Po łebkach o „Klerze”, ale z obawą

I to podwójną, gdyż obawiam się, czy podołam cokolwiek z sensem napisać o klerze oraz czy nie narażę się przy tym na potępienie, skoro w Biłgoraju protestowano, by tego filmu nie emitować i agitowano, żeby go nie oglądać. Mogę więc powiedzieć: chcę, a boję się… Tak ponoć myślą dziewczyny, kiedy są zakochane, ale i jednocześnie zatroskane o swoje dziewictwo. Chciałyby je stracić, ale…

Ja się odważam… Oglądałem ten film w Biłgoraju i to w przedostatnim dniu emisji, dzięki zbiegowi wydarzeń, jako że skorzystałem z wyjątkowej rezygnacji osoby zupełnie mi obcej. A chciałem film obejrzeć, żeby mieć własne zdanie o nim. I mam. I to wcale nieszokujące, ani niezwalające mnie z nóg, wziąwszy pod uwagę, że księża mają te same organizmy co my wszyscy i podlegają takim samym ludzkim pokusom. Dla mnie ten film Ameryki nie odkrywa, choć pokazuje to, o czym się mówiło pokątnie. W szczegóły nie wchodzę, bo nie na tym mi zależy. Piszę więc tylko pobieżnie i ostrożnie, żeby po pierwsze, nie zranić komuś uczuć religijnych, a po drugie, żeby udowodnić, że mamy praktyczną wolność słowa i poglądów, w co niektórzy już wątpią.

Na początku proszę Czytelników, szczególnie tych protestujących, o świadomość i dystans do mych wypowiedzi. Wszak mój felieton nie będzie wypowiedzią ideową ani pogardą tego zła, które ukazuje ten film, bo zła można się dopatrzyć w każdym środowisku, po prostu takie jest nasze życie; zło zawsze graniczy z dobrem. Jednak trzeba popatrzeć na to z należną rozwagą i refleksją. Jednocześnie nie dotykam treści filmu, lecz piszę o wrażeniach z konfrontacji tego, co wiemy o życia kleru, z tym co jest w tym filmie pokazane, bo jak wszyscy wiemy, kler, w domyśle księża, są często tematem towarzyskich kawałów i powszechnych plotek, na pewno dla większości księży krzywdzących. Ale nie da się temu zaprzeczyć, że takie zło istnieje i mało tego, trwa narastanie tego negatywnego zjawiska, a napływające wiadomości ze świata chrześcijańskiego i reakcja samej stolicy apostolskiej jakby potwierdza to. To robi wrażenie na zwykłych i myślących obywatelach. Niektórzy nawet się tym gorszą – to częsty zwrot używany przez Ślązaków. To tylko potwierdza, mówiąc językiem Kościoła, skuteczne działanie wszechistniejącego szatana czyhającego na ludzkie słabostki. Trzeba dopowiedzieć, że pomagają szatanowi wrogo nastawione media, głównie wszechobecny Internet i tego nie da się zabronić, o tym decyduje każdy z osobna, posiadając wolną wolę i jakieś tam morale. W ostateczności wywołanego telewizora można nie używać i do kina także nie chodzić i tak, według mnie, powinni robić ludzie, którzy ślubowali kanony, a robią zupełnie co innego. Nie powinno być podwójnej moralności, jednej dla siebie, a drugiej na pokaz. Ale trzeba też uczciwie sobie powiedzieć, że zdecydowana większość ludzi na świecie daje sobie radę z tymi nowoczesnymi mediami i postępuje moralnie, racjonalnie i zgodnie ze swoim sumieniem, a jeśli już nie, to robią to zło w osamotnieniu, bez kontaktu z otoczeniem. Nie powinno się sprzeniewierzać swoim ślubom, a to obecnie, moim zdaniem, jest coraz bardziej trudne do spełnienia, a powodem tego jest zbyt łatwa dostępność do grzesznych uciech i gorset przeciwwskazań. To jest potwierdzone przez samego papieża Franciszka, nie mówiąc już o licznych doniesieniach prasowych. To niebezpieczeństwo dla księży zauważył już śp. ks. prof. J. Tischner (1931-2000) w książce „Ksiądz na manowcach” (1997). Przeczytałem ją kiedyś z napięciem, bo sam tytuł kłócił się już z moimi stereotypami, a tym bardziej tekst, który dawał mi do zrozumienia, jak trudną rolę ma ksiądz do spełnienia, znając ze spowiedzi aż tyle grzechów ludzkich, jakże trudnych do uniesienia i jakże łatwych do wpędzenie się na przysłowiowe manowce. Miałem wtedy na Śląsku dwóch bliskich mi księży, ks. Pawła i ks. Leopolda. Jeden był moim proboszczem i spowiednikiem, drugi przyjacielem pierwszego, który wsławił się imponującym nadzorem zbudowania unikalnego ołtarza papieskiego w Gliwicach. Łączyła nas przyjaźń i zaufanie, radziliśmy się nawzajem. Obaj księża byli bardzo lubiani przez swoich parafian, byli bezpośredni, skromni i moralni, a przy tym pracowici i ambitni. Nie wynosili się. Obaj mieli bardzo dobre notowania u miejscowego ks. biskupa Jana, a ja dzięki temu miałem też łatwy dostęp do tego biskupa, co ułatwiało mi inicjowanie specjalnych debat w Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej na tematy obydwóch pontyfikatów – naszego Jana Pawła II i Benedykta XVI. Szczególnie chodziło mi o podkreślenie faktu, że nasz Papież Polak był w pełni akceptowany przez Papieża Niemca. To mnie, Gorola wśród Ślązaków, poniekąd nobilitowało. Cieszyłem się z tego. W tym pomagali mi obydwaj wymienieni księża, jak się okazało, o słabych hamulcach. I oni mimo zasług długo nie pożyli. Obaj ulegli słabościom, jeden nadużywał jedzenia, a drugi papierosów, kawy i alkoholu. Czasami rozmawialiśmy o tym. Obaj byli tego świadomi, mieli podobne zdanie. Czuli się jednak – mimo wszystko – osamotnieni. Uważali, że tylko korzystając z wymienionych uciech, mogą sobie sprawić ziemskie zadowolenie i się po ziemsku dowartościować. Niestety, w wieku 50 kilku lat pożegnałem ich osobiście na sąsiednich cmentarzach. Odeszli na drugą stronę, bo nie mogli powstrzymać się od wspomnianych nałogów. Po co o tym piszę? Według mnie, ma to związek z wymową przedmiotowego filmu „Kler”. Oni też popełniali błędy ludzkie, o których wiedzieli, bo o tym mówili mi, rozkładając jednak ręce, że nie mogą nic więcej ze sobą zrobić. Myślę, że samotność im nie pomogła, choć zachowali do końca swą godność i morale. A to dla niektórych jest sztuką, jak pokazuje ten film.

Biłgorajczyk, naj-lawok@wp.pl

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.