Czy tylko ja tak myślę?

  Czasem trudno to sprawdzić, ale czasem, kiedy widzimy jakąś tandetę, kicz, kiedy widzimy, że „coś się z czymś gryzie” – jesteśmy tego pewni. Zastanawiamy się wtedy, czy ktoś, kto to coś zaprojektował, wykonał, może być aż tak ślepy i tego nie widzieć?

W parafii Majdan Stary, gdzie mieszkam, widziałem wiele rzeczy, które wykonano w sposób, który dla wielu osób był nie do przyjęcia. Zapewne Majdan nie jest pod tym względem odosobniony, raczej na pewno nie. Ale napisać mogę o przykładach stąd, bo je znam, bo widziałem, jak wiele rzeczy robiono bez głębszego zastanowienia, kierując się modą, rachunkiem ekonomicznym, funkcjonalnością lub po prostu łatwością utrzymania w czystości i eksploatacji. Owszem, to też ważne. Z przykrością jednak muszę stwierdzić, że bardzo wiele rzeczy zrobiono w sposób pozbawiony tego, o czym pisałem na początku. Najczęściej, niestety, dotyczyło to zabytków.

 Sięgając najdalej jak pamiętam, albo też do najstarszej krzywdy jaką potrafię zidentyfikować jako krzywdę wyrządzoną zabytkowi, przywołam położenie boazerii w kościele. Zabytkowe wnętrze postanowiono zmienić w latach 80., kiedy to cudowne drewniane klepki robiły furorę w całym kraju. Pominę szczegóły, czym się wtedy kierowano, ale z perspektywy czasu, moim zdaniem, to błąd. Później nastąpiło parę lat przerwy, bo może czasy biedniejsze, okres zmian ustrojowych, z grubsza rzecz biorąc, nic dotkliwie nie ucierpiało. Natomiast ostatnie dziesięciolecie obfituje już w wysyp cudownych pomysłów. Pomnik ks. Dryka na miejscowym cmentarzu, pomimo że kilku przedsiębiorców chciało zachować go w pierwotnej formie, chcąc nawet zapłacić za jego całkowity remont, niestety, spotkał przykry los. Jedyna rzecz, która została z poprzedniej formy, to figura „Dobrego Pasterza „. Cokół i pozostałe elementy z piaskowca zastąpiono cokołem z nowoczesnego klinkieru, łańcuszkiem zawieszonym na metalowych słupkach i piękną współczesną kostką po bokach i od przodu.

Następną rzeczą, była renowacja ołtarzy bocznych w kościele. Dotychczasowy ich biały kolor, w którym jest też ołtarz główny, zastąpiono cieniowanym łososiowym (o wiele łatwiej ukryć niedociągnięcia), zdaniem wielu osób do niczego nie pasującym, a już na pewno nie do ołtarza głównego. Ale już po położeniu czerwonej wykładziny na ołtarzu głównym ten argument odpadł, bo już do czegoś były zbliżone (choć nie wiem, kto mógł tak pomyśleć).

  Następne stylowe zmiany miały miejsce na zewnątrz. Dawną cembrowinę fontanny z figurką Matki Boskiej rozebrano wraz z cokołem z „mazurków”, zastępując go cokołem z  nowoczesnego klinkieru, przy podstawie którego znalazła się drobna współczesna kostka brukowa, różniąca się nawet od nieco wcześniejszej, współczesnej kostki placu, do którego przylega. Na następny ogień poszedł stary krzyż niedawno zdjęty ze strychu kościoła, taki sam jak te na jego wieżach. Ślady po odciętych belkach ukośnych świadczą, że to krzyż starszy niż sama parafia rzymskokatolicka. Został on  szybko zagospodarowany i osadzony na cokole z połyskliwego granitu, tuż obok cokołu z klinkieru pod Matką Boską z piaskowca. W ten sposób upamiętniono Renowację Misji Świętych. Moim zdaniem, to wydarzenie nie wymagało aż takiego upamiętnienia (jeśli w ogóle wymagało jakiegokolwiek) i zwyczajny dębowy krzyż w zupełności by wystarczył, tak jak było to do tej pory. W 2019 r. będzie 100-lecie erygowania parafii i na tę okoliczność można było ustawić ten krzyż na cokole z jakiegoś naturalnego kamienia (jakiegoś łupka czy zwyczajnych mazurków polnych), gdzieś bliżej ogrodzenia z jakąś tablicą pamiątkową i taką piękną klamrą spiąć te 100 lat, podkreślając jednocześnie wcześniejszą historię tej świątyni.

Zrobiono, co zrobiono. Ludzie po pewnym czasie przyzwyczają się, ot tak jak przyzwyczajamy się do jakiejś usterki w domu czy przerysowania na samochodzie. Na początku to razi, a potem nawet tego nie zauważamy. Ale razi to tych, którzy przyjeżdżają do nas rzadziej. Gości z zewnątrz i tych, którzy odwiedzają kościół przy okazji ślubów, pogrzebów czy członków naszych rodzin, którzy stąd wyjechali, ale sporadycznie bywają.

  Idealnym wręcz przykładem czegoś, co „gryzie w oczy” jest wykładzina typu gumoleum, jaka od kilkudziesięciu już lat przykrywa podłogę w kościele. Ze świecą szukać innego drewnianego kościoła i nie tylko drewnianego, gdzie można coś takiego spotkać. Trudno, aby nie rzucało się w oczy coś, co jest poszarpane, odstające i poprzecierane, poklejone zwykłą świecącą taśmą do klejenia kartonów, aby ktoś nie zaczepił i nie przewrócił się. Ale w większości ludzie przyzwyczaili się, choć jak już ktoś wspomni, to każdy przyłącza się do słów krytyki. Maskuje ona zły stan podłogi, ale ponadto ma przecież wiele innych zalet. Łatwo się sprząta i łatwo, i szybko można ją wymienić. To zdecydowanie przeważało przez lata nad estetyką, dopasowaniem, nad postrzeganiem całego środka świątyni. Kamerzyści na ślubach już wiedzą, że w Majdanie ujęcie podłogi raczej nie powinno znaleźć się w kadrze i najlepiej kręcić od pasa w górę.

  Obecnie panowie radni szykują kolejną „przemyślaną” inwestycję – wymianę ogrodzenia. Wszystko w ich głowach, nie ma żadnej wizualizacji, ale został wyeksponowany słupek, w kilku niewiele różniących się wersjach. Proste płytki z ciętego do kantu, szlifowanego na „lusterko” granitu, płaska czapka i do tego  metalowe przęsło z płaskowników w stylu przęseł ogrodzenia plebanii. Ponieważ koszt tego jest zbyt wysoki (sam front może zbliżyć się do 100 tys. złotych), pozostałe trzy boki ogrodzenia mają być ze słupkami metalowymi we wspomnianej koncepcji ogrodzenia plebanii.

Panowie, zrobiliście kilka naprawdę dobrych rzeczy, ale ogrodzenie kościoła to nie chodnik przez cmentarz i wymaga trochę innego podejścia. To nie tylko trwałość. Granit jest naturalny ale w formie kostki czy łupka a nie ciętych i szlifowanych bloków, jeżeli w ogóle brać granit pod uwagę! To styl cmentarno-pomnikowy nie przystający do drewnianego, zabytkowego kościoła, w dodatku bardzo kosztowny styl!  Cała koncepcja dla kogoś obdarzonego minimalnym poczuciem estetyki jest nie do przyjęcia! Są naprawdę tańsze i naprawdę o wiele bardziej przystające do całości zabytkowego otoczenia alternatywy! Zdjęcie, które publikuję, przedstawia inną koncepcję, ale nie musi być taka, można się na niej tylko oprzeć, dokonując modyfikacji. Taką wizualizację zrobiła pani pracująca u mojego kolegi jako grafik komputerowy w ciągu jednej godziny. Bez żadnej wiedzy o architekturze, budownictwie, ale niewątpliwie osoba obdarzona wyczuciem smaku, wykorzystująca zasoby, jakie niesie Internet. Chciałem, aby zrobiła jeszcze wizualizację waszego pomysłu, ale nikt nigdzie w Internecie nie reklamuje i nie chwali się, że chce sprzedać słupki granitowe w takiej postaci! Nie ma zdjęcia choćby podobnych słupków! Kostki, kosteczki, bloczki – owszem – ale w formie łupanej! Cięta i szlifowana nadaje się do urzędów lub na cmentarz!

  Od ponad miesiąca przedsiębiorcy zabiegali o spotkanie w tej sprawie, chcąc również, tak jak miało to miejsce w przypadku chodnika czy organów, nieco mocniej wesprzeć tę inwestycję finansowo. Kiedy już do spotkania dochodzi, radnych jest bodajże sześciu czy siedmiu, pozostałych osób ok. trzydzieści, jeden z was stwierdza, że mała grupka osób nie będzie blokować inwestycji w parafii, a wykonawca elementów granitowych upominający się o zaliczkę słyszy, aby się nie bał, wszystko będzie tak jak było ustalone. W ten sposób daliście panowie do zrozumienia, że parafianie nie mają żadnego wpływu na to, co robicie. Finansowo też się nie boicie, bo jak twierdzicie „ludzie pieniądze dają”. Mówicie, że ludzie klepią was po plecach, że im się podoba. Kto – pytam? Ja słyszałem tylko ludzi, którzy prosili, aby na was wpłynąć, aby coś z tym zrobić. Takie stawianie sprawy z pewnością nie sprzyja jedności parafii. Nie zapraszacie nawet na swoje zebrania dwóch jedynych radnych wybranych przez ludzi, a nie tak jak wy z nominacji proboszcza. Nie jestem zwolennikiem robienia rewolucji, bo podkreślam, zrobiliście naprawdę kilka dobrych rzeczy, ale chyba trochę pokory w postępowaniu przydałoby się. Na dobre imię pracuje się całe życie, traci się je bardzo szybko. Nikt nie jest nieomylny i każdy błędy popełnia, ale czym innym je popełniać, czym innym w nich trwać. Przy pracach wokół zabytków, choć nie tylko zabytków, powinno się kierować nadrzędną zasadą, jaka jest wpajana lekarzom – „primum non nocere” – po pierwsze, nie szkodzić! Co do trwałości innych materiałów niż granit i metal to technologia jest na tyle rozwinięta, że drewno nasycone ciśnieniowo (podobnie jak podkłady kolejowe) czy beton o odpowiednim składzie i w odpowiedniej technologii są już na tyle trwałe, że również kilkadziesiąt lat bez większej ingerencji spokojnie przetrwają. Nawet prosta forma tynkowanych, malowanych słupków przykrytych daszkiem, który można częściej odnawiać, który łatwo i tanio można zmienić, podobnie jak daszek nad przęsłami z funkcją zabezpieczenia tego co pod nim, też jest do rozważenia. Trzeba pytać, radzić się, konsultować z ludźmi, bo może ktoś kogoś zna, ktoś coś więcej gdzieś widział. Zapewniam – utrwalanie czegoś na wieki, jeżeli ma być kiczowate, jest pozbawione sensu. I zapewniam – nie jest jeszcze za późno, można znaleźć jeszcze dobre wyjście z tej sytuacji i nawet zaliczki na granit nie są tu przeszkodą. Trzeba tylko chcieć rozmawiać i zmienić podejście do ludzi, którzy chcą wam pomóc, ciesząc się, że jeszcze są tacy, którzy się interesują. Na koniec mała dygresja, aby nie ulec wrażeniu, że za wszystkie wspomniane fatalne posunięcia odpowiada tylko rada parafialna.

  Księża przychodzą i odchodzą. Tak jak inni ludzie nie muszą się na wszystkim znać. Jeżeli jednak będziemy nadal pozwalać na realizację wizji każdego kolejnego proboszcza, pozbawimy się możności cieszenia się dziedzictwem, jakie pozostawili nam przodkowie, a w oczach przyszłych pokoleń będziemy postrzegani jako ci, którzy dopuścili do tak fatalnych skutków. Tylko sami również  musimy ustrzec się podobnych błędów. Ja nie zakładam z góry, że się nie mylę w tych kwestiach. Jednak ilość wysłuchanych przeze mnie opinii na ten temat z pewnością jest kilkakrotnie większa od tych, których zasięgnęli panowie radni. Starałem się też zasięgać ich u ludzi, którzy w moim odczuciu mogą mieć większe wyczucie smaku niż ja sam.

Kończąc, mam tylko nadzieję, że do kolejnego spotkania dojdzie i że nie będzie unoszenia się honorem, i zbiorowej rezygnacji z bycia członkami rady, na zasadzie: „skoro nie będzie tak jak my chcemy, to rezygnujemy i róbta, co chceta” lub też na zasadzie: „spotkać się możemy, ale i tak zrobimy po naszemu”, bo naprawdę nie o to tu chodzi i nie tak rozwiązuje się problemy.

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.