Moje dzieciństwo (fragmenty)

Biłgoraj lat 50. przypominał wieś – ulicówkę. Powojenny niedostatek dawał się wszystkim we znaki. Obowiązywały wielce uciążliwe kolejki za chlebem, cukrem itp. Dominująca ulica Kościuszki pokryta była klinkierem na odcinku 2 km.

Do Szkoły Podstawowej nr 1 (parter budynku szkolnego) chodziły dzieci mieszkające po prawej stronie ul. Kościuszki (kto to wymyślił, do tej pory nie wiem) od kościoła pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny do kościoła św. Marii Magdaleny w Puszczy plus wioski: Gromada, Zagumnie, Dąbrowica. Kierownikiem Szkoły Podstawowej nr 1 był pan Tadeusz Ostrowski – pedagog rozmiłowany w muzyce i śpiewie. Jego sukces to założenie 30-osobowej orkiestry mandolinistów. Była to ozdoba licznych wówczas „imprez z okazji”. Zespół powstał w 1953 r. Był to pamiętny rok i data śmierci „Czerwonego satrapy wszechrosji” (powtarzam za klasykiem). 5 marca tego roku zmarł generalissimus Józef Wisarionowicz Stalin i starsi ludzie przewidywali pofolgowanie terroru „II okupanta” – wielkiego kraju rad.

Moja rodzina. Rok 1943. (Kazio w białym futerku)

Jako werblista (jeden z czterech) otwieraliśmy liczne akademie. Mieszkańcy „mojej” ulicy Przemysłowej mieli dość naszych hałaśliwych występów – prób grania na werblach i fanfarach. Na szczęście po roku „awansowałem” do ogólniaka. To już inna rzeczywistość, więcej obowiązków. Nauka plus działalność społeczna i sportowa. Nasi idole to piłkarze A-klasowej wówczas „Łady”, a wśród nich tacy zawodnicy, którym noszenie butów – korków było zaszczytem. Ławki przepełnione były kibicami (bo trybun nie było jeszcze), którzy oklaskiwali swoich idoli, a należeli do nich: Boguś Derylak (trener i piłkarz wszechstronny), Paulin Czacharowski (król strzelców), Stefan Kiciński (najlepszy technik), Władek Sawa (pierwszy piłkarz „Łady”, którego kupił klub rzeszowski), Jańcio Kuliński i Edek Łukaszczyk – najbardziej pracowici piłkarze II linii (pomoc). Trzon obrony stanowili: Michał Saweczko, Marian Koszel, Władek Żdanowski (dziadek), Mieczysław (kapitan) i Jerzy Jakubczykowie oraz Marian Mura, budzący naszą wesołość, zwłaszcza jak grał na rauszu. Bramkarze to: Bolek Murawiecki, który głową dotykał poprzeczki i długoletni świetny golkiper, Jaśko Łukasik („Dziki”). Osobny rozdział to późniejsi idole naszego miasta: Janusz Welc, Janusz Bek, Janusz Szostakowski. Wspominamy z rozrzewnieniem z Janem Kowalem, jak po udanym występie (ja na bramce, Janek „w napaści”) ręka drętwiała od poniedziałkowych gratulacji. Ogólniak to okres najpiękniejszych przeżyć w życiu młodzieńczym. Przekonał nas o tym prof. Stanisław Adamczyk, filozof, matematyk. Choć zostawił któregoś z nas na drugi rok – to dla dobra naszej „Łady” – mawiał.

Stara „Łada” z lat 50.

Inną atrakcją powojennego Biłgoraja (prócz piłki nożnej) było kino „Związkowiec”. Młodzież miała zakaz (tzw. „godzina policyjna” po godz. 20) poruszania się po mieście. Kierownik kina pan Bronisław Serafin był wyrozumiały i dobrotliwy. Znanych i lubianych wpuszczał na scenę i mogliśmy oglądać „zakazany” film przez cienkie płótno ekranu. To co, że z odwrotną reakcją. Zanim filmy trafiły na nasze biłgorajskie ekrany robiliśmy „teatr w domu”. Starsi bracia gasili światło i np. ciągnęli kota za ogon, a jego wrzaski tłumaczyli na „język polski”. No cóż, okropności wojny odcisnęły się mocno na psychice dzieci.

Piłkarze „Łady” w początkach lat 50. Od lewej: Cz. Skromak, M. Saweczko, W. Żdanowski, siedzi B. Murawiecki

Pamiętam fakt, gdy tato chciał posłuchać zakazanych wiadomości radia „Wolna Europa”, wysyłał mnie, bym sprawdził czy furtka zamknięta, chociaż sam miał obowiązek zamykać wszystkie drzwi na klucz, haczyk i inne zabezpieczenia. To był czas, że donos (wiadomo gdzie): „Ten pan X to antysemita i wróg Związku Radzieckiego” skazywał delikwenta na rozstanie z rodziną i na tak zresztą ograniczoną wolność. Przypomnę znany dowcip pana Stefana, według niego to była najprawdziwsza prawda. W restauracji „Powszechna”, którą wtajemniczeni zwali „pod nagłą śmiercią”, chciał z kolegą napić się „taniej wódki”. Widząc, że kotara faluje, a ucho kelnera wydłuża się prawie na ich stolik, zagadnęli: „Słyszałeś co wczoraj mówiła „Wolna Europa”? – „Nie, słuchałem wczoraj „Głos Ameryki”. – „To żałuj – rewelacja!” Tu zamilkł. Kelner postawił ćwiarteczkę i dodał: „To na koszt firmy” i zajął miejsce za kotarą. Po kilku takich „mykach” jeden z nich ponagla: „No mów wreszcie, co to za sensacja”. – „A wiesz, takie były trzaski i szumy, że słyszałem tylko: „brrr…” Kawał się udał. Prześmiewcy opuścili lokal odprowadzeni wściekłym spojrzeniem kelnera. I tak było. Polaków, biłgorajaków humor nie opuszczał nawet w trudnych, ponurych powojennych czasach.

Kąpiel w Ładzie koło stadionu. Autor – pierwszy z lewej, obok J. Welc

Kazimierz Szubiak

 

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.