Spa

- Reklama -

Boże! Opiekuj się naszym dzieckiem

Kilka lat temu zmarła pani Gabrysia Trzcińska-Gorzandt, mieszkanka Biłgoraja, a ostatnio Józefowa.

Życiorys pani Gabrysi mógłby stanowić scenariusz do filmu. Mógłby też być tematem powieści o cierpieniu, szczęściu, smutku i radości życia.

Miałem szczęście, że pani Gabrysia powierzyła mi historię swoich niewiarygodnych przeżyć, gdzie zjawiska irracjonalne, mistyczne mieszały się z tragedią ludzi najbliższych i to była najprawdziwsza prawda.

Dzieciństwo

W 1938 r. rodzina państwa Pawła i Wiktorii Trzcińskich znalazła swoje miejsce w Biłgoraju. Zamieszkali w domu Józefa Mazura przy ul. Nadstawnej, skąd ich córeczka Gabrysia miała blisko do gimnazjum. Ojciec imał się różnych zajęć. Jeździł za San (Galicja), skąd przywoził sól, fasolę, naftę i inne rzeczy niezbędne do życia w objętej wojną Polsce. Kiedyś przywiózł dwa ochwacone konie porzucone przez uciekające do Rumunii wojsko. Zajmował się wyprawianiem i handlem skórami. Spalony w początkach wojny dom pana Makarca (naprzeciw obecnego sądu) wyremontował. Przejął od biłgorajskich Żydów skup skór, a ich zatrudnił w przyległej do domu garbarni. Gdy zaczęły się represje ludności żydowskiej, licznie reprezentującej nasze miasto, tłumaczył funkcjonariuszom, że to jedyni fachowcy, a dobrze wyprawione skóry skupują Niemcy. Niebawem akt tragedii społeczności żydowskiej osiągnął apogeum. W styczniu 1943 r. gestapo zlikwidowało getto biłgorajskie. Ogółem Niemcy w okresie okupacji wymordowali 4 tysiące Żydów, a do domu Trzcińskiego „wprowadziło się” gestapo.

Ratowaliśmy Żydów, ryzykując własne życie

Rodzice Gabrysi ukrywali koło domu w kryjówce, drewnianej szopie ze skórami, rodziny: Chaskiela Kandla i Dawida Szlafroka w sumie 18 dorosłych i dzieci.

Rodzice Gabrysi zostali aresztowani. W tym czasie nowy szef gestapo Colb „stracił czujność”. Jego ludzie pozwolili wyjść z domu dziewczynie w szlafroku i bamboszach, której mama przekazała saszetkę dla pana Olechowskiego, jak się okazało, członka podziemia. Rodzice zlekceważyli ostrzeżenie, jakie nocą przekazał członek AK Józef Witek ps. „Grot”. Ojciec, wieczny optymista, gromadził skóry, by sprzedać je po wojnie, która miała według niego rychło się skończyć. Nie myślał o tym, że Niemcy, dla których jego firma pracowała, okażą się okrutni.

Gabrysia z okna domu mieszkającej opodal pani Kucharskiej widziała swoich rodziców ostatni raz w życiu. Pakowano ich z podręcznym bagażem na furgon stojący na ulicy (obecnie „Wacek” Wasilewskiej).

Nowy dom, ale bez rodziców

Po przejściu gehenny tortur w gestapo, następnie uwięzieni w biłgorajskim więzieniu przy ul. Zamojskiej, Paweł i Wiktoria Trzcińscy zostali rozstrzelani, opodal na posesji pana Łypa przy ul. Przemysłowej. Wcześniej, widząc z celi furgon, a nie jak zwykle bryczkę, którą jeździli na przesłuchanie, mama powiedziała: „To już koniec – oni nas rozstrzelają!” Ojciec spojrzał w górę i wyszeptał:”Boże! Opiekuj się naszym dzieckiem”. Ta błagalna prośba wielokrotnie zaważyła na losie, a nawet życiu kilkunastoletniej Gabrysi, której dane było przeżyć los tułacza. Po latach Gabrysia dowiedziała się, że matka była bestialsko katowana za karmienie ukrywających się Żydów. Z pewnymi oporami, bez świadków pochowano ich na biłgorajskim cmentarzu, a ktoś „bezimienny” zatknął na mogile brzozowy krzyż.

- Reklama -

Przepowiednia śmierci

U pani Heleny Kosakowskiej w Lublinie pojawił się Ukrainiec z tzw. „czarnych łebków”. Był dobrym człowiekiem. Płakał nad swą dolą. Dla ratowania życia wysługiwał się Niemcom. Pewnego razu wróżył z kart, wydusił z trudem: „Zła wieść. Dziewczyna – wskazał na Gabrysię – przeżyła tragedię, a jej bliscy zginęli”. Panie zaproponowały Gabrysi, aby przymierzyła czarny kapelusz z woalką – toczek.

Był wieczór 2 marca 1943 r. Skromne imieniny Heleny, która powiedziała ze smutkiem: „Kto w żałobę przymierza, temu ktoś bliski umrze”. W tym czasie w odległym ok. 100 km Biłgoraju zostali rozstrzelani rodzice Gabrysi. Niewiarygodne.

Gdzie uciekać, gdzie się podziać?

Służąca pani Kosakowskiej błagała ją, by uciekała, gdzie się da. Byli tu, mówiła, gestapowcy z Biłgoraja (Barda z kompanem) ,zrobili rewizję, ale po Gabrysi ani śladu, gdyż mieszkała na poddaszu, a przeszukiwany był parter. Z pomocą zjawił się mecenas Pomorski z Hrubieszowa (kuzyn pani Kosakowskiej). Skontaktował się z właścicielem garbarni, Niemcem, który skupował skóry od pana Trzcińskiego, ojca Gabrysi. Okazał się wielkoduszny, dał pieniądze na bilet do Warszawy, trochę ubrań i najważniejsze fałszywą kenkartę na nazwisko Podłubska. Niebawem na trasie do Warszawy, w Dęblinie wachman wnikliwie przyglądał się Gabrysi i dowodowi. Chwila trwała wieczność. Wreszcie ulga! Można jechać dalej.

Dom Warszawa

Nowy adres. Róg ulicy Dobrej i Tamka. Szkoła – I klasa liceum o profilu pedagogicznym. Gabrysia jest pod opieką urszulanek szarych. Siostra przełożona, legendarna szarytka Ledóchowska, kierowała tym zakonem. Pierwsza praca: wyszywanie na filcowych ciapach kolorowych kwiatków. Korepetycje z matematyki. Tajne komplety. Zarobki – to nie gotówka – to produkty niezbędne do przetrwania: słonina, mąka, kasza, cukier itp. Szafa zapełnia się strojami.

Znowu zaczynam od zera…

„Jest styczeń 1945 r. W Kamieńsku mam pracę w szkole za 120 zł. Moje mieszkanie na Powiślu pełne dóbr, na które ciężko zapracowałam, legło w gruzy. Nie zostało nic. Zaczynam więc od zera. Tu zaistniał przypadek. Spotkała mnie cyganka, która wymusiła wręcz na mnie, by mi powróżyć. Zastrzegała, że jeśli coś skłamie, to jej nie zapłacę. Przystałam na jej propozycję i słuchałam uważnie, a potem już z podziwem. Powiedziała, że jestem z daleka i noszę inne nazwisko, ale szczególnie mocno przyjęłam tekst: „Wrócisz w rodzinne strony”.

Mój dom rodzinny w Biłgoraju został doszczętnie spalony. Niemcy zacierali ślady zbrodni w budynku należącym do gestapo. Zbiór skór dużej wartości zniknął bez śladu. Cegły z domu też się ludziom przydawały. Chętnym zakupu tego zniszczonego domu i placu został pan Ardylewski. Pieniądze przedwojenne wystarczyły na półtora roku. Rozpoczęłam studia na UMCS w Lublinie, wydział mojej ulubionej matematyki. Kłopoty ze zdrowiem i ciężka sytuacja materialna spowodowały, że wróciłam do Biłgoraja. Pracę zapewnił nieoceniony prof. Adamczyk. Etat w szkole, a potem zajęcia praktyczne i uzupełniające w sierocińcu na Zamojskiej. Kierowniczką była pani Piekarska. Wpadłam w wir pracy – douczanie młodzieży, korepetycje z matematyki i dużo zajęć społecznych. Założyłam rodzinę i zaczął się „zwykły dzień jak co dzień”. Cieszyłam się, że żyję, że jakoś się układa. Coraz częściej brzmiała mi w uszach błagalna prośba ojca: „Boże! Opiekuj się naszym dzieckiem”.

Gabriela Gorzandt tym zdaniem kończy swoje opowiadanie, które skrzętnie zanotowałem w grudniu 2008 r.

Kazimierz Szubiak

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.