- Reklama -

- Reklama -

Cudownie ocalony

 65 partyzantów AK i BCh ujętych pod Osuchami rozstrzelono na Rapach 4 lipca 1944 r. Tylko jeden zdołał zbiec. Był nim mieszkaniec Biłgoraja Zygmunt Hanas ps. "Wilczur".

- Reklama -

W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych nieźle prosperowało przedsiębiorstwo Centrala Obrotu Zwierzętami Rzeźnymi zwana „Buchtą”. Pracował tu mój ojciec Julian wraz z Zygmuntem Hanasem. O swoich przejściach wojennych opowiadał mu on ze łzami w oczach.

Pan Zygmunt wspomina

toyota Yaris

W 1938 r. w marcu poszedł do wojska. Z Włodzimierza (obecnie Ukraina) przeniesiono go do Korpusu Ochrony Pogranicza na Zaolzie. Od Żywca w składzie Armii Kraków jego pułk zwiadowców cofał się na wschód, tocząc potyczki z Niemcami w lasach Wieliczki i Tarnowa.

Cofając się od 1 września 1939 r., Armia Kraków zastawała po drodze (Rzeszów, Łańcut, Leżajsk) zniszczone mosty i inne obiekty. Żołnierze zawrócili więc przez Krzeszów, most był jeszcze czynny. Dalej szli przez Tarnogród, Księżpol (tu widzieli płonący Biłgoraj), Aleksandrów, Józefów, Krasnobród. Drogą leśną doszli do Jacni i Szewni. Okopali się na wzgórzach, a po kilka dniach pokazały się niemieckie czołgi, z drugiej strony zbliżali się Sowieci. Znaleźli się w okrążeniu. Rozpoczęły się pertraktacje, a przy tym ogromne zamieszanie, które żołnierze wykorzystali. Pan Zygmunt z kilkoma kolegami, zabierając konie będące „samopas”, uciekli lasami przez Majdan Kasztelański i Wolaniny. Dotarli na Brodziaki. Stąd wysłał wiadomość rodzinie i przywieziono im cywilne ubrania. Zostawił sobie RKM i pistolet VIS. Na koniu przybył do swojego domu na Różnówce. Niebawem dostał pracę w firmie transportowej braci Wojtaszczyków. Po przeszkoleniu we Lwowie z prawem jazdy został pomocnikiem kierowcy w Spółdzielni Rolniczo-Handlowej. Tu zetknął się z Wacławem Spalonym, ps. „Słoma”, przyszłym dowódcą ZWZ AK.

Dodaj szybkie ogłoszenie drobne na naszym portalu:

Przysięgę składał przed Spalonym i Stanisławem Głąbem. Otrzymał ps. „Wilczur”. Jako kierowca jeździł do Warszawy z Eugeniuszem Jeziorowskim, który poznał go z porucznikiem Józefem Steglińskim ps. „Cord”. „Cord” przyjechał z nim do Biłgoraja i otworzył zakład wulkanizacyjny naprzeciwko gestapo. To był dobry punkt obserwacyjny. Pewnego dnia pan Zygmunt, wioząc cały samochód wódki ze Lwowa, natknął się na partyzantów „Corda”, którzy zarekwirowali mu towar. Zwolniony z pracy „poszedł do lasu”. Po pewnym czasie stanowili grupę z Bolesławem Dobrowolskim ps. „Gordon”, Ryszardem Radejem ps. „Gryf”, Aleksandrem Szozdą ps. „Wisiorek” i Jerzym Kopaczem ps. „Bohun”. Skierowano ich do szkoły podoficerskiej oddziału Adama Haniewicza „Woyna”. Jako podoficerowi WP przydzielono mu drużynę, z którą dokonywał dywersji za Długim Kątem i w Krasnobrodzie, wykolejali pociągi z transportem towarów dla armii niemieckiej na Wschodzie. Były też akcje na posterunki niemieckie i granatowej policji w Zwierzyńcu, Tereszpolu i Józefowie. W 1944 r. znalazł się ze swoimi chłopakami pod Osuchami jako obstawa majora Edwarda Markiewicza „Kaliny”.

Pan Zygmunt opisuje walkę z Niemcami pod Osuchami, gdzie został ranny „Grot” (por. Witek). Jego bliski kolega Dobrowolski „Gordon” dostał serię i zginął na miejscu. Widział, jak Niemcy i Kałmucy dobijają rannych, gdy znaleźli się w kotle. W okolicy wsi Borowiec zostali otoczeni, powiązani sznurami i doprowadzeni do Osuch i tu zamknięci w piwnicy szkoły.

 

„Na przesłuchaniu wszystko o mnie już wiedzieli, że byłem kapralem w oddziale „Woyny”. Po przesłuchaniu powiązanych za szyję i ręce przepędzono jak bydło przez Tanew w kierunku Tarnogrodu. Tu załadowano nas na samochody i przewieziono do Biłgoraja na plac koło gestapo (ob. BCK), gdzie powiązani leżeliśmy dwie doby. Zaczęły się kolejne przesłuchania, okrutne i krwawe. Przyznałem się, kim byłem.

4 lipca wieczorem na apelu starszy sierżant policji Kamiński odczytał wyrok. Uznano nas za bandytów, a nie żołnierzy. Otrzymaliśmy karę śmierci. Czekaliśmy na rozstrzelanie.

Rano 5 lipca 1944 r. Niemcy rozebrali nas do koszul i spodenek. Powiązali nam ręce kablem telefonicznym i związanych po pięciu wsadzili do samochodu. Siedzieliśmy na ławce: Piotr Kaczmarek – „Olcha”, Jerzy Dzieduszko, Józef Kanty, Jan Dzido i ja. Widzieliśmy, co się dzieje na szosie. Oprócz kierowcy konwojowali nas: podoficer Niemiec i trzech Ukraińców. Wszyscy mocno pijani. Kaczmarek miał rękę wolną, rozwiązał swoją i moją pętlę. Pomogliśmy jeszcze rozwiązać więzy ośmiu kolegom. Błyskawicznie porozumieliśmy się jak uciekać. Ja miałem unieszkodliwić szofera i poprowadzić samochód. Pozostali mieli wyrzucić z samochodu konwojentów. Zaczęła się szarpanina i ogromne zamieszanie. Kierowca, mimo że zraniłem go w oko, strzelał z automatu, na szczęście niecelnie.

    

Zacząłem uciekać ile sił w nogach. Biegłem w kierunku lasu. Byliśmy na Rapach (koło obecnej „Betoniarni”). Obok biegł Kaczmarek, ale obrał kierunek rzeźni, tam Niemcy kosili trawę. Ci z obstawy zaczęli strzelać, usłyszałem tylko „Mamo!” i Kaczmarek upadł. Biegł za mną jeszcze jeden zbieg. Niemcy ruszyli w pościg, prowadząc gęsty ostrzał. Biegłem jak opętany, nie czując nawet, że zostałem postrzelony w ramię.

Dotarłem do Zagumnia. Tu spotkałem kobietę, która rozerwała swoją zapaskę i opatrzyła mi ranę. Uciekałem dalej do Sokołówki. Po drodze spotkałem gajowego, z którym doszliśmy pod Bukowę. Gajowy skontaktował mnie z Józefem Gniewkowskim „Orsza” i Janem Markiewiczem „Świś”. Tu dotarła do nas wiadomość o zbliżających się oddziałach niemieckich i kałmuckich. Dalej uciekać pomógł mi Aleksander Soboń „Wicher”. Doprowadził mnie do Cacanina i tu skontaktował mnie z Edwardem Bieleckim „Wyżeł” i Jerzym Tyzenhauzem „Tyczka”. Obaj spisali moje zeznanie, przywołali lekarza Michała Kowalika, który mnie zbadał i opatrzył ranę. Znalazłem się w fabryczce pod Frampolem. Tu widziałem wycofujących się Niemców. Tysiące ludzi, pojazdów, droga do Frampola była zatłoczona. Postanowiłem wracać do Biłgoraja. Tu nasi chłopcy tworzyli policję na wzór angielski. Pierwszy posterunek był w domu Knapów.

Z matką i ojcem Bolka Dobrowolskiego oraz Franciszkiem Nizio pojechaliśmy szukać ciał bliskich im partyzantów. W tym czasie NKWD zaczęło dopytywać się o AK-owców. Zostałem wezwany do dowództwa UB. Tu zapytano mnie „Pójdziesz do milicji czy UB?” – powiedziałem, że jestem ranny i muszę się jeszcze leczyć.

Nie minęły trzy tygodnie, jak wylądowałem w celi Urzędu Bezpieczeństwa. Spotkałem tu: Adama Sarzyńskiego, Adolfa Kalczyńskiego, Jana Szmidta, Stanisława Mazura, Edwarda Jednacza, Franciszka Garczyńskiego, Mieczysława Balickiego, Tadeusza Iwanowskiego. Były tu też dwie siostry Palikotówny. Znalazłem się w gronie 20 osób, które przewieziono do więzienia na ul. Zamojskiej. Pozostałych wywieziono do Lublina i dalej w głąb Rosji. Był styczeń 1945 r.”

Kazimierz Szubiak

 

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.