24°C bezchmurnie

O majorze Staszku - Wielkim Patriocie

Felietony, majorze Staszku Wielkim Patriocie - zdjęcie, fotografia

Celowo używam w tytule dużych liter, bo to wielkie słowa, ale jakże adekwatne i pasujące do bohatera niniejszego felietonu – majora Stanisława Mazura, zmarłego 16 marca br.

Zapewne takiego Stanisława zapamiętało społeczeństwo Biłgoraja. A ja mówiłem do Niego Staszek, zdrobniale jakby spoufalając się, i to nie dlatego, ze nie imponował tężyzną fizyczną, lecz dlatego, że lubiliśmy się i rozumieliśmy się. I tak to niech pozostanie w mojej pamięci do końca życia, nie wnikając w życie po życiu, kiedy będziemy hen gdzieś wysoko, poza wyobraźnią. Byliśmy sobie bliscy, choć dzieliło nas 17 lat i olbrzymia przepaść w hierarchii wojskowej /ja byłem tylko kapralem/, to przed 7-ma latami, po moim powrocie z 50 letniego pobytu na Śląsku – spotkaliśmy się w Biłgorajskim Towarzystwie Literackim i od razu coś zaiskrzyło między nami. Staliśmy się od razu sobie bliscy, a nawet równi i to jeszcze jak; równi jak... frontowi towarzysze. Formalnie łączyły nas pasje literackie i - jakby nieświadomie - obustronne zaufanie do siebie, do naszej wiedzy i naszych wspomnień, bo przeżyliśmy II Wojnę Światową szczęśliwie, ale z bagażem jakże odmiennych doświadczeń. Przeżyliśmy wojnę, jak to się mówi, dzięki Bogu, albo inaczej, dzięki Opatrzności, albo jeszcze inaczej mówiąc; mieliśmy szczęście, On jako partyzant, żołnierz AK po złożeniu przysięgi w wieku 17 lat, a ja jako Dziecko Zamojszczyzny, w wieku 13 miesięcy, będąc na rekach i na plecach matki, byłem w obozie Na Majdanku, a później w obozach pracy na terenach Rzeszy. Prawie równocześnie On stał się żołnierzem podziemia, a ja więźniem w obozie Zagłady Na Majdanku. Nikt z nas wtedy nie mógł przypuszczać, że po prawie 70 latach losy nasze się zetkną i spotkamy się na tej samej Biłgorajskiej Ziemi. On o Jej wyzwolenie walczył czynnie, narażając swoje życie i to wielokrotnie na śmierć, również po wyzwoleniu, kiedy jeszcze nie złożył broni, mając nadzieję, na zwycięstwo nad Sowietami. Stosunkowo szybko dokonał reorientacji szans oddając broń i wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego, by po kilku latach wrócić ponownie do pracy w biłgorajskiej elektrowni. Z obecnego mojego punktu widzenia takie Jego podejście do nowej powojennej rzeczywistości było jak najbardziej racjonalne i wynikiem nie przekonań, lecz dojrzałości życiowej. Po prostu, mierzył siły na zamiary. Staszek miał rzadko spotykany dar obserwacji otoczenia i przewidywania przyszłości, a czynił to wg mnie wyjątkowo trafnie, bo pomagała Mu w tym Jego nie pospolita inteligencja połączona ze sztuką spokoju, nie okazywania na zewnątrz tego co przeżywał w środk, kiedy był w stanie najwyższego zagrożenia, kiedy np.groziła mu osobista rewizja, przewożąc na rowerze tajne, śmiercionośne dla Niego meldunki.

A jak później? Później to już była bezpośrednia znajomość, to spotkania towarzyskie; ja u Niego na corocznych urodzinach połączonych z imieninami, które obchodził w restauracji U Dorosza. Natomiast On u mnie w Zajeździe Nadrzecze, gdzie obchodziłem najpierw swój benefis na swoje 70-lecie, później swój ślub i inne jubileusze. Ja byłem dumny, że Zasłużony dla Miasta Biłgoraja Staszek tak polubił mnie i moją żonę Jolantę. Na imprezach życzył sobie, abyśmy z żoną siedzieli jak najbliżej Niego i Jego żony Eweliny. Staszek miał swoiste poczucie humoru i to jakże wesołego, a Jego ulubionym żartem była zapowiedź, ze rozwodzi się z żoną. A na pytanie dlaczego odpowiadał – bo mogła być lepsza, co wcale nie denerwowało małżonki Eweliny. Wręcz odwrotnie; była tym rozbawiona. Innym żartem Staszka było zalecanie się do innych pań, oczywiscie bliskich Mu, z którymi uwielbiał się fotografować w jak najmniejszej odległości. Prawie do 90-tki jeszcze sam robił zdjęcia swoim aparatem, a później wręczał kopertę ze zdjęciami, starannie zaadresowaną każdej uwiecznionej osobie. I to Mu sprawiało przyjemność, zwłaszcza wtedy, kiedy udało Mu się uchwycić jakąś „parę” w grzecznym zbliżeniu, co według Niego, mogło wystarczyć już na pozew o rozwód. Taki był Staszek; żartował z kogoś, ale i z siebie też. Nie stronił też od kieliszka. Do ostatniego spotkania z Biłgorajskim Towarzystwie Literackim, czyli rok przed śmiercią, wypijał jeszcze symboliczne dawki trunku. Szczególnie cieszyły go toasty, wtedy wypijał do dna, a te toasty były powszechne. Każdy uczestnik spotkania w BTL był poniekąd zobligowany do wygłoszenia toastu połączonego z drinkiem. Słynnym poczęstunkiem Staszka była „cytrynówka”, robiona na spirytusie o stężeniu mocniejszego wina. W tym specjalizowała się Jego małżonka Ewelina, która z wrodzoną wesołością i szczerością zawsze Towarzyszyła Staszkowi w życiu. Staszku, takiego będę Cie pamiętać i wspominać. Twoi koledzy i przyjaciele też.

O majorze Staszku - Wielkim Patriocie komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się

Ostatnie video - filmy na gazetabilgoraj.pl





Felietony, - więcej informacji