zofia Krawiecka. Było to po wojnie. Ja przyszłam tu w 1955 roku. I po 10 latach, jak moje dzieci podrosły, zostałam przewodniczącą. To było z naciskiem Krawieckiej. –Wando, weź to, poprowadź, bo ja już nie dam rady – prosiła. Tak mnie zgłosiły i tak zostało. A ja se podumałam. Jak ja to wezmę, to ja zechcę pokazać, co w Kole można zrobić. Miałam wtedy jakieś 25 lat. Gdzie jaka zabawa, to kto w bufecie sprzedawał? A ja! Strażaki przychodziły do mnie. Mnie nie trza było pisać rachunków, ino w głowie wszystko miałam. No i tak to się ciągnęło.

Na początku ja nawet nie wiedziałam, co to znaczy KGW. W pierwszym roku Krawiecka nam podpowiadała: róbcie sobie coś, to będzie parę złotych za bilety. No i zrobiłyśmy zabawę i dożynki. Z dożynek był dochód, bo po dożynkach była zabawa. Sprzedawałyśmy alkohol i wędlinę. Za wędliną trzeba było jechać aż do Stalowej. Ale ja pojechałam, bo jak się podjęło, to nikogo nie wyślesz. I z tego był dochód.
Jak miałyśmy pieniądze, to zróbmy pielgrzymkę. Kartkę żeśmy napisały: „Autokar zapłacony, kto należy do KGW i czynnie udzielał się w dożynkach, może jechać”. Wtedy się zapisało bardzo dużo, pchało się to wszystko, bo było za darmo. Calutki autokar. Pojechaliśmy do Częstochowy.
KGW coraz bardziej się rozwijało. Wtedy zrobiłyśmy pierwsze „Prządki”. Takie starodawne. Wspominałyśmy, jak to w naszych domach było i zrobiłyśmy taki skecz. Śpiewałyśmy piosenkę „U prząśniczki siedzą, jak anioł dzieweczki…”. Po przedstawieniu starsze kobiety rozpłakały się, bo dawno już nikt czegoś takiego nie słyszał. Ja byłam gospodynią. Wymyśliłyśmy, że do mojej córki przyjdzie chłopak, będą się zapoznawać. Żeby było coś ciekawego, a nie tylko prząść i śpiewać. Było to w remizji, na jesieni, bo już zimno było.
– Witajta kumy! Niech będzie pochwalony! Sprzątaj, Maryś, sprzątaj, bo Antek przyjdzie! Chce wam się jeszcze tak po prządkach chodzić?
– A czasem nam się jeszcze chce! A kądzieli nam starczy?
– Starczy, cały stos tu leży. A po wieczerzy będzieta hulały do samego rana! Ale same o tym wieta. Jak skończyta prząść, to trochę zjeta.
– Siadajta, śpiewajta i coś gadajta.
Przedstawienie było z żartem. Potem my te prządki upiększyły, to nie było to samo. Każdy dodawał coś od siebie, co mu przyszło na myśl. Ale trzeba było wiedzieć, co odpowiadać. Za każdym razem było coś innego. Potem było przedstawienie „Wesele”.
– Będziem robić wesele. Tamta druga córka ma już chłopaka walnego. Ale ona światu bożego nie widzi. I te gęsi, i te kury, i te kaczki… ino zawsze w tyj gospodarce. Ale mój zięć pierwszej córki to trochę hulaszczy. On tam i w domu zrobi, ale i pod sklepem będzie, i na zabawę pójdzie. A ona nie ma czasu. A znowu on to nie jest krowski ogon, żeby leżał. Niech tam trochę idzie. Ona tam nie narzeka. O, tera znów jest w ciąży!
W tym przedstawieniu było, jak żeśmy posag tej córce dawali:
– Tamtej żeśmy dali tyle hektarów, a tera tak samo jakoś dać. Jednego konia sprzedamy, damy jij. Zamiarujem dać jej świnie taką większą, już prośna. No i tamta łąka, wita, ta z zadu. Taka fajna, równa, to też jim.
Przed weselem przyszły kobiety na wianki. Tak było jak kiedyś. Wianki albo wianczyny to są skórki oderżnięte z chleba, oplecione mirtem albo rutą. Tyćkie, malutkie. Jak przyjechał pan młody, to panna młoda dawała mu ten wianek za pazuchę lub w kieszeń. Tak się śpiewało:
Poszła Marysia do ogródeczka,
do swojego ziołeczka.
Listeczki obrywa, listeczki obrywa
i łzami się zalewa.
Oj, zakukała zezuleńka,
oj, zakukała na buku.
Oj, daj nam, Boże i Matko Boska,
uwić wianki po ludzku.
Tak żeśmy to grali. Mówiło się też: babsko manioro! Co to znaczy? A ja nie wiem! Chyba stąd się wzięło, że jak ktoś byle co robił, to maniorzył.

Jak już młodzi przyjechali po weselu, to mówiło się tak:

Drogie dzieci! Na wam chleba i soli! Dorabiajta się z Bożej woli! Abyście nie doznali smutku i goryczy. Tego wam ojciec i matka, i całe wesele życzy.

A jak były oczepiny, to młodą posadziło się w dziżkę i tak się śpiewało:

Zawołajcie mamy mojej,

niech tu przy mnie ona stoi,

niechaj jej się serce kraje,

że mnie mnie młodo za mąż daje.

Mój wianeczku brylantowy,

już cię zdjęli z mojej głowy,

chowałam cię w nowej skrzyni,

teraz cię mi z głowy zdjęli.

Pomalu mnie oczepiajcie,

za włosy mnie nie targajcie,

bo mnie mama wychowała,

za włosy mnie nie targała.

za włosy mnie nie targała.

 

Pierwszy rzut 63 osoby były w KGW. Od samego początku byłam ja, była Józia Głuszczakowa, Zośka Zaniowa, Marysia Koperwasowa, Krystyna Kitowa, Karolina Obszyńska i Aniela Adamkowa. Same dla siebie i Dzień Kobiet żeśmy robili, i sylwestra w prywatnym domu.
Jak pojechałyśmy ze swoją sztuczką do Lipin, to ja grałam chłopa. Założyłam gumowe buty. Poszłam do chliwa oprzątać. Przyszłam, siadłam i wyzuwam się. I szur! Na dywan całą sieczkę. I to było śmieszne.
Na początku nie miałyśmy żadnych strojów. Pierwsze kupiłyśmy za własne pieniądze. Były to spódnice w kwiaty, z takiego płócienka i do tego fartuszki. Byłam w SKR i poprosiłam, żeby dali nam na stroje. To wtedy kupiłyśmy wstążki i koronki i uszyłyśmy śliczne, ludowe spódnice.
Jak były dożynki, to śpiewałyśmy taką piosenkę:
Przyjm, gospodarz, wieniec nasz,
który niesiemy wszyscy wraz,
te nasze trudy i znoje
składamy na ręce twoje

Na ołtarz Ojczyzny miłej

Niechaj urasta nam w siły,

Na ołtarz Ojczyzny nowej

zwycięskiej Polski ludowej

W Kole robiłyśmy różne kursy. Był kurs pieczenia, kurs gotowania, kurs masarski, kurs szycia i robienia na drutach. Kurs masarski był w domu, krawiecki był w szkole, jak jeszcze żyła Krawiecka, kurs gotowania był raz u mnie, raz u Blicharza. Był masaż instruktor z Biłgoraja. Kurs trwał ze trzy dni. Świnię trzeba było zabić, rozebrać i zrobić wyroby.
Z prządkami byłyśmy w Zamościu, w Księżpolu, Korchowie. Prawdziwe KGW było do tej pory, jak były składki płacone i odprowadzane. Było to 10 złotych na miesiąc. To nie było dużo. Jak się to skończyło, to było już żadne KGW” – wspomina pani Wanda Kuczma, wieloletnia przewodnicząca Koła Gospodyń Wiejskich w Majdanie Starym.
Nie sposób nie przytoczyć tu wspomnień pani Wandy z dzieciństwa, dotyczących pacyfikacji jej rodzinnej miejscowości. Wspomnienia te po raz kolejny dowodzą, że pomimo tragicznych przeżyć w dzieciństwie i ciężkich powojennych czasów młodości pani Wanda potrafiła wykrzesać z siebie i żart, i zapał do pracy społecznej, i chęć bezinteresownej pomocy bliskim i sąsiadom.
„Mój tatuś był z Rudy, a mamusia z Bidaczowa. Oni tam z ciotkami na Rudzie zrobili schron, bo tam mieli wysoką podmurówkę. Żeby było widać, jak kto idzie. My z siostrą poszłyśmy na Bidaczów do babci, bo mamusia powiedziała, żeby przenieść coś jeść. Siostra była cztery lata starsza ode mnie. Miała wtedy 6 lub 7 lat, a ja 3. Ale wszystko pamiętam. Idziem, babka nam dała wełniane chusteczki, ser, masło zawinęła. My wtedy już wiedziałyśmy, co to jest akcja, ale my już nie wracałyśmy. Doszłyśmy w pół drogi z Bidaczowa do Rudy. I słuchamy, a tam ciurkot karabinów, to akcja. Ale nie miałyśmy gdzie wracać, bo w Bidaczowie też już byli Niemcy. Cóż było robić, idziemy dalej, na ogień. Doszłyśmy troszkę dalej, są żyta, bo zbliżał się czas żniw. Idziem na raczku w żyto. A bruzdą jedzie Niemiec na koniu. On z konia wszystko widział, nas też widział w tym życie. To my na drugą lichwę. On pomalu jedzie za nami. Doszłyśmy tak do tego miejsca, gdzie mamusia miała być. Stryjek tam miał drzewo złożone na chałupę. Doszłyśmy tam i pod to drzewo weszłyśmy. Niemiec dojechał, zeskoczył z konia i woła nas: „Kom, kom”. Wylazłyśmy. Ja ino płakałam, trzymałam siostrę pod rękę, a ona tłumaczyła. Niemiec zaprowadził nas do chałupy i pyta trochę po rusku, trochę po polsku: – Gdzie stąd ludzie? A siostra mówi: – My nie stąd, proszę pana, my nic nie wiemy, my z tamtej wioski. Idziem do księdza do Soli do spowiedzi. Rozumie to pan? – Rozumiem, rozumiem – odpowiedział.
Popatrzył na nas i dał spokój. Wziął nas za ramionka i popchnął, żebyśmy poszły. Tam była taka rzeka. Z półtora metra nad rzeką była droga, a koło samej rzeki była ścieżka. Górą już gnali ludzi do samochodu. A my nie szły tą drogą tylko ścieżką. A stryj mój, tatusia mojego brat, była tam spruchniata wierzba, w środku wykuta, on tam siedział. Widział nas, że poszły dzieci Jaśkowe, ale gdzie nas weźmie? Idziem dalej i tak żeśmy doszły do mostu. Poszłyśmy drogą do Soli i doszły my do Kapki. Weszłyśmy do ich domu i płaczem. Gosposia do nas mówi: – Nie płaczcie. Ja widziałam, jak ich w Bidaczowie wywieźli, ale wasze nie jechały, nikt niezabrany. Jak dziś pamiętam, co nam dała jeść. Ukroiła razowego chleba i wlała nam mleka z garnka do kubków. I ja tego mleka nie mogłam nic jeść, bo to było ni słodkie, ni kwaśne. Osikowe. Do dziś dnia ten smak pamiętam. Siostra trochę jadła, a ja sam chleb jadłam.
Gosposia mówi: – Wasza jedna ciotka jest w kościele, to my ją zawołamy wieczorem. Przyszła po nas, miałyśmy tam rodzinę, u nich na podłodze przespałyśmy się. Rano jakoś by iść. Idziem, a taki jeden z Soli mówi, że stryj nasz całą noc chodził ponad rzeką od Rudy do Dereźni i tak wołał: – Wandziu, Maryś! Szukał nas, gdzie jaka kupka gałęzi zagląda, może zastrzelone, może w wodzie leżą. Aż spotkał tego z Soli i ten powiedział, że my u Kapki. Jakoś Pan Bóg nas ocalił.
Potem zaczęły się obławy i kolejne akcje. Po sąsiedzku mieszkał wuj, nasza daleka rodzina. W sąsiedniej wiosce zrobił schron w takim lasku. Jak była akcja, szliśmy do tego schronu. Rodzice i ten wuj wziął mnie na plecy, bo nie było czasu. Jak przechodził przez rzeczkę, mi kamasz spadł do wody, bo nie był zawiązany. Ale wuj się schylił i z wody wyciągnął mi tego buta.
Ten schron był walnie zrobiony, na pięcioro ludzi. Była tam zrobiona podłoga, przysypane ziemią, szczeciną przykryte i nawet krzaki na niby posadzone. Siedzim. Tak dwa tygodnie siedzim. Jedliśmy suchary i ser. Może by wyjrzał na świat, żeby chociaż trochę powietrza. Dobrze świtem wyszliśmy, ale to strach i nazad do tej lochy włazim. Stryj nasz miał taki ceglasty sweter. On chciał jeszcze zobaczyć. Wystawił wieko od wejścia i wyjrzał. Patrzy, a jedzie Niemiec na koniu. Myśleliśmy, że w tym dole nas wszystkich wybiją. Ino się modlim, bo się boim. Słuchamy, a on jedzie prosto na nasz schron. A to było bardzo słychać du-du-du. Zadudniało i pojechał. Słuchamy, czy nie nawróci. Nie nawrócił. Jakoś przeszło. Poszliśmy do wsi.
We wsi wtedy chodziły bandyty. Robią wartę, wieś nieduża była. Chłopy umówiły się i robią wartę, jak będą napadać, rozlecą się i uciekajta z duszą. Blisko są, strzelaninę słychać. Razem z mamą i siostrą wstałyśmy i uciekłyśmy. Nie zapomnę tego nigdy. Było to przed żniwami. Pszenica była i taka rosa! Takie zimno, a my ino w koszulinach, ni ma ni chusteczki, ni łaszki. Taka zimnica telepie, bo to nad ranem mokre było. Siedzim, słychać że strzelanina. Nikt nie wiedział, czy wystrzelały tych chłopów, czy nie. Każdy uciekał, kto gdzie mógł. Jak słonko schodzi, to jeszcze gorsze zimno. Słyszymy, wracajta pomału do domu, uspokoiło się, pojechały bandyty. Jak żeśmy przyszli do domu, to nas można kroić było, żadna z zimna nic nie czuła. Po wsi dużo ukradzione było, i konie, i wozy, i w młynie.
Może dwa czy trzy dni było spokoju, znowu strzelanina. Nie wiadomo, kto strzela. Nasz dom był trzeci od końca. Na końcu mieszkała kobieta z trzema córkami. Rodzice weszli na górę i wzięli drabinę za sobą, może wam nic nie zrobią. My postawiliśmy świętego Antoniego w oknie i w kąciku siedzimy, słuchamy. Już są, już tłuką u tych kobiet. Te kobiety udawały, że są chore na tyfus i odstąpiły się. Idą do nas, a my ino się modlim we dwie z siostrą. Przyszły do drzwi, tłuką. Nikt się nie odzywa. Podeszły do okna i krzyczą: – Puskaj, puskaj, puszczaj k.. twoja mać! Mówi już wyraźnie. Ale my nic nie odzywałyśmy się i poszły. Do tej pory codziennie modlę się do świętego Antoniego, bo to ino jego zasługa.
I takich przeżyć co żeśmy mieli… Do tej pory pamiętam. Ja dopiero od trzydziestu lat co się wieczór nie boję. Ja się bałam każdego wieczoru, jak było ciemno. A już jak strzeliło coś, to jeszcze bardziej byłam przejęta”.
Koło Gospodyń Wiejskich, któremu pani Wanda przewodniczyła przez wiele lat, zostało uhonorowane licznymi nagrodami i podziękowaniami. Natomiast Wanda Kuczma za swoją działalność została odznaczona medalem „Zasłużony Działacz Kultury” oraz „Złotym Krzyżem Zasługi”.

 

Natalia Kyc

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.