- Reklama -

- Reklama -

Czy pomaganie w Caritas jest łatwe? (wywiad)

O pomaganiu innym i o wolontariacie rozmawiamy z Mirosławem Kitą, koordynatorem biura Caritas w Biłgoraju, katolickiej organizacji charytatywnej. Czy łatwo jest pomagać? Tego postaramy się dzisiaj dowiedzieć.

– Proszę powiedzieć, co znaczy słowo Caritas?

– Caritas inaczej oznacza miłość. Mamy ewangeliczną motywację do działania, jest nią nakaz Pana Jezusa, który uczył, że większa radość jest z dawania niż brania. Dla nas wolontariuszy jest to taki rdzeń, który zobowiązuje nas do spełnienia posłannictwa naszego Pana, który chce, abyśmy zwracali uwagę na ubogich i im pomagali.

– Komu okazuje się tę miłość?

– Generalnie każdemu, kto jej potrzebuje. Ja już wiele lat jestem w wolontariacie i przez ten czas poznałem naprawdę skrajne sytuacje. Potrzebującymi stają się często ludzie z powodów losowych: utrata pracy, śmierć kogoś z członków rodziny, sytuacje trudne w rodzinie, nałogi, niejednokrotnie choroby, które uniemożliwiają takie normalne funkcjonowanie. Wiele razy miałem takie przypadki, że lekarstwa były tak drogie, że z tego powodu zadłużała się cała rodzina.

– Co jest najtrudniejsze w działalności charytatywnej?

– Najtrudniejsze są zawsze sprawy związane z chorymi dziećmi. Tutaj trzeba większej wspólnoty, która podejmuje większe działania. Trzeba dla dziecka szybko działać. Czas odgrywa bardzo ważną rolę, kiedy czeka ono na wykonanie zabiegu albo przyjęcie leku. Wtedy trzeba organizować akcje charytatywne na dużą skalę.

– Jest Pan wolontariuszem od wielu lat. Od czego się to zaczęło?

– Myślę, że trudno jest tu szukać korzeni, ale na pewno jest to w moim przypadku objaw wiary i chęci takiego życia, żeby komuś coś dobrego zrobić. Chodzi o to, żeby nie żyć tylko dla siebie. Myślę, że największy wpływ na zostanie przeze mnie wolontariuszem miała sytuacja Krzysia, który kilkanaście lat temu topił się w biłgorajskim zalewie. We wczesnej młodości, jako licealista, byłem wolontariuszem, który chodził do mieszkania tego Krzysia i uczestniczył, jako jeden z wielu, w czynnych ćwiczeniach chłopca. Myślę, że zetknięcie się w liceum z taką osobą spowodowało, że nabrałem chęci, żeby w tym kierunku dalej iść w życiu.

– Jak Pan czuł się wtedy?

– Pierwsze zetknięcie to ogromny ból spowodowany tym, że jesteśmy bezradni. Chłopak był sparaliżowany, a ja nie mogłem mu pomóc. Wszystkie moje trudności, problemy, które wydawały mi się takie wielkie i nie do pokonania, po zetknięciu z tym bólem, którego doświadczał Krzysio, stały się bardzo małe. Chciałem pomóc Krzysiowi i jego rodzinie, która dźwigała ciężki krzyż.

– Czy jako nauczyciel jest Pan wzorem dla młodzieży, pokazując jej jak postępować w życiu i pomagać innym?

– Nie lubię czegoś ukazywać komuś na siłę. Moja motywacja jest o wiele głębsza, na pewno też duchowa. Po prostu mam taką potrzebę pomagania innym i daje mi to ogromne szczęście. Natomiast jeżeli mógłbym być przykładem dla młodzieży, to na pewno byłbym szczęśliwy, gdyby tak rzeczywiście młodzież mnie odbierała.

- Reklama -

– Jak młodzi ludzie reagują, kiedy widzą, że trzeba komuś pomóc?

– Na pewno dużo się uczą przy tym. Otwierają serca i ukazują swoje talenty. Każdy pomaga, ile może. Niektórzy nawet rezygnują ze swoich rozrywek, bo zdarza się i tak, że jak mamy zbiórkę żywności, to zazwyczaj kończy się późno. Po niej zawozimy dary do naszego biura i trzeba to wszystko policzyć, poukładać oraz zrobić paczki. Wtedy oni poświęcają bardzo dużo swojego wolnego czasu, nawet podczas weekendu.

– Rodzina, praca, Caritas… Jak Pan godzi wszystkie obowiązki?

– To tylko kwestia zorganizowania swojego życia. Mądre ułożenie dnia, tygodnia. Takie poukładanie w życiu, co jest najważniejsze. Wiadomo, że rodzina jest bardzo ważna. Wszystko można pogodzić z inną działalność w taki sposób, żeby nie utrudniać życia rodzinnego.

– Czy wolontariat kształtuje charakter? Wolontariusz, który w młodości pomagał ludziom, w przyszłości będzie lepszym człowiekiem?

– Na pewno ma poszerzone horyzonty. To, czy faktycznie będzie lepszym człowiekiem, zależy od bardzo wielu czynników. Dzięki wolontariatowi taki człowiek wie, że wokół niego są ludzie, którym nie układa się w życiu i to czasem nie jest zależne od nich.

– Czy mieszkańcy Biłgoraja chętnie pomagają?

– Bardzo chętnie. Jest ogromna grupa ludzi bardzo życzliwych. Systematycznie wożę żywność do potrzebujących. Z pomocą przyszedł pewien pan, który ma swoją prywatną firmę i zaoferował mi swój samochód. Nie muszę już wydawać na paliwo.

– Czy młodzież angażowała się w organizowanie festiwalu Soli Deo?

– Gdy rzuciłem hasło, że potrzebuję młodzieży do pomocy w organizowaniu takiego wydarzenia kulturalnego jak festiwal Soli Deo, to wielu tych wolontariuszy przyszło mi z pomocą. Angażując w te działania młodych ludzi, odciągamy ich od tego, co mogłoby ich prowadzić na bezdroża życia. To okazja do nawiązania nowych znajomości. Zdarzyło się, że ktoś, kto przyszedł na festiwal, dziękował mi, jako organizatorowi, bo na tej imprezie kulturalnej poznał swoją przyszłą żonę. Było mi wtedy bardzo miło.

– Czy w tym roku będzie wigilia dla potrzebujących?

– Udało nam się zorganizować taką jedną wigilię. Nie ukrywam, że było to bardzo trudne doświadczenie. Przekonałem się, że takie piękne chęci nie zawsze wystarczą do pokonania przeszkód. Trudno o tym mówić. Przeszkodami byli sami potrzebujący, o których trzeba było więcej wiedzieć i pracować nad tym, żeby się zjawili. Są oczywiście takie osoby, które wszędzie pójdą i tam, gdzie ktoś daje pomoc, to one będą korzystać. Bardzo trudno wyłuskać osoby bardzo potrzebujące i tu trzeba większego wysiłku. My bardzo chcieliśmy, żeby takie osoby szczególnie potrzebujące się znalazły, rodziny z małymi dziećmi, kobiety samotnie wychowujące dzieci z różnych powodów, będące też jeszcze dodatkowo w ciężkiej sytuacji materialnej. Mieliśmy też bezdomnych. Dowiedzieliśmy się, że ci bezdomni są na przykład nosicielami wirusa HIV i już konieczne były środki ostrożności, już trzeba uważać, trzeba to wiedzieć.
To są właśnie takie trudności. Wtedy pomogły nam siostry zakonne i bardziej towarzyszyły tym właśnie bezdomnym. W drugiej części były osoby z dziećmi, żeby nie było tego bezpośredniego kontaktu. Nie znamy oczywiście wszystkich chorób itd., czy jest jakieś zagrożenie pod tym kątem dla dzieci. To wszystko jest takie istotne. Dużo trzeba wiedzieć, żeby coś zorganizować. To nie jest takie proste, że rzucimy hasło, np. „Dla potrzebujących organizujemy wigilię”. Trzeba pewne rzeczy zweryfikować, bo mogą przyjść nawet osoby pod wpływem alkoholu i wtedy my, jako organizatorzy, mamy problem. Chcielibyśmy to kontynuować w przyszłości, ale nie ukrywam, że pandemia też zabrała nam pewną możliwość, utrudniła nam działalność. Na pewno była to też taka próba, która się powiodła, a w przyszłości mam nadzieję, że z wolontariuszami, ale może już dorosłymi, da się kontynuować coś takiego. Myślę, że choć jest to pewnym wysiłkiem, uda nam się zorganizować wigilię, która osobom potrzebującym da trochę spokoju, radości, miłości, bliskości innych ludzi. Ta wigilia ma być dla samotnych, potrzebujących.

- Reklama -

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.