Minkiewicz

Co śmierdzi w Tarnogrodzie?

„Bałagan i niesamowity smród”

Na ostatnim spotkaniu samorządowców w Tarnogrodzie radni ustalali regulamin zachowania czystości i porządku na terenie gminy. Poruszony temat zapoczątkował dyskusję dotyczącą jednego z miejscowych przedsiębiorstw. Radny Bronisław Misiągiewicz nawiązał do spotkania z przedsiębiorcą. Dotyczyło ono wydania decyzji środowiskowej niezbędnej do poszerzenia prowadzonej przez niego działalności. Zdaniem Misiągiewicza, radni byli „zachwyceni” spotkaniem z przedsiębiorcą, który, jak przedstawiał radny, nie do końca był prawdomówny. – Miałem takie zgłoszenie, że jest potworny smród. Ja tam jeździłem. Rów jest wykopany, gnojowica stoi na terenie tego przedsiębiorstwa, spływa pod siatkę. Stacja metrologiczna stoi w rogu, do niej też dochodzi ta gnojowica. Jest nieporządek, a przepisy mówią, że teren ten powinien być oddzielony zielenią, jedną, drugą, trzecią. Tutaj tego nie ma – opisywał radny. – Jest bałagan, jest niesamowity smród, to się kłóci z tym regulaminem – dodawał. 

Bronisław Misiągiewicz wypominał pozostałym radnym, że poparli rozbudowę tego przedsiębiorstwa. – Trzeba jechać i zobaczyć, jak to wszystko wygląda. Nie trzeba wjeżdżać, można się wygonem przejechać i to wystarczy – zaznaczył. – Tam piekło w oczy, uwalnia się tam siarkowodór i amoniak, później idzie to w górę. Opowiadali mieszkańcy, że przez miesiąc nie było deszczu, a tam cały czas idzie ciemna woda do rzeczki. Nawet bobry się stamtąd wyniosły – mówił. 

Dzwonić i kontrolować 

Burmistrz miasteczka stwierdził, że radni nie byli wcale entuzjastycznie nastawieni do rozbudowy przedsiębiorstwa. Tłumaczył, że decyzja była pozytywna, ponieważ prawnie innej możliwości nie było. Jeśli radni wystawiliby negatywną opinię, wówczas przedsiębiorca mógłby się odwołać, a gmina może zostać oskarżona o opieszałość. – W decyzji środowiskowej był zapis i było nakazane, że ma być zamknięty system odprowadzenia gnojowicy. Jak są przypadki wylewania, to proszę reagować i dzwonić, a my jako gmina będziemy interweniować – mówił Eugeniusz Stróż, który jednocześnie uspokajał, że na razie przedsiębiorstwo nie jest rozbudowywane. 

Burmistrz zauważył, że pobliskie przedsiębiorstwo nie jest jedynym źródłem nieprzyjemnych zapachów w miasteczku. Wspomniał o wypalaniu śmieci przez mieszkańców czy oczyszczalni.  – Nie bronię obory, trzeba tylko dążyć do tego, że jeśli są jakieś uchybienia typu ta gnojowica, która się wylewa, to na bieżąco trzeba to zgłaszać i kontrolować – dodawał.

O czym mowa? 

Zbiorniki na gnojowicę i szamba mogą być w pewnych sytuacjach śmiertelnym zagrożeniem dla zdrowia i życia ludzi. Duże zbiorniki płynnej gnojowicy grożą nieostrożnym użytkownikom utonięciem. Nie jest to jedyne niebezpieczeństwo. Niefrasobliwość przy eksploatacji i czyszczeniu stwarza ryzyko poważnego zatrucia lub śmierci. W procesach chemicznych podczas przechowywania gnojowicy wytwarzają się silnie toksyczne gazy: siarkowodór, dwutlenek węgla i amoniak. Dwie pierwsze substancje są cięższe od powietrza i w niewentylowanych wnętrzach tworzą trującą dla człowieka warstwę gazów. Siarkowodór powstający z beztlenowego rozkładu białek jest bezbarwnym, palnym gazem o silnym zapachu zgniłych jaj wyczuwalnym przy niskich stężeniach. Amoniak wydzielany w reakcjach związków organicznych jest bezbarwny i ma charakterystyczny ostry zapach. W niskich stężeniach nie jest szkodliwy, ale w dużych podrażnia śluzówkę nosa, gardła, wywołuje kaszel, uczucie zatykania, a przy dłuższym wdychaniu jest niebezpieczny. Wiele tragicznych wypadków przy pracach związanych z eksploatacją zbiorników gnojowicowych i szamb to skutek zetknięcia się z tymi substancjami. 

Bywa i tak…

Nie tak dawno informowaliśmy, że problem z uciążliwym hodowcą w Bukowinie wreszcie się zakończył. Przez prawie 20 lat rolnik z Bukowiny stwarzał problemy swoim sąsiadom. Gospodarz ten prowadził gospodarstwo rolne, gdzie hodował trzodę chlewną oraz bydło. Jego hodowla liczyła około 200 sztuk świń i 10 sztuk bydła. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że zwierzęta te chodziły wolno i czyniły ogromne zniszczenia na posesjach i polach uprawnych najbliższych sąsiadów. Poszkodowani przez grasujące świnie na początku próbowali rozmawiać ze swoim sąsiadem. Kiedy okazało się, że nie można w ten sposób rozwiązać problemu, mieszkańcy Bukowiny próbowali szukać ratunku z pomocą policjantów. Kiedy to też nie pomogło, rozpoczęły się rozprawy w sądzie. Były to sprawy zakładane indywidualnie, grupowo, na wniosek policji. Jednak nie przynosiło to żadnego efektu. Za każdym razem kończyło się karą grzywny, która nie zmieniała postępowania uciążliwego sąsiada.

W końcu przy wspólnej pracy kilku instytucji problem został zażegnany. Teraz zamiast chodzących samopas świń widać okazałą kukurydzę. 

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.