Były łezki, było napięcie i reszta…

Oczywiście, było to u mnie w dzień rocznicy odzyskania niepodległości, kiedy uczestniczyłem w wydarzeniach upamiętniających 100. rocznicę bytu Niepodległej w naszej Małej Ojczyźnie – w Biłgorajskiem. Czułem oddech tego święta już kilka dni wcześniej, kiedy mówiło się niemal wszędzie o amatorskim podejściu władz do tego historycznego wyzwania, wszak jakość przygotowań do tego święta była gremialnie podważana w mediach opozycyjnych i zanosiło się na sensację, a nawet na niewypał w skali międzynarodowej, na kolejną wpadkę. Tak krakała opozycja, nie dopuszczając nawet iskierki nadziei na powodzenie. A stało się inaczej, wbrew przypuszczeniom. Było całkiem normalnie, a nawet wzniośle, pomijając drobnostki czy pojedyncze ekscesy, które w tej skali wydarzeń mogły się zawsze zdarzyć. Tak było w stolicy i we Wrocławiu. A u nas? Moim zdaniem, wzniośle i różnorodnie, choć flag biało czerwonych przed domami i mieszkaniami było niepokojąco mało. Było mi nawet z tego powodu smutno. A flagowanie jest dla mnie w pewnym sensie papierkiem lakmusowym na patriotyzm i szacunek dla Ojczyzny. Policzyłem próbę i doliczyłem się tylko niecałych 20%, to nieco więcej niż połowa chodzących do Kościoła na niedzielne nabożeństwo. Za to jakość wydarzeń, w których brałem udział podnosi mnie na duchu i z tego powodu czułem się dumny, a ci co uświetniali niepodległość, zasługiwali na pochwałę i pamięć. Zacznę od Majdanu Starego, gdzie już dwa dni wcześniej Szkoła im. Zofii Krawieckiej dała kolejny popis i to w każdym calu; hala sportowa – miejsce uroczystej wieczornicy – ciekawie zaaranżowana, dekoracje i przybrania wyważone, hasła bez nadmiernego patosu, ale odpowiadające miejscu i wydarzeniu. Dzieciaki i młodzież gimnazjalna w świątecznych ubiorach z dominującą bielą bluzeczek i koszulek, a panie, czyt. nauczycielki, oprócz elegancji imponowały uśmiechem i troską o gości, zapraszając ich na jak najlepsze miejsca siedzące. One czuły się tak, jakby były na swojej imprezie rodzinnej, u siebie w domu. Były na luzie… Powitanie gości przez panią dyrektor i jej zastępcę też było naturalne, tak od siebie i prostymi słowami, bez encyklopedycznej górnolotności. Odnosiło się wrażenie, że wszyscy słuchali z uwagą, bo była cisza, przerywana tylko kolejnymi oklaskami witanych gości. A był ich sporo, wśród nich po raz pierwszy nowy ks. proboszcz. A jaka część oficjalna? Recytacje bez zająknięcia, narracja wiążąca merytoryczna. Był to skrótowy, ale dopracowany przegląd najważniejszych i dramatycznych wydarzeń na drodze do niepodległości w 1918 r. No i oczywiście były hymny – śpiewane z mistrzowskim akompaniamentem. Szczególnie wzruszyła mnie pieśń legionistów; My pierwsza brygada, kiedy to tę frazę śpiewali również ci najmniejsi, otwierając „do oporu” buzie i wypinając swe torsy jak najwyżej, jakby czuli się prawdziwymi już żołnierzami i to z frontu. To mnie ścięło, łzy dały znać o sobie… Część oficjalną kończyło rozdanie dyplomów i wyprowadzenie nowego sztandaru szkoły, po czym była degustacja ciast i bigosu oraz wzajemne zwierzanie się z przeżytych przed chwilą wzruszeń. Czułem się spełniony.

Ale były jeszcze łzy w Nadrzeczu, moim „uzdrowisku”, gdzie wspólnie z przyjaciółmi i mieszkańcami postanowiliśmy spontanicznie zebrać się pod wodzą wszystko umiejącego i tyleż mogącego Ryśka Mazurka (pomogły telefony) przy jakże ciekawej kapliczce z dziełami słynnego artysty – Jerzego Dudy Gracza. Tu Hymn, też mazurkiem zwany, dokładnie o godz. 12 śpiewało się z akompaniamentem i były też dzieciaki, i dmuchał lekko wiatr, dzięki czemu jeszcze więcej łezek pojawiało się na policzkach śpiewających. A w Biłgoraju byłem w hali OSiR-u na koncercie połączonych artystów Zamościa i Biłgoraja, co ponoć zdarzyło się pierwszy raz w historii, żeby te dwa miasta, kiedyś zwaśnione, zamanifestowały tak spektakularnie przyjaźń i to w imię świętowanego Święta Niepodległości, co dobrze wróży na przyszłość. To także kontrastujący obrazek z tym, co było na samej górze – w Warszawie. Tam nie stać było polityków, żeby w geście solidarności wspólnie świętować i maszerować w jednym pochodzie. Można tylko „pobiadolić” nad tym, kiedy i czy w ogóle Polacy pogodzą się sami, czy też ktoś trzeci będzie musiał się włączyć, by zaprowadzić obcy nam porządek. Na razie nic dobrego nie widać na horyzoncie. Napięcie jakby jeszcze rośnie i nie widać opamiętania i nie widać wyciągania wniosków z historii, ot choćby ze 123 lat przed odzyskaniem niepodległości, której teraz obchodzimy 100-lecie. A może tak Kościół pomoże i pogodzi ? Przecież mamy w Polsce ok. 95% ochrzczonych.

A co z resztą z tytułu? Tak, była w restauracji Sitarska.

Biłgorajczyk, naj-lawok@wp.pl

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.