Masaże

Nasz krajan prof. Roman Andrzej Tokarczyk

Z Romanem znamy się ponad 60 lat. Kończyliśmy biłgorajskie szkoły. On Liceum Pedagogiczne – wówczas nową, ambitną placówkę oświatową w naszym mieście, ja Liceum Ogólnokształcące. Łączyła nas przyjaźń, mimo konkurencyjnych występów na estradach (zespoły taneczne i chóralne) i na stadionach (lekka atletyka).

– Dlaczego wybrałeś prawo i filozofię jako kierunki swoich studiów? Skąd wziął się pomysł na takie połączenie?

– Wspomnę najpierw o moich wcześniejszych wyborach. W wieku przedszkolnym, w swoich marzeniach, byłem najpierw marynarzem a następnie lotnikiem. Moje marzenia wspierała ukochana Ciocia Hanka, która jako krawcowa szyła mi ubranka stylizowane na mundurki marynarzy i lotników. Marynarzem nie zostałem, natomiast lotnikiem poniekąd tak, podczas przekształcania Szkoły Lotniczej w Dęblinie z podoficerskiej na oficerską, przez l2 lat na etacie pułkownika, obok etatu pracownika naukowo-dydaktycznego na UMCS, realizowałem zadania pełnomocnika rektora UMCS do spraw współpracy ze szkołą dęblińską. Moje zadanie, zbliżone do kompetencji kadrowego, polegało na wyszukiwaniu w wyższych polskich uczelniach profesorów różnych dyscyplin naukowych zdolnych do realizacji programu nauczania lotników na poziomie oficerskim, a wiec niejako akademickim. Wówczas ukończyłem tam kurs pilotażu i nawigacji samolotowej. Jako nawigator towarzyszyłem generałowi Józefowi Kowalskiemu, komendantowi szkoły, w prestiżowym locie z Dęblina do Białegostoku i z powrotem po zakupieniu przez nią odrzutowców typu "Iskra 2". Jednakże polubiłem bardziej loty szybowcami. W towarzystwie Józefa Tarłowskicgo, przyjaciela, wybitnego grafika, malarza, plastyka, matematyka przelatałem szybowcami około 2000 godzin, najczęściej na trasie Radawiec – Sandomierz – Zamość – Lublin – Radawiec.

Oczywiście, związki z lotnictwem były moją niezwykłą przygodą życiową, nie było ono bowiem moim zawodem. Ale po tym wybiegnięciu w przyszłość z okresu dzieciństwa powróćmy do tego, co było wcześniej. Przez lata mojej szkoły podstawowej utrwalał się zamiar moich rodziców, aby ich syn został inżynierem. Zapotrzebowanie na inżynierów było wtedy ogromne z uwagi na odbudowę zniszczonego wojną kraju, "potrzeby budownictwa socjalistycznego", jak wyrażano to oficjalnym językiem urzędowym. Po ukończeniu szkoły podstawowej zdałem egzamin do lubelskiego Technikum Budowlanego. Nie wykazywałem jednak zdolności do przedmiotów ścisłych, a na mechanice czułem się jak na torturach. Polonistka i wychowawczyni naszej klasy w Technikum pani Jadwiga Plesiewiczowa odkryła we mnie zdolności humanisty. To ona przeniosła mnie do Liceum Pedagogicznego w Lublinie, a rodzice stąd do Liceum Pedagogicznego w Biłgoraju. W Liceum poczułem się jak przysłowiowa ryba w wodzie. Przodowałem w nauce, grałem na różnych instrumentach, śpiewałem w chórze, odnotowywałem sukcesy sportowe w lekkoatletyce, pasjonowałem się grą w szachy oraz z wielką pasją tańczyłem w zespołach tańca ludowego i podczas różnych imprez tanecznych. Grając m.in. na gitarze klasycznej, zyskałem przydomek "biłgorajskiego Presleya".

Pani profesor Regina Siepkowska, polonistka w Liceum, upatrywała we mnie kandydata do zawodu aktora. Obiecywała nawet dla mnie poparcie ze strony takich znakomitości jak Stanisław Mikulski i Jan Machulski, wtedy aktorów lubelskiego Teatru im. Juliusza Osterwy, często odwiedzających nasze miasto i liceum. Sugestie pani Siepkowskiej podzielały inne profesorki Liceum, zwłaszcza pani Alfreda Rabczewska (obecnie Kowalska) prowadząca zajęcia z wychowania fizycznego. Rodzice wyperswadowali mi aktorstwo ze względu na "niepraktyczność" tego zawodu i duże ryzyko osiągnięcia w nim sukcesu. Wybrałem wiec prawo.

Już na pierwszym roku studiów bardzo rozczarowałem się charakterem studiów prawniczych. Wydawały mi się ciasne intelektualnie. Poczułem się jak ślimak w skorupce. Dość ścisłe i rygorystyczne granice stawiane przez prawo przypominały mi ową skorupkę. Poskarżyłem się panu prof. Zdzisławowi Cackowskiemu, filozofowi i rektorowi UMCS. Zachęcił mnie do podjęcia studiów filozoficznych równoległych do studiów prawniczych. Na filozofii poczułem się świetnie. Filozofia to taka dziedzina wiedzy, która nie stawia umysłowi żadnych granic. Nawet najbardziej spekulatywne, karkołomne poglądy są w niej do przyjęcia, jeśli tylko się je dobrze uzasadni. Zatem filozofia okazała się jakby szalupą ratunkową dla prawa w moich studiach. Dodam, że zafascynowany filozofią uczestniczyłem nadto w specjalistycznych studiach religioznawczych prowadzonych przez pana prof. Zdzisława Czarneckiego, wówczas jeszcze adiunkta.

– Jesteś niewątpliwie człowiekiem uniwersytetu. Co zdecydowało o tym, że rozpocząłeś karierę akademicką i cale życie zawodowe związałeś się właśnie z UMCS?

– Już na pierwszym roku studiów prawniczych prof. Grzegorz Leopold Seidler, rektor UMCS przez niemal trzy kadencje, zapraszał mnie na swoje seminarium magisterskie. Był to ewenement, ponieważ, jak wiadomo, seminaria obowiązują dopiero od czwartego roku pięcioletnich studiów. Określił mnie dość chytrze seminarzystą – wolontariuszem, ale faktycznie była to nominacja tyleż wyróżniająca, co niedopuszczająca sprzeciwu.

Kończąc studia w 1966 r., otrzymałem propozycje etatu asystenta aż w czterech katedrach Wydziału Prawa UMCS: Prawa Karnego, Postępowania Karnego, Prawa Finansowego i Teorii Państwa i Prawa, i Historii Doktryn Polityczno-Prawnych kierowanej przez prof. Seidlera. Wybrałem te ostatnią i był to dla mnie wybór ze wszech miar jak najbardziej trafny. Problematyka myśli politycznej i prawnej, prawoznawstwa, teorii i filozofii prawa niezmiennie przyciąga moją uwagę. Moje publikacje z tych zakresów przyciągają także uwagę czytelników, o czym świadczą kilkunastokrotne wydania kilku moich książek.

Rektor Seidler od początków mojej pracy w charakterze asystenta w różny sposób powiązał mnie z Uniwersytetem, którym kierował z niebywałym powodzeniem. Z jego woli i polecenia zostałem sekretarzem do spraw organizacyjno-technicznych w Komitecie Uczelnianym PZPR przy UMCS. Wówczas był to oficjalnie główny ośrodek władzy na Uczelni. W Komitecie pełniłem dyżur codziennie, z wyjątkiem świąt, w godzinach 12.00-14.00, godząc to z obowiązkami asystenta i adiunkta aż do 1974 r., gdy wyjechałem na roczne stypendium Fundacji Fullbrighta w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Aby mieć względnie pełny przegląd wydarzeń w UMCS, rektor upoważnił mnie do uczestniczenia w posiedzeniach Senatu UMCS w charakterze obserwatora. Jak już wspomniałem, na okres 1967-79 rektor Seidler powołał mnie do roli pełnomocnika UMCS do spraw przekształcenia Podoficerskiej Szkoły Lotniczej w Wyższą Szkołę Lotniczą w Dęblinie. Moje związki z legendarnym profesorem Seidlerem opisałem w książce "Oblicza Grzegorza Leopolda Seidlera w powadze i anegdocie".

Nie całe jednak moje zawodowe życie było związane z UMCS, jak to sugerujesz w pytaniu. Nie tylko kierowałem od l979 r. Katedrą Organizacji i Kierownictwa na Wydziale Prawa i Administracji UMCS. Kierowałem też katedrami, pracując w uczelniach wyższych w Radomiu, Sandomierzu, Zamościu, Warszawie i wykładając w Sosnowcu. Byłem dziekanem Studium Generale Sandomiriense. Wielokrotnie wykładałem jako visiting professor w licznych krajach świata na wszystkich kontynentach. Cieszyłem się rocznym pobytem wizytującego profesora w Harvard Law School, najbardziej prestiżowej na świecie, należącej do sławnego amerykańskiego Uniwersytetu Harvarda. Wykłady na uczelniach włoskich i hiszpańskich przysporzyły mi serdecznych przyjaciół.

– W swoim dorobku masz blisko 800 publikacji w kraju i za granicą, w języku polskim, angielskim, francuskim, włoskim, niemieckim, rosyjskim, węgierskim, tureckim, chińskim i japońskim, w tym wiele książek z zakresu m.in. historii doktryn politycznych i prawnych, filozofii prawa, etyki prawniczej, komparatystyki prawniczej, prawa amerykańskiego i kultur prawnych świata. Co cię aktualnie zajmuje naukowo? Nad czym pracujesz?

– Zauważę, że moje publikacje ukazały się także w języku ukraińskim i białoruskim. Na białoruski przetłumaczono moją książkę o biojurysprudencji, a na ukraiński dotychczas cztery książki. Szczegółowy wykaz moich publikacji znajduje się na mojej stronie internetowej pod zakładkami Publikacje i Książki. Ogół tytułów tych publikacji, dotyczący ich recenzji i opinii, zawiera tom "Twórczość", jako jeden z pięciu tomów dzieła pod red. Zbigniewa Władka i Zespołu pt. "Księga życia i twórczości. Księga pamiątkowa dedykowana prof. Romanowi A. Tokarczykowi". (2 wydania – dostępna w wersji elektronicznej i drukowanej).

Obecnie, w 2017 r., nadal pracuję na pełnym etacie, mimo osiągniętego już wieku emerytalnego, jako wykładowca Teorii i filozofii prawa w Wyższej Szkole HUMANITAS w Sosnowcu. Wydawnictwo HUMANITAS opublikowało w 2016 r. moją książkę "Podstawy prawoznawstwa, teorii i filozofii prawa". Przygotowałem do publikacji książkę "Oblicza myśliwego i myślistwa". Co roku przedstawiam referaty, najczęściej główne, wstępne, na krajowych i międzynarodowych konferencjach naukowych. Mam zebrane materiały do źródłowej monografii zarysu historii Wydziału Prawa i Administracji UMCS. Waham się z podjęciem nad nią pracy z powodu ogromnych ograniczeń swobody wypowiedzi przez panoszące się przesadnie prawo do prywatności. Jeśli jednak pozwoli mi na to zdrowie, napiszę tę monografię, nawet jeśliby miała oczekiwać na publikację. Pewną odskocznią intelektualną są dla mnie okazje do pisania esejów na różne tematy, np. tańca, pokazów mody, podróżowania, narciarstwa, szachów czy też nawet wina. Są to eseje oparte na moich własnych doświadczeniach i przemyśleniach.

– Gródki, Biłgoraj, Karolówka, Lublin, a może jedno z miejsc, które odwiedziłeś podczas swoich podróży? Gdzie jest Twoje miejsce na ziemi?

– Gródki to moja rodzinna wieś, uroczo usytuowana na dwóch wzgórzach Roztocza. Mieszkałem w niej do czasu ukończenia szkoły podstawowej, a więc do 14. roku życia. Później odwiedzałem Gródki często na zaproszenia rodziny oraz organizatorów różnych uroczystości świeckich i religijnych. Mojej rodzinnej wsi poświęciłem dwukrotnie wydawaną monografię książkową "Gródki. Dzieje Wsi Roztoczańskiej". Do każdego domu gródczańskiej wsi trafił podarowany przeze mnie egzemplarz tej źródłowej pracy. Powodzenie książki zachęciło mnie do opublikowania także źródłowej monografii "Turobin. Dzieje Miejscowości". Turobin pozostaje niezmiennie siedzibą władz gminy, do której należą m.in. Gródki. Turobin i Gródki są to krainy, do których często zaglądają moje wspomnienia i tęsknoty.

Biłgoraj to miasto moich lat nauki w Liceum Pedagogicznym. Lata szkoły średniej były najpiękniejszym okresem młodości, a chyba i całego życia. Błyszczała uroda, nie brakowało sił, dopisywał humor, przyszłość jawiła się w różowych barwach. Wszystko to miało miejsce głównie w "mieście z duszą", przesyconym tradycją wielu kultur, otoczonym urokliwymi terenami podmiejskimi i niemal bezkresnymi puszczami. W Liceum pokochałem koleżankę z klasy – Czesię, którą wybrałem na moją znakomitą żonę. Z mieszkańcami Biłgoraja, przede wszystkim koleżankami i kolegami z lat szkolnych, utrzymuję dotąd bardzo zażyłe, serdeczne kontakty – wypada wspomnieć częste kontakty z Tobą. Spotykamy się na zjazdach absolwentów Liceum, imprezach oficjalnych i prywatnych. Opublikowałem we współpracy z wieloma współautorami monografię źródłową "Liceum Pedagogiczne w Biłgoraju". Biłgorajskie Towarzystwo Literackie wyróżniło mnie dyplomem i statuetką Laur Łabędziego Pióra.

Karolówka to miejsce narodzin mojej żony. Jako wieś położona w gminie Frampol należy do najbardziej ulubionych moich miejsc na Ziemi. Położona na skraju Puszczy Solskiej sąsiaduje ze wzgórzami Roztocza, Zwierzyńcem, Góreckiem i nieco bardziej oddalonym Krasnobrodem. Po śmierci rodziców Czesi przejęliśmy ich posiadłość – dom drewniany, łąkę, strumyk, las. Naprzeciw tej posiadłości, przy wiejskiej drodze, wśród okazałych lip, postawiliśmy kapliczkę utrwalającą pamięć o rodzicach Czesi i naszą wobec nich wdzięczność. Na naszej posesji żyją jeże, wiewiórki, kuny i bobry, a w domkach rozwieszonych na drzewach wykluwają się ptaki różnych gatunków. Na łące pasą się sarny i niekiedy defilują łosie oraz dziki. W sąsiednich lasach zbieram pełne kosze grzybów. Mnóstwo tu poziomek, jeżyn, borówek i żurawin. Nasze uroczysko w Karolówce opisuje Emilia Karwat, poetka miejscowa, w zbiorach swoich poezji.

Lublin to miasto, w którym mieszkam na stałe od 1961 r., daty rozpoczęcia studiów. Po wielokrotnych zmianach miejsca zamieszkania od 1983 r. mieszkamy w dużym, wygodnym, ciekawym architektonicznie domu w spokojnej dzielnicy Lublina, jaką jest Czechów. Nie zdecydowaliśmy się na proponowane nam przejęcie dworku w Jakubowicach Konińskich pod Lublinem. Przez kilka lat natomiast posiadaliśmy domek w Ośrodku Wypoczynkowo-Szkoleniowym w Harasiukach. Tu spotykaliśmy się, gdy byłeś w "swoim" Sierakowie. Czesia jako utalentowana ogrodniczka kilkanaście lat uprawiała działkę ogrodniczą w Ogrodzie UMCS.

Odpowiadając na pytanie, gdzie jest moje miejsce na ziemi, powiem krótko: nie ma takiego jednego miejsca. Przez całe życie przenikało mnie pragnienie poznawania coraz to nowych miejsc w kraju i świecie. Obecnie są to głównie Lublin, Mielnik – miasto moich dzieci i wnuków i Karolówka. Zimą są to ośrodki narciarskie w Europie i Kanadzie, późną jesienią oceany i morza podczas rejsów turystycznych. Moje potrzeby ruchu objawiają się wyraziście podczas wypoczynku nad morzem. Gdy towarzyszące mi osoby wylegują się na piasku, ja wędruję skrajem morza, brodząc wśród ożywiających stopy fal.

– Jesteś twórcą pojęcia biojurysprudencja. Proszę przybliżyć czytelnikom, co ono oznacza.

– Biojurysprudeneja to nowy nurt myśli prawnej, coraz mocniej i wyraźniej zaznaczający już swoją obecność nie tylko w Polsce, ale również w wielu innych krajach świata. Głównymi elementami przedmiotu biojurysprudencji jest jego nazwa, ontologia, aksjologia, epistemologia i metodologia. To cały nurt myślowy, integrujący treści etyczne, religijne, prawne i medyczne dotyczące największych i najtrudniejszych dylematów związanych z narodzinami, życiem i śmiercią człowieka. Nurt ten opiera się na dwóch fundamentalnych i niepodważalnych tezach. Teza pierwsza – życie jako najważniejsza, autonomiczna wartość wśród wszystkich wartości jest prewartością, wartością, do której odnoszą się inne wartości. Teza druga – życie jest główną normą wśród wszystkich norm, jako takie jest prenormą, z której powinny być wysnuwane i z nią uzgadniane inne normy.

Nazwę "biojurysprudencja" utworzyłem, biorąc za jej podstawę greckie słowo bios, oznaczające życie i łacińskie słowo iurisprudentia, wyrażające wiedzę czy też nawet mądrość prawniczą. Zważywszy na rytm wszelkiego życia, szczególnie życia człowieka – poprzedzone poczęciem narodziny, przebieg życia i nieuchronność śmierci – wyodrębniłem odpowiednio do tego trzy działy biojurysprudencji: biojusgenezę, biojusterapię i biojustanatologię. Zaproponowałem także nazwę "bioprawo" przyjętą w kilku językach świata. Potrzebę nowych regulacji normatywnych dla bioprawa, dostrzeganą i opisywaną przez biojurysprudencję, wymusza wprost inżynieria genetyczna, eugenika, medyczne wspomaganie poczęcia i narodzin – prokreacji, a także diagnostyka prenatalna. Biojusterapia ogarnia niezmiernie rozległą problematykę ochrony życia i podnoszenia jego jakości; dotyczy m.in. transplantacji, seksualizmu, psychiatrii, ekologizmu, prawa do życia – ludzi, zwierząt, całej ożywionej przyrody. Biojustanatologia interesuje się normowaniem końca życia człowieka, m.in. wieloma definicjami śmierci, samobójstwem, eutanazją, karą śmierci i stanami wyższej konieczności.

Zagadnienia biojurysprudencji, jako bardzo aktualne w obecnych czasach, wzbudziły duże zainteresowanie w kręgach naukowych i pozanaukowych. Główna moja praca dotycząca tych zagadnień – "Prawa narodzin, życia i śmierci" miała 11 wydań aż do 12 wersji w formie e-book. Była publikowana w dużych nakładach, niższych jednak od wyższych zamówień sieci księgarskich. Niektórzy ignoranci usiłowali ją zdyskredytować, wszczynając przeciwko mnie – autorowi przykre dla mnie procesy. Oparła się temu, zaznaczając swoje wpływy w dydaktyce akademickiej, badaniach naukowych i oddziaływaniach na normatywne rozstrzygnięcia tzw. dylematów etycznych. Stało się to dla mnie zachętą do odważniejszego wkraczania na płaszczyzny relacji problemów prawa i medycyny. Wykładałem "Wprowadzenie do prawa medycznego" i opublikowałem książkę "Medycyna a normy". Byłem zapraszany z wykładami na wyższe uczelnie medyczne i przedstawiałem referaty na naukowych konferencjach medyków.

– Przygotowałeś Antologię anegdoty akademickiej. Skąd czerpałeś inspiracje? Jak powstała ta publikacja? Pisałem o tym w NOWej Gazecie Biłgorajskiej kilku laty.

– "Antologia anegdoty akademickiej" ma już trzy wydania. Zebrane w nich anegdoty pochodzą z bardzo wielu różnorodnych źródeł – książek, czasopism, filmów, sztuk teatralnych, rozmów z ludźmi i własnych obserwacji, krajowych i zagranicznych. Piszę o tym bardziej szczegółowo we wprowadzeniach do wspomnianych wydań i mówiłem w kilku wywiadach. Wiele anegdot przekazali mi wybitni profesorowie różnych specjalizacji naukowych. Układam anegdoty akademickie podczas długich i nudnych często posiedzeń naukowych, z przymrużeniem oka obserwując ich przebieg. Zdarzyło mi się narazić na przykrości, gdy opublikowałem prawdziwą anegdotę dotyczącą z jednej strony naukowca kłamcy pozbawionego poczucia humoru, z drugiej zaś strony pracownicy naukowej zupełnie wyzbytej poczucia humoru i bez żenady wkraczającej na drogi pieniactwa. Wiadomo jednak, jak liczne i ważne funkcje spełniają anegdoty w ogóle, a szczególnie anegdoty akademickie – poznawcze, krytyczne, wychowawcze, zdrowotne, integracyjne. Z tych względów nie rezygnuję z nich, mimo możliwych nieprzyjemności dla mnie jako ich autora. kolekcjonera i krzewiciela.

– Szachy, narciarstwo, długie i dalekie podróże, taniec towarzyski, anegdota akademicka, fotografika to tylko niektóre z Twoich pasji. Są jeszcze częste spotkania z moimi kolegami w Biłgorajskim Towarzystwie Literackim i Biłgorajskim Towarzystwie Regionalnym. Która z nich sprawia Ci najwięcej przyjemności i jak znajdujesz na nie czas obok licznych obowiązków akademickich?

– O wspomnianych w twoim pytaniu moich pasjach traktują liczne eseje dostępne na mojej stronie internetowej i we wspomnianej już "Księdze życia i twórczości". Wspomnę o nich zatem tylko pokrótce. W szachy grywam już rzadko, głównie na internetowym Kurniku, ale nauczyłem tej gry mojego wnuka Jasia, gdy miał cztery lata. Dzisiaj Jaś grywa już w turniejach szachowych. Nadal uprawiam narciarstwo w renomowanych jego ośrodkach i nadal nie rezygnuje z najtrudniejszych tras oznaczonych czarnym kolorem. Dalekich podróży na razie mam dość, odwiedziłem dziesiątki krajów na wszystkich kontynentach. Chętnie wybrałbym się jeszcze w podróż kosmiczną. Anegdoty, szczególnie akademickie, niezmiennie towarzyszą moim rozmowom i wypowiedziom, ponieważ mam usposobienie człowieka pogodnego i wesołego. Plony mojej fotografiki, uprawianej od lat szkoły średniej uporządkowałem w stu kilkudziesięciu albumach i po części w Galerii Fotografii na mojej stronie internetowej. Zanim coś powiem o tańcu towarzyskim dodam jeszcze o niemal corocznych moich grzybobraniach, głównie w Puszczy Solskiej i Puszczy Mielnickiej. Mienię się także znawcą, a wcześniej i producentem z żoną, win domowej roboty. Ukończyłem kurs znawców win wybornych i wypiłem ich całe oceany.

Od najmłodszych lat pociągał mnie taniec. Tańczyłem w dzieciństwie, latach szkolnych i studenckich, tańczę do dzisiaj. Były to tańce w zespołach tańca ludowego – Liceum Pedagogicznego w Biłgoraju, Ziemi Biłgorajskiej, Ziemi Lubelskiej i Zespole Tańca Ludowego UMCS. Z moją żoną Czesią odbyliśmy kursy tańca towarzyskiego i wygrywaliśmy turnieje i konkursy taneczne. W 1994 r. wygraliśmy duży turniej tańca w międzynarodowej konkurencji w bułgarskim Słonecznym Brzegu.

– Pamiętam ten fakt, gdyż w tamtych latach byłem rezydentem "Logostouru" w Bułgarii przez kolejne cztery lata.

– Nie sposób byłoby wymienić tutaj wszystkie wspaniałe bale, które dawały nam wiele radości. Niemal każdego wieczoru podczas rejsów luksusowymi statkami uczestniczyliśmy w wytwornych imprezach tanecznych. Niezapomniane są dla mnie bale Uniwersytetu Trzeciego Wieku w Lublinie. Często bywam na dancingach w Nałęczowie. Tam spotykam się w tangu z panią prof. Marią Szyszkowską. Śmiejemy się, że jesteśmy oboje współzałożycielami Nałęczowskiej Mafii Tanecznej. Taniec jest balsamem dla mojej duszy i modlitwą moich nóg. To pasja, która sprawia mi najwięcej przyjemności.

Pytasz, jak znajduję na to wszystko czas obok licznych nadal obowiązków akademickich i rodzinnych. Otóż, już w szkole średniej nauczyłem się właściwego gospodarowania czasem. Nie odkładam na jutro tego, co mam zrobić dzisiaj. Staram się rzetelnie wykonywać to, co do mnie należy, aby nie tracić czasu na poprawki. Praca zawodowa jawi się dla mnie jako przyjemność, a nie uciążliwy obowiązek, toteż związane z nią konieczności realizuję ze względną łatwością. Wielką pomocą darzy mnie nieustannie w różnych sytuacjach moja żona. Lepszego wyboru partnerki życiowej, z którą żyję już niemal sześćdziesiąt lat, nie mógłbym dokonać. Okazuję jej za to wielką wdzięczność.

– Twoje motto życiowe to słowa B. Pascala: "Skoro nie można być uniwersalnym i wiedzieć wszystko, co się da wiedzieć o wszystkim, trzeba wiedzieć wszystko po trosze". Dlaczego wybrałeś akurat te słowa, tak nieprzystające do współczesnego świata i chyba nauki także, które nastawione są na wąskie specjalizacje?

– Nie zgodzę się z opinią, że moje motto życiowe jest "nieprzystające do współczesnego świata". Otóż właśnie obecnie coraz bardziej przystaje ono do współczesnego świata. Wzrost zamożności ludzi i ogromne możliwości podróżowania realnie i wirtualnie, stwarzają ziszczalne pokusy bogactwa różnorodnych doświadczeń. Natomiast moje zainteresowania naukowe nie kłóciły się nigdy ze specjalizacjami naukowymi. Moją wiedzę z prawa pogłębiałem wiedzą z filozofii. Mienię się przeto tyleż prawnikiem filozofującym, co filozofem prawa. To na takim obszerniejszym gruncie mogłem bardziej wnikliwie spoglądać na problemy rzeczywistego tworzenia, stosowania i przestrzegania prawa oraz proponować nowe dyscypliny naukowe. Nie mógłbym tego robić, gdybym był tylko i wyłącznie specjalistą na przykład od myśli Machiavellego, klauzul generalnych czy też jakiegoś innego drobiazgu poznawczego.

– I na zakończenie  Co uważasz za swoje największe życiowe osiągnięcie?

– Największym moim życiowym osiągnięciem jest żona Czesia, nasza córka Małgosia, nasz zięć Adam i nasze wnuki Kasia i Jaś. Jeśli zaś miałbym wskazać jakieś największe moje zawodowe osiągniecie, to wspomnę o niektórych wynikach przemyśleń naukowych. Być może jest to koncepcja biojurysprudencji, być może zarysowanie nowych dyscyplin naukowych jak komparatystyka prawnicza, współczesne kultury prawne, proksemika prawnicza czy też współczesne doktryny polityczne. Przyczyniłem się także, chyba, do ożywienia zainteresowań filozofią prawa, etyką prawniczą, prawem medycznym i prawem amerykańskim. Ale to nie ja powinienem odpowiadać na to twoje pytanie. Może właśnie ty i inne osoby.

– Dziękuję w imieniu własnym i czytelników NOWej Gazety Biłgorajskiej za wielce pouczający, interesujący i wartościowy wywiad – niejako wykład filozoficzno-prawniczy. Do zobaczenia.

 

Kazimierz Szubiak

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.