Obóz harcerski w Budziarzach

9. Kiełczewicka Drużyna Harcerzy "Północ", 3. Niedrzwicka Drużyna Harcerek "Zorza" i 2. Rudnicka Drużyna Harcerek "Fala" im. Marii Byczewskiej z Rudnika koło Kraśnika należą do Okręgu Lubelskiego Związku Harcerstwa Rzeczpospolitej. Harcerze i harcerki rozbili obóz w lesie koło Budziarzów w gminie Biszcza. – Co roku jesteśmy w innym miejscu. Były już obozy w Nowinach koło Józefowa czy w Rybnicy koło Suśca. Wybierając miejsce na tegoroczny obóz, na mapie urzekła mnie wijąca się Tanew. Postanowiliśmy, że znajdziemy miejsce na obóz w jej pobliżu. I tak się stało – mówi Jakub Antoń, komendant obozu, który już po raz dziewiąty bierze udział w takim przedsięwzięciu. Funkcję kierownika obozu pełni jego tata Krzysztof Antoń, który sam przed laty był harcerzem, a wychowawcą jest Marta Biały.

Organizacja obozu to nie lada wyzwanie. Zapewnienie noclegów, wyżywienia i schronienia przed niepogodą dla blisko 50 osób wymaga sporego zaangażowania czasu i sił. Już przed rozpoczęciem obozowania Jakub z kilkoma najbardziej doświadczonymi harcerzami przyjechał na miejsce, aby przygotować kuchnię i wiatę na posiłki. Trzeba było oczyścić teren z gałęzi, wyciąć żerdzie, zrobić konstrukcję i przykryć ją plandeką. Zamontowano także piecyki na drewno, aby było na czym ugotować ciepły posiłek i zagrzać wody do mycia, zrobiono półki na przechowywanie produktów, zmontowano zlew na mycie naczyń i stojaki na segregowanie odpadów. Już po przyjeździe pozostałych harcerzy i harcerek każdy zastęp zbudował sobie  namiot.

Obozowisko jest świetnie zorganizowane. Do wejścia na jego teren prowadzi brama, której na zmianę pilnuje wartownik. Ustalone są dyżury, a wartownicy zmieniają się co dwie godziny. Teren każdego podobozu (każdy zastęp biwakuje oddzielnie) ogrodzony jest płotem z uzbieranych gałęzi. Na środku każdego z podobozów jest jego serce, czyli miejsce, gdzie na maszcie zawieszona jest biało-czerwona flaga i chorągiew. Tu odbywają się poranne i wieczorne zbiórki i apele. Jest także miejsce na modlitwę przy drewnianym krzyżu. W obozie jest także wspólna infrastruktura, czyli magazyn na żywność, ścieżki, bramy czy sanitariaty. Wszystko także własnoręcznie zbudowane. 

Każdy namiot harcerze ustawiają samodzielnie. Jeśli zrobią to dokładnie, porządnie naciągną sznurki, to nie przemokną w czasie ulewy. Taka panuje tu zasada. W środku jest miejsce na spanie, które także zrobione jest z żerdzi i własnoręcznie wyplecionych materaców ze sznurka. Tu także sprawdza się powiedzenie – jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz. Najbardziej wprawieni harcerze poświęcają na wyplecenie materaca kilka godzin, pracy jest więc przy tym sporo. 

Życie w obozie jest pełne przygód i wyzwań. Dzień zaczyna się pobudką o 7 rano. Harcerze stają w szeregu i wykrzykują swój okrzyk. Zazwyczaj jest to jakaś rymowanka nawiązująca do nazwy zastępu. Każdy zastęp na czas obozu wymyśla sobie nowe nazwy. Są "wiewiórki", "lisy" czy "kuguary". Potem stając w okręgu harcerze odmawiają modlitwę. Co dalej? Poranna zaprawa! 15 minut ćwiczeń, a dopiero potem czas na mycie i śniadanie. 

Po śniadaniu harcerze mają czas na wspólne gry i zabawy. – Co roku jest inny wątek, wokół których toczy się scenariusz gier. Podczas ubiegłorocznego obozowania byliśmy detektywami jak z angielskich kryminałów, nosiliśmy garnitury i wszędzie szukaliśmy ukrytych zagadek. W tym roku obóz przebiega pod hasłem średniowiecza. Są wiec rycerze i walki na miecze. Przywieźliśmy nawet specjalnie uszyte stroje – opowiada Kuba. 

Po obiedzie i popołudniowym spoczynku jest drugi blok gier i zabaw w terenie. Po kolacji harcerze znów zbierają się na apelu. Jest to rytuał, który oznacza symboliczne zakończenie dnia. Podsumowuje się bieżące sprawy, wręczane są wyróżnienia i nagrody, planuje się kolejny dzień, są sprawozdania i rozmowy kierownictwa obozu. 

Najlepsze pozostaje na koniec. To wspólne ogniska, rozmowy i piosenki. Czasem trwają one do późnych godzin wieczornych. Kiedy harcerze zbierają się przy wspólnym ogniu, siadają w kręgu i chwytają się za ręce, przekazując sobie "iskrę". Widok jest niesamowity. 

Życie w obozie to nie tylko świetna zabawa, ale i odpowiedzialność. Tu nie ma komputerów, telewizorów, a nawet zasięg telefonów komórkowych jest bardzo słaby. Po tygodniu pobytu harcerzy mogą odwiedzić rodzice. Wtedy jest czas na wymianę doświadczeń i opowieści o leśnym bytowaniu. Jak kierownictwo obozu utrzymuje dyscyplinę? Jeżeli ktoś postąpi źle "w nagrodę" musi nazbierać wiadro szyszek, które następnie są wysypywane przy maszcie z flagą. Na początku jest to zadanie dość łatwe. Ale z upływem czasu szyszek pod okolicznymi drzewami jest coraz mniej i trzeba się napracować, aby uzbierać całe wiadro. W obozie nie ma bieżącej, gorącej wody. Aby się umyć, trzeba ją przynieść z pobliskiej wsi i zagrzać. Aby ugotować jedzenie, trzeba rozpalić ognisko. Koniecznie jedną zapałką. Nie ma tu także samochodów, a harcerze wszędzie poruszają się o własnych siłach. Pełnią dyżury w kuchni, na warcie i przy utrzymywaniu porządku. 

Mało wyzwań? O nie, harcerze stawiają przed sobą jeszcze kolejne. Każdy zastęp odbywa kilkunastokilometrową(!) pieszą wędrówkę. Zajmuje to nieraz cały dzień. Zastęp musi zaliczyć także "chatkę Robinsona", czyli spędzić 24 godziny poza terenem obozu. 

Początki bytowania w obozie są trudne, ale jeżeli ktoś spróbuje tej przygody, to za rok chce ją przeżyć ponownie. Stawianie sobie wyzwań i pokonywanie ich uczy pokory i wytrwałości, a to cenne cechy dla każdego harcerza. Z drugiej strony, oderwanie się od cywilizacyjnych wygód i spędzenie dwóch tygodni w dzikiej puszczy to niesamowite przeżycie. 

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.