- Reklama -

Opowieści przy piwku

Historie autentyczne opowiadane przez "starych" biłgorajaków. Wspomnienia z lat 60. "Bawiłem" się wówczas w "asystenta" na polowaniach organizowanych przez przyjaciół.

Kolega Andrzej należał do Biłgorajskiego Koła Myśliwskiego i mógł pochwalić się wieloma sukcesami strzeleckimi. Jego znajomy Franio miał wypatrzonego dorodnego koziołka i w charakterze „cicerone” wprowadził mnie w jemu tylko znane ostępy. Pech chciał, że Franio „zatupał”, jak zwykł określać stan upojenia własnej produkcji eliksirem, który mieszkańcy jego sioła bimbrem zowią. Wracając z rekonesansu, mocno storturowany kacem, postanowił odstresować się nieco. Zaatakował z desperacją swoją strzelbinką pływające spokojnie w potoku dorodne ryby. „Wygarnął” drobną śruciną i ubił 3 sztuki. Miał farta, który nagle zamienił się w kłopot. Został złapany na gorącym uczynku przez biłgorajskiego strażnika przyrody, który odebrał mu strzelbę i corpus delikt – ryby. Postraszył kolegium! Mandat był równoznaczny z wydatkiem kilkuset złotych za przestępstwo, znane jako kłusownictwo. Dzielny strażnik nie przewidział wszakże, że sprytny Franio swoimi zdobyczami – mięsem z sarenek i zajęcy obdarowywał biłgorajskich decydentów, wielce mu pomocnych. Bardzo szybko sprawa została umorzona. Decyzje: „Z ramienia, na bazie, rozumiecie – wiecie” spowodowały, że pogrążony w smutku i odpowiednio pouczony strażnik, oddał Franiowi strzelbinkę, mocno sfatygowane rybki i zniszczył mandat. Śmiałem się wówczas, że zabrakło jeszcze przeprosin.

 

*

Z kilkoma myśliwymi i młodym kierowcą wyjeżdżaliśmy w opisane przez Frania miejsce, gdzie miały „czekać” na nas koziołki. Uroczysko było, owszem, ale zwierzyna płowa zawiodła. Humor nas opuścił. Dookoła ponuro, zmierzch, jesienna plucha. Cóż, trudno. Odtrąbiliśmy koniec łowów. Zmęczeni marszem w grząskim terenie wsiedliśmy do auta, którego kierowca czekał na nas na skraju lasu. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w gospodzie GS-u, gdzie akurat było wesele. Sprytny kelner posadził nas w kącie, gdzie jakby na nas czekał wolny stolik. Kelner – przechera, przeliczył szybko: trzech plus kierowca, przyniósł weselne jadło oraz 3 butelki – „po jednej na ryło”, jak określił niezbyt delikatnie. Atmosfera zrobiła się całkiem miła. Opowiadaniom nie było końca. Zwłaszcza zabawna przygoda Frania, który z braku koziołków strzelał do ryb. Właśnie całkiem spokojnie opróżnialiśmy trzecią buteleczkę, gdy stwierdziliśmy nagle brak naszego młodego kierowcy. Do tej pory, jako niepijący skutecznie zastępował zmordowanego imprezą pana młodego i wywijał w tańcu z panną młodą. Ona coraz bardziej „w skowronkach” zwróciła uwagę rodziny i czujnych druhów pana młodego. Nagle słyszymy harmider i ogólne poruszenie. Zaniepokojeni wypadliśmy przed knajpę. A tu… tragedia, ba – masakra nawet. Koledzy pana młodego „wbijają” w błoto leżącego „amatora cudzych gruszek” – naszego ślicznego szoferka. Wypaliłem w górę ze swojej dwururki. Buńczuczni młodzieńcy, wymierzający słuszną karę, rozpierzchli się w „trymiga i spoko”. Z trudem ochłonęliśmy. Zasiedliśmy przy stoliku, by dokończyć biesiadę, ale zrobiło się smutno, jak na stypie. Pokrwawiony i umorusany niemożebnie nasz „Adonis” pojękiwał żałośnie… „I po co mi to było? I po co? Jak ja się żonie pokażę?” Jako najstarszy, zabrałem głos na pożegnanie niefortunnego polowania i o mały włos tragicznego incydentu przed lokalem GS-u. „Popatrzcie, panowie, jeszcze przed chwilą tak przyjemnie tu było i co? Trafił się taki cholerny uczuciowiec i popsuł sielankę”. Przemówienie spotkało się z aprobatą weselników. Bez przeszkód wróciliśmy autem do Biłgoraja. Bóg strzegł.

 

*

Janusz opowiedział, jak jechali z kolegami z organizacji młodzieżowych przygotowywać święto – obchody rocznicy walk pod Osuchami. „Jechaliśmy wynajętym w LOK-u terenowym dżipem mocno sfatygowanym, otrzymanym z demobilu w najbliższej jednostce wojskowej. Po dłuższej zaprawie fizycznej (trzech z nas kręciło korbą) wreszcie nasza „błyskawica szos” odpaliła. Jechało się przyjemnie i radośnie, z pieśnią na ustach, nie przekraczając 40 km/h. Właśnie wówczas, gdy śpiewaliśmy piosenkę frontowego szofera z tekstem: „… i dojechał, gdzie dojechać miał!”, urwało się koło i pomknęło w gąszcz lasu znacznie szybciej niż nasz 3-kołowiec. Co było zrobić? „Polak potrafi” – przypomnieliśmy sobie w porę. Sosnowy bal umocowaliśmy do urwanej osi i wyrównując poziom, już znacznie mniejszą szybkością dobrnęliśmy do Osuch. Samochód zostawiliśmy u gospodarza na skraju wsi, a sami zajęliśmy się przygotowaniem, organizacją uroczystości, którą tradycyjnie wizytowało i zaszczyciło swoją obecnością wielu przedstawicieli władz województwa. Mocno utrudzeni pracami przygotowawczymi wróciliśmy okazją do „macierzy”. Samochód, jak się mówi, „łatwo przyszedł – łatwo poszedł”. Przypomnieliśmy sobie o nim jesienią. Dwóch kierowców z zamiarem holowania wyruszyło do Osuch. Gospodarz pokazał im wehikuł „mocno wtopiony w pejzaż”. Przy kurniku w pokrzywach, które go maskowały, nie bardzo był widoczny. Koła komuś się przydały do wozu, blacha skorodowana, ptaszęta mocno upstrzyły karoserię, która miała teraz modną fakturę moro. Kierowcy zwątpili. Gospodarz, widząc ich rozterki – „gonitwę myśli”, zadecydował: „A zostawcie go panowie – tak mi się dobrze kury w nim niosą, że dam wam za niego koszyk jajek”. „Słowo się rzekło – kobyłka u płota”. Transakcja została zawarta „na słowo”.

 

*

- Reklama -

Leszek opowieść swą zaczął, jak znalazł się w okolicach wsi Szostaki – Pisklaki. Ponoć tam w Tanwi najlepiej biorą szczupaki. Uzbrojeni w wędki „najnowszej generacji” jedziemy syrenką, szukając dobrego miejsca. Niestety, w tym dniu ryby miały „strajk głodowy” i nie były zainteresowane smakowitą przynętą. Natomiast nam coraz bardziej „kiszki marsza grały”. Jedziemy wyludnioną wioską, szukając bezowocnie jakiegoś baru GS-u. Patrzymy, „jedzie” chłopak, popychając drutem fajerkę. To była kiedyś najprostsza forma komunikacji zastępująca rower. Nawet mu to sprytnie szło. Zatrzymujemy się i pytamy grzecznie: „Gdzie tu można coś zjeść?” – „Nie wim” – odpowiada czarny od kurzu malec. – „To powiedz przynajmniej, jak się nazywasz?” – „Nie wim” – tym samym tonem odpowiada nam. Nie ustępuję: „Powiedz przynajmniej jak na ciebie w domu wołają?” – „Chodź jeść!” – odpowiedział spokojnie, wziął drut z fajerką i pobiegł w kierunku domu.

 

*

Janek rozwinął wątek historyczny. Temat – hasło: „Gość w dom – Bóg w dom” świadczące o gościnności gospodarzy było w okolicach Biłgoraja na porządku dziennym. Wieś Janka „nawiedzała” prof. Barbara Kaznowska-Jarecka. To ona opracowała w ramach atlasu polskich strojów ludowych część V zeszyt 8 „Strój biłgorajsko-tarnogrodzki”. Ilustracje sporządziła biłgorajanka Teresa Szawłowska, pasjonatka historii kapliczek przydrożnych z Jezusem frasobliwym, których, niestety, już nie ma. Otóż pani prof. Kaznowska wędrująca w poszukiwaniu tematów etnograficznych po całej Polsce tak oceniła mieszkańców podbiłgorajskich wsi: „…Przybyłam pod wskazany adres. Dom otwarty. Pies przywiązany do budy, nawet nie szczeka. Ktoś z sąsiadów informuje mnie, że cała rodzina pracuje w polu przy zbiorach zboża. Idę w tym kierunku ponad kilometr. Gospodarze, wiedząc o mojej wizycie, kłaniają się, przepraszają i zapraszają: „My tu jeszcze trochę roboty mamy, ale niech se Pani weźmie mleko z piwniczki, chleb, masło, ser z komory i rozgości się!”. Skorzystałam z zaproszenia. Tego jeszcze nie widziałam, aby tak miło z pełnym zaufaniem traktować nieznajomego”.

 

I to by było na tyle.

 

Kazimierz Szubiak

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.