Skarbnica wiedzy i kultury

4 maja br. zmarła w wieku 91 lat pani Gabriela Gorzandt. W 2009 r. pani Gabrysia powierzyła mi historię swojego życia. Niewiarygodne, irracjonalne przeżycia mogłyby stanowić scenariusz filmu lub powieść.

To była najprawdziwsza historia, w której mieszały się tragedie ludzi, chęć i wiara w przeżycie okrutnych czasów okupacji. Cierpienie, potem szczęście po wyjściu z opresji. Smutek i radość – to wszystko towarzyszyło pani Gabrieli. Miałem szczęście wysłuchać i spisać (część) opowiadania o jej przeżyciach.
Rok 1938. Rodzina Pawła i Wiktorii Trzcińskich z 10-letnią Gabrysią znalazła się w Biłgoraju. Spalony w początkach wojny dom pana Makarca stał się ich stałym miejscem zamieszkania. Okazała posesja (vis a vis sądu) przy ul. Kościuszki i Joselewicza była zakładem pracy pana Pawła. Garbarnia funkcjonowała dobrze. Niemcy kupowali wyprawione skóry, a pracownicy Chaskel Kandl i Dawid Szlafrok (18 członków z rodzin) musieli się ukrywać po likwidacji biłgorajskiego getta w styczniu 1943 r. Schronem była komórka, a rodzice dokarmiali ich, czym się dało (kasza, chleb itp.).
Zapewne zostali zdekonspirowani przez miejscowego szmalcownika i rozstrzelani na placu przed komórką. Wprawdzie po wnikliwej rewizji nie znaleziono w domu państwa Trzcińskich kompromitujących ich dowodów, np. materiałów z tajnych kompletów, które prowadził prof. Stanisław Adamczyk i siostry Ilińskie, oraz radia i prasy.
Mimo to rodzice zostali zaaresztowani. Okrutny szef biłgorajskiego gestapo Colb stracił czujność i „odpuścił” małej dziewczynce, która w szlafroku i bamboszach z małą saszetką dla pana Olechowskiego (członek podziemia) wyszła z domu do mieszkającej opodal pani Kucharskiej (nauczycielki). Ostatni raz widziała przez okno swoich rodziców, których ładowano do furgonu z podręcznym bagażem. Rodzice zapewne zlekceważyli ostrzeżenie oficera AK Józefa Witka ps. „Grot”. Widocznie sądził, że Niemcy, dla których jego firma pracowała, nie okażą się okrutni. „Wylądowali” w więzieniu na ul. Zamojskiej, a Gabrysia dzięki poświęceniu i dobroci przyjaciół ojca znalazła nowe lokum w Lublinie z zakazem kontaktu z rodzicami. Tu także zmieniono jej nazwisko i kenkartę (dowód osobisty). Rodzice po przejściu gehenny tortur w gestapo zostali rozstrzelani na placu pana Łypa w pobliżu więzienia (na ul. Zamojskiej). Wcześniej, tuż przed egzekucją ojciec, widząc furgon, powiedział: „To już koniec – oni nas rozstrzelają” i spojrzawszy w górę dodał: „Boże! Opiekuj się naszym dzieckiem”. Świadkiem była pani Wolaninowa, żona dozorcy więzienia, która przyniosła leki i opatrunki od dr. Pojaska dla zmaltretowanych na przesłuchaniach państwa Trzcińskich. Ona też zawiadomiła burmistrza miasta pana Golińskiego o leżących na placu zwłokach. Szef gestapo zgodził się na godny pochówek na koszt miasta na biłgorajskim cmentarzu przy ul. Lubelskiej, a ktoś „bezimienny” zatknął nad mogiłą brzozowy krzyż. Teraz w tym miejscu pochowano ich córkę Gabrielę. Po 75 latach.
Mieszkając w Lublinie, pani Gabriela wielokrotnie zmieniała adres, by po „nalocie” gestapowców z Biłgoraja (Bard z kompaniami) udać się do Warszawy z garstką ubrań i fałszywą kenkartą na nazwisko Podłubska. Na trasie wachman wnikliwie przyglądał się Gabrysi i dokumentowi… i wreszcie ulga! – Można jechać dalej! Nowy adres: Urszulanki Szare z legendarną siostrą przełożoną Ledóchowską. Pierwsza klasa liceum o profilu pedagogicznym przy ul. Dobrej w Warszawie. Gabrysia udziela korepetycji z matematyki. Ma za to produkty żywnościowe i ubiory. Jest wojna, „sielanka” kończy się. Zbliża się sierpień 1944 r. – powstanie warszawskie. Zostawia swoje „skarby” i ucieka do Brwinowa, potem do Kamieńska pod Częstochową. W styczniu 1945 r. Cyganka wróży jej: „Wrócisz w rodzinne strony”. Natychmiast przystąpiła do realizacji tej wróżby. Uczepiona do rury przy drzwiach pociągu dojechała do Lublina. Do Zwierzyńca jechała w przejściu między wagonami. Do Biłgoraja dotarła pieszo. Zatrzymała się w leśniczówce na Woli u leśniczego pana Mikulskiego, który przechowywał 5 Żydów. Teraz mieszkał (po wojnie) w Biłgoraju i tu zatrzymała się Gabriela. Niebawem okazało się, że jej rodzinny dom został doszczętnie spalony. Niemcy zacierali ulokowane tu pomieszczenia gestapo. Skład skór – dużej wartości – zniknął bez śladu. Chętnym zakupu zniszczonego domu i zabudowań został pan Ardylewski (późniejszy wytwórca wód gazowanych). Pieniądze wystarczyły na rok studiów – matematyka na UMCS. Ciężka sytuacja materialna i kłopoty ze zdrowiem spowodowały powrót do Biłgoraja. Nieoceniony prof. Adamczyk zapewnił etat w szkole. Zajęcia praktyczne w sierocińcu na ul. Zamojskiej. Pani Gabriela wpadła w wir pracy – korepetycje, prace społeczne. Założyła rodzinę i zaczął się dzień jak co dzień. – Cieszyłam się, że żyję i jakoś życie się układa – skwitowała wieczna optymistka.
Ostatnie lata życia to pasmo sukcesów i nagród za intensywną pracę w gminie Józefów. Chóry, zespoły taneczne, słynni „Aleksandrowiacy”. Do końca swoich dni pani Gabriela Gorzandt udzielała się aktywnie w dziedzinie kultury swojego środowiska. Byłem i widziałem próby i występy jej zespołów w Aleksandrowie. To był kawał dobrej roboty!

Kazimierz Szubiak

Comments (0)
Add Comment