Historia wspomnieniem pisana

W okresie okupacji, w odwecie za poniesione straty Niemcy rozpoczęli pacyfikację Zamojszczyzny. Przeprowadzona dwuetapowa akcja miała miejsce pomiędzy listopadem 1942 roku a czerwcem 1943 roku. Drugi etap wysiedlania (akcja Werwolf) objął dziesiątki tysięcy ludzi ze 171 wiosek. 23 czerwca 1943 roku siły niemieckiej policji, pododdziałów Waffen-SS i kolaborujących z Niemcami własowców uderzyły między innymi na Frampol, Biłgoraj i Tarnogród. Pojmanych bezbronnych ludzi transportowano do obozów przejściowych w Zamościu i Zwierzyńcu, a następnie trafiali do Lublina. W jednym z lubelskich transportów, gdzie rozdzielano rodziny i dokonywano selekcji, znaleźli się Stefania (1900) i Leonard (1898) Miazgowie wraz z dziećmi Romanem Damazym (1927), Jadwigą (1930) i Józefem (14.07.1939). Na terenie dawnej Fabryki Maszyn przy ulicy 1 Maja Józio został odłączony od rodziców i szczęśliwym trafem, przez przypadek zaopiekował się nim Aleksander Kielasiński. Kiedy obaj wrócili do domu malutki chłopczyk, który niestety nie powiedział swojego imienia i nazwiska został przedstawiony jako nowy członek rodziny. Najpierw żonie Zofii (z d. Liebhart), dzieciom Andrzejowi (1928), Hannie (1930), Markowi (1931), Aleksandrowi (1933) oraz siostrze Zofii Otylii. W domu doktora mieszkała również kuzynka z dzieckiem, uciekinierki ze Lwowa.

 

Pobyt w nowej rodzinie

Obraz zaniedbanego dziecka z okresu okupacji, które na głowie miało okazały kołtun nie wzbudził przerażenia rodziny. Od pierwszych chwil został zaakceptowany i był bardzo rozpieszczany przede wszystkim przez przybrane rodzeństwo. Jednak w początkowej fazie pobytu w nowym domu był bardzo smutny i samotny. Kiedy zaczął się otwierać, w pierwszych swych słowach zapewniał wszystkich domowników, że kołtuna nie można ścinać, bo tak mówiła mama. Dopiero po około dwóch miesiącach Józio poczuł się członkiem nowej rodziny. Niestety, dość szybko zabrakło jego wybawcy, który został stracony przez NKWD w katowni Zamku Lubelskiego 14 grudnia 1944 roku. Był to efekt działalności w szeregach AK por. dr med. Aleksandra Kielasińskiego. O tragedii poinformował rodzinę kapelan więzienny ks. płk Wilhelm Kubsz. Żona została z czworgiem dzieci, Józiem i lwowiankami bez środków do życia. Pomimo niedostatku dawała sobie radę. Trudno określić co spowodowało, że Kielasińska w tym czasie rozpoczęła zbieranie informacji na temat małego Józia. Sobie znanym sposobem ustaliła, że ma nazwisko Miazga.

 

Po latach znowu razem

Przypuszczalnie wiosną 1946 roku u drzwi Kielasińskich stanęli Stefania i Leonard (powrócili z Niemiec wraz z dwojgiem dzieci), którzy po zaproszeniu do środka rzucili się na Józia. Powitaniu nie było końca, a radość rodziców ze spotkania po latach z dzieckiem była przeogromna. Pomimo serdecznych zaproszeń do odpoczynku i poczęstunku nie skorzystali i pozostawali w przedpokoju. Byli szalenie skrępowani, a łzy szczęścia i radości raz po raz ociekały po policzkach. Ta atmosfera udzieliła się również domownikom. Płakali wszyscy. Miazgowa z uporem powtarzała, że już muszą wracać, a rozmowę przeplatała modlitwą. Leonard milczał przez cały pobyt. Będący w trudnej sytuacji Józio spoglądał przemiennie na jedną i drugą mamę. Kiedy zbliżał się czas rozstania, Stefania coraz częściej powtarzała w jego stronę – „ale tam na Józiunia czeka cały Frampol”. Słowa te miały pomóc dziecku w podjęciu decyzji o opuszczeniu lubelskiej rodziny. Prawie siedmioletni Józio spojrzał pytająco na najbliżej stojącego Marka, ale nie znalazł poparcia o pozostaniu i poszedł do matki. Rozstanie mocno przeżyli wszyscy domownicy, którzy nigdy nie zapomnieli o „swoim bracie”. Jednak dla niego wyjazd z Lublina był ogromnym ciosem, który towarzyszył mu do końca życia.

 

Wdzięczność frampolan

Przez trzy lata nie było żadnych wieści z Frampola. To niepokoiło Kielasińskich, którzy liczyli na korespondencję i wieści od Miazgów. Po niedługim czasie Kielasińska poinformowała Marka i Andrzeja o zaproszeniu na wakacje do Frampola. Marek wtedy był uczniem gimnazjum Zamojskiego i zdecydował się na wyjazd, Andrzej zrezygnował.

– Miazgowie mieszkali w starej drewnianej chałupie. Warunki były fatalne, ale ja dostałem miejsce w stodole, które z trudem musiałem akceptować. Było zimno, a na dodatek towarzyszyło mi wiele różnego rodzaju robactwa, które przywieziono z pola i łąki. Miazga pracował bardzo ciężko, bo prócz własnych prac polowych musiał odrabiać u znajomych za pożyczone konie i sprzęt. Żona krzątała się w obejściu, ale też pracowała w polu, ciągle się modliła, a w południe biegała do kościoła na Anioł Pański. Z przyjemnością wspominam grzybobrania z Jadzią i pasienie krów z Józiem. W sumie cieszyłem się, że ponownie jesteśmy razem i to było najważniejsze – wspominał Marek.

 

Lata szkolne, wojsko i młodość

Józio uczęszczał do frampolskiej podstawówki, a następnie do Liceum Biskupiego w Lublinie, którego nie ukończył. Przez cały czas, jako samouk, doskonalił się w zagadnieniach z zakresu fizyki, techniki, która pochłonęła go do końca. Kiedy wyrósł na dorodnego młodzieńca, upomniało się wojsko. Najprawdopodobniej służył w wojskach radiotechnicznych, gdzie pogłębiał nabytą już wiedzę. Ponadto w armii z powodzeniem ukończył kurs, zdobył prawo jazdy i został kierowcą amerykańskiego willysa. Wojskowy rygor i propaganda ówczesnego okresu nie bardzo mu odpowiadały, gdyż były sprzeczne z wartościami, które jako małe dziecko wyniósł z „rodziny lubelskiej”. Po odbyciu służby wojskowej powrócił do rodzinnego domu, gdzie zajął się naprawą odbiorników radiowych, a w późniejszym okresie telewizorów. Przez długi czas był jedynym fachowcem w tej dziedzinie w miasteczku.

 

Ostatnie, chłodne spotkanie po latach

W sierpniu 1971 we Frampolu doszło do ponownego spotkania Marka z ponad 30-letnim Józefem. Marek wraz z synami, którzy przebywali na koloniach w Reczpolu koło Przemyśla, postanowił rowerami pokonać trasę do Lublina. Szlak wiódł przez Frampol, gdzie się zatrzymali. Odwiedzili znany mu dom przy ulicy Polnej. Na progu powitała ich ciotka Józia Bronisława Gabryszewska (+28.01.1977). – Od niej dowiedziałem się, że Miazgowie mieszkają już w nowym domu, ale Józef pozostał z nią. Niestety, Józio przyjął nas chłodno. Po uściśnięciu dłoni nie było wylewnej radości z jego strony, więc odjechaliśmy do jego rodziców i po godzinnym spotkaniu wyruszyliśmy w kierunku domu. Nie przewidywałem, że to będzie nasze ostatnie widzenie. Niestety, dopiero po latach od jego śmierci dowiedziałem się, że „mój brat” odszedł z tego świata pod koniec lat siedemdziesiątych kąpiąc się w zalewie – opowiadał Kielasiński.

Józef Miazga zmarł 26 czerwca 1979 roku i został pochowany na cmentarzu parafialnym we Frampolu.

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.