- Reklama -

Majówki – wycieczki za miasto

Młodzież uczęszczała wówczas do "socjalistycznych" szkół, a starsi pracowali w "socjalistycznych" biurach i urzędach. W majówkach wszyscy uczestniczyli tłumnie.

Maj to piękny miesiąc w przyrodzie, która zieleni się i kwitnie. Szczególny urok i zapach mają kasztany. To okres matur i innych egzaminów kończących pewien rozdział życia. To śpiewy ku czci Maryi przy przydrożnych kapliczkach. Tradycja znana od wielu lat i nadal kultywowana. Majówka to „wypad” za miasto na łono natury. Biłgorajacy mieli swoje ulubione miejsca. Starsi wspominają, jak wyruszali rowerem lub pieszo (7 km) po niedzielnej Mszy na źródełka. Jest to uroczysko koło Woli Małej z bijącymi źródłami i krystaliczną wodą, z pięknym drzewostanem – jodły i świerki na zboczach po obu stronach potoku. Na czystej zielonej trawie rozsiadali się młodzi biwakowicze. Czyste powietrze niosło daleko ich rozmowy, śmiech i śpiew. Zakąskę stanowiły jajka na twardo, więc gleba użyźniana była skorupkami. Bliżej Biłgoraja była „piaskowa górka” z huśtawką, do której nie można było się dopchać. Szliśmy po torach kolejki wąskotorowej, dla równowagi trzymając się za barki.

Od strony południowej naszego miasta w lesie Krasne były urocze miejsca: „Kociołki” i piękna trasa rowerowa na Brodziaki. Miejsca potańcówek to sosnowy lasek „Borek”, obecnie ulokował się tu zakład oczyszczania miasta, a z romantycznego miejsca pozostało parę rachitycznych sosenek. Zabawy ludowe odbywały się prawie w każdą sobotę. W urokliwym parku na Różnówce (zwanym „Małpim gajem”), do którego dochodziło się pachnącą aleją bzów, na wyspie ustawiona była estrada z grającą obok orkiestrą pana Piotra Jakubczyka. „Straż ognista” pilnowała porządku, prowadziła bufet „obficie zaopatrzony”. Dziś zakrawa to na smutny żart. Było w nim bowiem piwo, kiełbasa, chleb, jakieś ciasteczka oraz oranżada. Strażacy pobierali opłatę, stojąc na mostku przed estradą – 1 zł od pary za „garnitur taneczny”. W podobnej scenerii odbywały się festyny ludowe na stadionie.

W meczach piłki nożnej uczestniczyli oldboye „Łady” oraz znani obywatele naszego miasta. W jednej bramce stał najwyższy w mieście pan Murawiecki, a drugiej najniższy – pan Gronzio. Było też miejsce dla najgrubszego. W obronie grał pan Kogut (ojciec dr. Jana Kruszyńskiego). Po meczu odbywały się gry i zabawy ruchowe: przeciąganie liny, biegi w workach, podnoszenie odważnika, była także wędka szczęścia, gdzie czekały nagrody rzeczowe – od smoczka do prosiaczka.

Wieczorem towarzystwo przenosiło się na stary kort. Tu było źródełko z wodą za darmo. Sanepid jeszcze nie funkcjonował, a ludzie choć czerpali wodę ze źródła własnymi rękami, szczęśliwie unikali chorób. Słynny kapelmistrz pan Piotr o pseudo „Esta-Esta-Estadrata” grał ze swoją orkiestrą dętą do „upadłego”. Tony rzewnych, przedwojennych przebojów echo niosło wodą Łady na Różnówkę i Gromadę. Na drugi dzień, gdy PSS „Społem” nie zaopatrzyła sklepów w wody gazowane na czas, piło się wodę z pompy. W Biłgoraju było kilka pomp. Przy kiosku pana Raka (obok obecnego skweru „Solidarności”), w parku koło kościółka (przy kiosku z kiełbasą u pana Majchrzaka), przy ulicach: 3 Maja, Zamojskiej, Radzięckiej i na boisku szkolnym LO.

Początki turystyki zakładowej. Rok 1953. Wycieczka pracowników Spółdzielni Włosiankarskiej do stolicy

W powojennym Biłgoraju były trzy młyny. Jeden w Puszczy Solskiej na Czarnej Ładzie, drugi na Białej Ładzie w Różnówce i trzeci na Bojarach, przy rzece Osa (obecnie zalew OSiR). Były to miejscowe kąpieliska, gdzie sprawni młodzieńcy popisywali się skokami do wody z rusztowań śluzy. Blisko młyna na Różnówce była przystań kajakowa. Pracownicy LPŻ wypożyczali kajaki na romantyczne przejażdżki. Wiosną przyszła „wielka woda”, podmyła magazyn i kajaki spłynęły. Niektóre znajdowano na Tanwi. W Sierakowie koło Harasiuk (kiedyś powiat biłgorajski) był wiekowy młyn wodny z 1886 r. Omszała śluza z nieustannym łoskotem wody. Czas umilał pan Aleksander Łukomski – gawędziarz, malarz, poeta. Jego słynne toasty: „Byłaś w polu, byłaś w gumnie, teraz będziesz w brzuszku u mnie” albo „Aby nam portfel pęczniał jak dziewczęcy biust – no to chlust”. Do tej pory wznoszą te toasty starsi spożywający, którzy z rozrzewnieniem wspominają te spotkania przy patefonie z korbką, z piosenką Ordonki i Fogga, w altance wśród jaśminu i forsycji (zwanej tutaj „złotym deszczem”). Ciekawostka – w dawnym powiecie biłgorajskim (w 1945 r.) było 40 młynów wodnych, teraz już ich nie ma. I komu to przeszkadzało?

W te powojenne majowe dni przyroda budziła się do życia i ludziom przybywało nadziei, że będzie lepiej. Biłgoraj miał „swoje miejsce” i „swoich ludzi”. Ogólnie znanymi byli: ks. Koziołkiewicz (w „dużym kościele”) i ks. Malikowski (w „kościółku”); lekarze: Stanisław Pojasek, Stefan Szmidt, Jan Kruszyński i inni; pielęgniarki: Wera Bucior, Irena Skrok, Maria Hrycak. Apteki prowadzili: Antoni Śnieżko i Kazimierz Głogowski. Nauczyciele to panie Jasińska, Kucharska, Pająkowa, Maniowska, Dyrkowa, Wąskowa i panowie Dyrka, Adamczyk, Dyga, Moczulski, Kusyk, Margiela i wielu, wielu innych. Starą elektrownią (obecnie BARR) zarządzał pan Romanowski wraz ze Stanisławem Mazurem i Zbigniewem Laszko. Stara poczta mieściła się u państwa Złomańskich. Tu był też bar piwny „U Słowika” (róg Kościuszki i ks. Samoleja). Dwie, pożal się Boże, restauracje, a raczej knajpy „Powszechna” (obecnie „Sitarska”) na ul. 3 Maja i „Popularna” (przy ul. Kościuszki w miejscu byłego banku i PZU). „Konsum” znajdował się w istniejącym domu pana Grzybka (między „Komitetem Partii” – obecnie Urząd Skarbowy i Komendą Milicji – obecnie Urząd Gminy). Osobliwością komunikacyjną była dorożka powożona przez pana Dorosza z Puszczy Solskiej. Wszelkie zarządzenia, zanim zainstalowano głośniki – popularnie zwane kołchoźnikami – czytał pan Antoni Jędruchowicz, który skupiał wokół siebie gawiedź, tarabaniąc na werbelku.

Podbiłgorajskie rozlewiska, na których powstało osiedle mieszkaniowe

Rankiem długie kolejki ustawiły się po chleb: „U Aniołka” (u pana Olszewskiego) lub przy piekarni „Społem” na rynku i „Mechaniczna!” (na ul. 3 Maja). W pryncypalnym punkcie miasta, na skrzyżowaniu ulicy Kościuszki i Lubelskiej stał kiosk spożywczy pani Paluchowej, oblegany przez piwoszy. Obok był bar Handlowej Spółdzielni Inwalidów, prowadzony przez panią Szubiakową. Burmistrzem był zawsze widoczny przy powstających zieleńcach i trawnikach pan Kazimierz Ludwik.

Wiele można wyliczać, przypominać, lecz pamięć staje się coraz krótsza…

 

Kazimierz Szubiak

 

- Reklama -

1 komentarz
  1. Artur mówi

    Bardzo ciekawe wspomnienia. Proszę o więcej 🙂

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.