Miałem frajdę w Józefowie

  Frajdy życzę każdemu, bo to miłe przeżycie, to taka swoista uciecha, a nawet radość i ja miałem taką w Józefowie na zaproszenie tamtejszej biblioteki publicznej, w skrócie – MBP. Miałem za zadanie poopowiadania trochę o swoich felietonach; skąd się biorą poszczególne tzw. biłgorajskie tematy, a także o ich związkach z moim sposobem życia i w pewnym sensie z moimi doświadczeniami. Ale to zaproszenie tak naprawdę nie decydowało o moim przyjeździe. Postanowiłem odwiedzić to słynne i znane już szeroko w Polsce miasteczko, będące symboliczną bramą wiodącą do coraz modniejszej krainy w Polsce – Roztocza, jeszcze z innej przyczyny i to sięgającej 1961 r. Wtedy byłem pierwszy raz i to przez dwa tygodnie i teraz drugi raz po 55 latach, kilka dni temu. Chciałem się przekonać na własne oczy, czy prawdą jest, że tu tak mądrze, czyli rozsądnie gospodarują byli i obecni włodarze tej gminy. Miałem wiele okazji słyszeć i czytać o pozytywach tej specyficznej gminy, której powierzchnia lasów zbliża się do granicznej wielkości – 60% zalesienia, to ponad 10% więcej niż ma cały powiat biłgorajski, w dodatku gmina jest okrojona po odłączeniu się Aleksandrowa z początkiem 1992 r. Wyczytałem, że pod względem zalesienia nie ma równej w całej Europie. I o tym wiedzą ludzie aż… w Australii. Mówiła mi tak pewna pani z Warszawy, której rodzina zadomowiła się na antypodach i planuje, i chyba też tęskni, tak się można było domyślać, spędzić wakacyjny urlop z dziećmi na Roztoczu, bo tu według nich są najbardziej żywiczne lasy na świecie, zdrowe powietrze i atrakcyjna agroturystyka z hippiką dla dzieci. Tylko warunek; koniecznie żeby były konie z instruktorami i przejażdżki po tym lesie. Więc szukają takich adresów i proszą o pomoc. Mnie to tak ujęło, że postanowiłem jeszcze szerzej reklamować tę okolicę, przy okazji narzekając na „miernotę” w centrum Warszawy, gdzie wokół Pałacu Kultury i Nauki gwiżdże i „sypie” kurzem w oczy wiatr, nie mówiąc już o wyboistych chodnikach i śmieciach zalegających w zaułkach. Tego byłem pewny, bo w zeszłym roku odwiedzałem stolicę kilka razy, a Józefów ten nasz, nie ten podwarszawski, wydawał mi się i egzotyczny, i miniaturowy w porównaniu z wielką Warszawą i jeszcze większą Australią. Tę warszawiankę zapewniałem tylko, że jej dzieci i wnuki tu, u nas będą miały prawdziwą frajdę, że się nie zawiodą, a dokładne informacje znajdą, jak tylko pobuszują w Internecie po reklamowanych adresach, albo w gminnych ośrodkach informacyjnych. Pojechałem więc do Józefowa, by przekonać się czy nie „przedobrzyłem” w chwaleniu tego miasta i otaczającej przyrody. I co?

  Moje laurki potwierdziły się w pełni. Lasy na całej trasie, poczynając już od Smólska, robią wrażenie nawet na mnie, jako że w dzieciństwie, mieszkając w Rudzie Zagrody, miałem lasy dookoła i nawet do szkoły chodziłem samotnie przez las. Będąc później na Śląsku, też miałem las, bo kupiłem go trochę w Beskidzie Śląskim, na stoku góry Błatnia. Ale te biłgorajskie lasy mają swój urok, są na wygodnym, płaskim terenie, mają bogate i różnorodne runo i są przejrzyste, nie mają wysokich traw uniemożliwiających plądrowanie i podziwianie.

A miasto? Miasto Józefów, choć mikroskopijne to ma prawie wszystko, co potrzeba i to w dobrym stanie i obok siebie. Np. Rynek, którego Biłgoraj pozbył się w przypływie głupoty urzędniczej. Ale to tylko przytyk. Podobnie wytykam Józefowi niedokończoną fontannę, z czego nawet się ucieszyłem, bo ta fontanna wokół wspaniałych rzeźb zwierząt zamieszkujących okoliczne lasy wyraźnie nie harmonizuje. To byłby tzw. kwiatek do kożucha. Uważam, że tym dorodnym zwierzakom brakuje naturalnego otoczenia, a więc miniaturowych drzew i poszycia leśnego, a nawet okalającego rowu napełnionego wodą. Fontanna z sikającą nad zwierzętami wodą byłaby tylko iluzją drażniącą tylko zwierzaki, ale bez możliwości zaspokojenia pragnienia wody. Czasami przerwa w pracach otrzeźwia… Mam nadzieję, że moje argumenty znajdą zrozumienie.

Wracam do wspomnianego spotkania ze swoimi czytelnikami. Byłem onieśmielony, ale nie uczestnikami, bo oni byli nad wyraz uprzejmi, wyrozumiali i… gościnni (był pyszny rocznicowy tort), lecz wspaniałą odrestaurowaną budowlą, dawną synagogą, we wnętrzu której zadomowiła się Miejska Biblioteka Publiczna z jakże przemiłą panią dyrektor. Wiele w życiu już widziałem, ale żeby w tak malutkim mieście spotkać takie cacko, tego nie sposób przewidzieć. To  była szokująca dla mnie niespodzianka, to była kolejna frajda. I tym może pochwalić się Józefów, nawet najbardziej wymagającym. O innych frajdach napiszę innym razem. 

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.