- Reklama -

- Reklama -

Józef Pieczonka – niezawodny filantrop biłgorajski

Każdy czas niesie ze sobą różnorodne problemy, z którymi trzeba sobie jakoś radzić. Nam przyszło żyć akurat w dobie pandemii koronawirusa.

Wirus ten zbiera swe śmiertelne żniwo, a zarażeni nim potrzebują niejednokrotnie respiratora, czyli urządzenia medycznego, zwanego zamiennie „sztucznym płucem”. To właśnie ono pomaga im oddychać.

Niestety, jego cena jest zbyt wysoka, bo sięga 80 tys. złotych, chociaż pewnie można go nabyć taniej. Mimo tego miejscowego szpitala nie stać na ów zakup. Stąd takiego przedsięwzięcia podjęła się Fundacja Fundusz Lokalny Ziemi Biłgorajskiej, wspierając działania grupy wolontariuszy Widzialna Ręka Biłgoraj i Okolice.
Prowadzone jest ono od 13 kwietnia br. Ale zbiórka pieniędzy na wspomniany cel szła dobrze… do pewnego momentu. Nie udało się bowiem zebrać całej kwoty, a na to urządzenie czekają przecież rzesze obecnych i przyszłych pacjentów. Potrzebne jest dalsze wsparcie tej poważnej akcji.
Postanowiliśmy więc na łamach NOWej Gazety Biłgorajskiej, – my, którym ta sprawa nie jest obojętna – przypomnieć sylwetki ludzi wykazujących się wielokrotnie potrzebną szczodrością w podobnych sytuacjach, żyjących jakiś czas temu przed nami.

Kilku z nich zostało już zapomnianych, ale FLZB o nich pamięta i będzie to czynił zawsze. Poświęcił im nawet publikację „Historia filantropii na Ziemi Biłgorajskiej”, wydaną w 2019 roku. Oto biografia jednego z nich.
Pojawienie się tego człowieka na arenie dziejów powiatu biłgorajskiego nie było przypadkowe. Przybył bowiem na tę ziemię, jako jej dawny mieszkaniec i to wtedy, kiedy był tu potrzebny, a jeszcze bardziej… jego pieniądze. Tej powtórnej obecności sprzyjała zresztą sytuacja polityczna w kraju, pozwalająca od października 1956 roku na pierwsze przejawy bezinteresownej aktywności, tkwiącej dotąd w kontrolowanym przez komunistów społeczeństwie. Zgoda na nią, niewyobrażalna zaraz po II wojnie światowej, mimo dalszej reglamentacji władz centralnych, zaczęła z miejsca owocować, głównie zaś dzięki oddolnym inicjatywom.
Jednym z takich aktywistów okazał się wtedy nieznany nikomu reemigrant z Kanady – Józef Pieczonka. Początkowo, tj. od 1957, utrzymywał jedynie kontakt listowny z rodziną, zostawioną kiedyś w Lipinach Dolnych k. Biłgoraja. Jednak bardzo szybko narodził się z tego alians pomiędzy mile widzianym dobroczyńcą a władzą lokalną. Ale to on wypełnił swą działalnością prospołeczną w okresie PRL-u sporą lukę, trwającą nie tylko w powiecie aż do upadku komunizmu w Polsce. I co najważniejsze – prowadząc samotnie tę działalność filantropijną, poświęcił tej ziemi i zniszczonemu miastu dorobek swego życia, wynoszący… pół miliona dolarów.
Poznajmy go zatem bliżej. Józef Pieczonka przyszedł na świat we wsi Lipiny Dolne k. Biłgoraja, rankiem dwudziestego szóstego stycznia (siódmego lutego) 1892 roku, jako syn Macieja i Katarzyny Pieczonków. Został ochrzczony w kościele parafialnym w Potoku Górnym przez ks. Fryderyka Więckowskiego. W swojej rodzinnej miejscowości przebywał do czasu wielkiej emigracji zarobkowej, jaka objęła te tereny już w 1912 roku. Podobnie, jak m.in. dziadek obecnego filantropa biłgorajskiego Jana Kowala, udał się wtedy za pracą do Królestwa Prus, a ściślej mówiąc na Górny Śląsk. Tam wziął udział w III powstaniu śląskim, obok ok. 5 tys. ochotników z głębi Polski, a po jego zakończeniu wyemigrował znowu zarobkowo w świat.
Dotarł ostatecznie do Kanady, gdzie w okolicy Toronto znalazł pracę, jako drwal w puszczy. W ten sposób po kilkudziesięciu latach ciężkiej pracy dorobił się majątku, chociaż niektórzy sądzą, iż to „dzięki temu, że znaleziono w tej okolicy naftę i państwo kanadyjskie płaciło mu należne procenty”. W rzeczywistości wynikało to z jego skromnego trybu życia.

Józef Pieczonka z Lipin Dolnych - jedyna fotografia filantropa biłgorajskiego z czasów PRL-u Foto. T. Dobrowolska
Józef Pieczonka z Lipin Dolnych – jedyna fotografia filantropa biłgorajskiego z czasów PRL-u Foto. T. Dobrowolska

Będąc w Kanadzie, został zapewne członkiem miejscowej Komunistycznej Partii (KPK), która powstała już w maju 1921 roku w najprężniejszej ekonomicznie oraz najludniejszej części tego kraju – prowincji Ontario, ze stolicą Ottawą i jego miastem Toronto, gdyż aktywiści tej organizacji, zaangażowani głównie!!! w tworzenie lewicowych związków zawodowych, wciągali do nich bez wyjątku wszystkich robotników emigrantów.
Decyzję o powrocie do kraju podjął najprawdopodobniej w ciągu 1961 lub 1962 roku. W każdym bądź razie zdziwił wszystkich nie tylko swym niezapowiedzianym przybyciem, lecz także niewielką walizką. Nic więcej nie miał. Był co prawda raz w swojej rodzinnej wsi przed wojną, ale został wtedy okradziony z ubrań i tylko dzięki ukryciu dolarów powrócił szczęśliwie do Kanady.
Swoją działalność filantropijną rozpoczął jeszcze w 1957 od budowy Szkoły Podstawowej w Lipinach Dolnych. Została ona zainicjowana na „prośbę” miejscowych dzieci, a w zasadzie lokalnych władz, wyrażoną do niego w otwartym liście na emigracji. Obiecał wtedy że pomoże i… słowa dotrzymał. Przeznaczył na nią 90 tys. dolarów ze swoich oszczędności.
Lecz zanim doszło do realizacji tego przedsięwzięcia, zdążył wcześniej przekazać również aż 250 tys. dolarów, (tj. milion złotych w tamtym czasie), na wybudowanie Ośrodka Zdrowia w tej miejscowości, do których państwo dołożyło brakujące 300 tys. zł (jedną trzecią tej kwoty). Jego kolejną dobrowolną inwestycją stała się 20 czerwca 1958 roku fundacja wozu strażackiego dla miejscowej jednostki Ochotniczej Straży Pożarnej. Z przeznaczonych na ten cel 350 tys. zł (niespełna 90 tys. dolarów) zakupiono wtedy nowy pojazd bojowy marki STAR.
Ponieważ ów samochód kosztował mniej, pozostałą kwotę 110 tys. zł przeznaczono na budowę remizy. Jej fundamenty wylano jednak z dużym opóźnieniem, a oficjalne otwarcie nastąpiło dopiero… 11 lat po śmierci hojnego fundatora. Chciał dodatkowo ufundować jeszcze dwa inne obiekty w tym miejscu, tj. cegielnię i piekarnię, na co przysłał nawet pieniądze. Ale tutejsze władze zdążyły już tę drugą „fabrykę” uruchomić w ramach Gminnej Spółdzielni, a wytwórnią prefabrykatów budowlanych nie były zainteresowane, co z czasem okazało się poważnym błędem. Kiedy wrócił nagle do Polski wpadł w zrozumiały gniew. Zawiedli go wszyscy bez wyjątku, własna rodzina, która ciągle oczekiwała od niego pieniędzy, urzędnicy wydający jego dorobek zbyt lekką ręką, doprowadzając już wcześniej do zadłużenia konta dewizowego za granicą, w końcu same budowle, które wzniesiono za te ciężko zarobione dolary.
Po bolesnym rozczarowaniu się tymi inwestycjami i konflikcie z najbliższymi przeniósł się na wiosnę 1963 roku do pobliskiego Biłgoraja, gdzie mógł swobodnie realizować swą działalność dobroczynną. Miasto powoli się rozbudowywało i potrzebowało funduszy, zarówno na nowe szkoły, jak i inne obiekty użyteczności publicznej, a przecież ubolewał nad zacofaniem powiatu.
Zamieszkał najpierw u byłego burmistrza i przewodniczącego Prezydium MRN na stancji przy ul. Czerwonego Krzyża. Kąpieli zażywał wtedy w łaźni miejskiej przy ul. Długiej, tam gdzie stoi teraz supermarket Mila. Dużo czasu spędzał w parku obok elektrowni, kładł się spać przed dziewiątą wieczorem, a posiłki spożywał na mieście, bądź sam sobie gotował, ale bardzo skromnie. Po sześciu miesiącach przeniósł się na stancję obok młyna w Różnówce, gdzie zaczął się zaniedbywać, gdyż odtąd widywano go w tej samej koszuli flanelowej, gumowcach wywiniętych na zewnątrz oraz w charakterystycznym płaszczu przeciwdeszczowym. Jednak w grudniu 1963 roku, tuż po rozpoczęciu budowy gmachu Zasadniczej Szkoły Zawodowej przy ul. Przemysłowej, został niespodziewanie przeniesiony przez lokalne władze do nowego bloku nr 2 przy ul. Moniuszki.
Przypadkiem? „Zwolennik nowych władz”, ten który pisał w listach z Toronto, że „lubi pomagać i jak może chce dopomóc ojczyźnie w odbudowie ze zniszczeń wojennych”, również tu okazał się także przydatny, zwłaszcza że marzył o ufundowaniu szkoły nauki zawodu w Biłgoraju. W końcu przeznaczył na nią nieznaną nam kwotę, a dodatkowo pod koniec swego życia zapisał jeszcze ponad milion złotych oraz kilkadziesiąt tys. dolarów na Skarb Państwa.
Dlatego kiedy się rozchorował w 1965 roku, otoczono go opieką w szpitalu biłgorajskim, a po pogorszeniu stanu zdrowia przetransportowano śmigłowcem do Warszawy. Przed samym wylotem miejscowe pielęgniarki zacerowały mu pośpiesznie jego mocno przetartą koszulę. Niestety, zmarł w stolicy 10 października 1965 roku o godzinie dziewiątej wieczorem, w wieku 73 lat. Pochowano go na cmentarzu przy ul. Lubelskiej. Otrzymał wówczas od sprawujących władzę solidny nagrobek z napisem „Pieczonka Józef Uczestnik Powstania Śląskiego. Zasłużony Działacz Powiatu Biłgorajskiego. Ur. 7 II 1892 Zm. 10 X 1965”.

- Reklama -

Piotr Flor, Prezes Biłgorajskiego Towarzystwa Regionalnego

Apel Fundacji Fundusz Lokalny Ziemi Biłgorajskiej 

Publikując skrócone fragmenty książki pt. „Historia filantropii na Ziemi Biłgorajskiej”, chcemy pokazać, że idea bezinteresownej pomocy to nie są tylko puste słowa. Dzięki sylwetkom lokalnych filantropów, którzy wspierali nasze otoczenie, chcemy dać Państwu pewien wzór do naśladowania i prosić o wsparcie zbiórki na respirator dla nas wszystkich, ponieważ nie mamy pojęcia, jak będzie przebiegała epidemia koronawirusa w przyszłości ani nie wiemy, kto z nas będzie kiedyś tego sprzętu potrzebował?

Dlatego już teraz zatroszczmy się o wspólne, bezpieczniejsze jutro i wpłaćmy chociaż symboliczną złotówkę na ten cel! Bank Spółdzielczy w Księżpolu, nr konta: 22 9614 0008 2005 0007 5819 0001, z dopiskiem: „Zbiórka na respirator”.

Fundacja Fundusz Lokalny Ziemi Biłgorajskiej

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.