- Reklama -

Aleksander Łukomski – młynarz

Wyróżniał się spośród mieszkańców wsi. Nie uprawiał roli. Inaczej się wysławiał. Był właścicielem młyna, a żona była nauczycielką.

Pamiętam z dzieciństwa młyny wodne. Ciekawa architektura i miejsce kąpieli biłgorajskiej młodzieży. W Biłgoraju były trzy. Na Bojarach przy rzeczce Osa (obecnie jest tam zalew), na Różnówce nad Białą Ładą oraz w Puszczy na Czarnej Ładzie. W okolicy Biłgoraja było kilka tego typu obiektów, które oczyszczały zboże na żubrowniku, przepuszczały co najmniej cztery razy przez walce. Te młyny wodne oprócz wiatraków (w okolicach Goraja) stanowiły piękną i trwałą architekturę naszej biłgorajskiej ziemi. Dobry młynarz wiedział, że: "Mąkę dobrą robią nie walce, tylko głowa i palce".

Na przełomie lat 60. nastąpiła likwidacja tych wodnych punktów usługowych. Najdłużej zachował swą sprawność mały młyn wodny na rzeczce Borowina (dopływ Tanwi) w Sierakowie. Wybudowany w 1886 r. przez rodzinę Cudziłów należał długie lata do Aleksandra Łukomskiego. Ten zabytkowy obiekt poruszał urządzenia młyńskie turbiną wodną. Jego właściciel mający łatwość do wierszowanych sformułowań własnoręcznie wypisywał na ścianach młyna wierszyki, z których zapamiętałem jeden będący reklamą tego obiektu: "Kiedy wyprawić chcesz córce wesele – najlepszą mąkę młyn Sieraków miele". Obecnie ten młyn zdobi lubelski skansen.

Pan Aleksander wspominał: zawsze chciałem się uczyć. Los chciał inaczej. Ojciec – młynarz w 1913 r. wydzierżawił młyn w Sierakowie. Ledwo wyremontowaliśmy młyn wybuchła wojna. Przez Sieraków przebiegała linia frontu. Do dziś zachowały się okopy, a nasze dzieci znajdowały tam sprzęt i uzbrojenie z czasów I wojny światowej. Rodzina Łukomskich powędrowała w głąb Rosji. Tam przeżyli rewolucję (1917 r.). Powrócili szczęśliwie w 1921 r. Aleksander miał 18 lat i objął swą ojcowiznę. Kupił pytel, kaszarnię, walce i "stanął na nogi".

Państwo Łukomscy z synem mogli pozwolić sobie na coroczny wyjazd do atrakcyjnych miejscowości. Na strychu przechowywał lwowską wódkę Baczewskiego i wino bernardyńskie, które jak mawiał, zostaną skonsumowane, kiedy nie będzie niewoli kremlowskiej. On nie doczekał.

Pan Aleksander często przebywał w Biłgoraju, a przy jego stoliku odbywały się swoiste spotkania towarzyskie, toasty wznosił sam mistrz. "Żeby nam portfel pęczniał jak kobietom biust – no to chlust!" Albo nieco obsceniczny: "Niech żyje kątek, skąd życia początek!" Wyróżnił mnie tekstem: "Jesteś Kazimierz – wielki król, a ja Aleksander Macadoński". Gdy go poprawiłem: "Macedoński", zaprzeczył: Ja Macadoński – od czynności, którą lubię wykonywać". Bawiły nas jego rozwiązłe teksty, ale były też "duszoszczypatielne" wiersze i piosenki z winylowych płyt, które puszczał nam na swoim patefonie na korbkę z wymienianymi igłami. Kto to jeszcze pamięta?

Przy jego młynie był niewielki staw, na którym można było popływać kajakiem, a w ukwieconej bzem altanie spożywaliśmy wspaniałą nalewkę z czarnego bzu i czeremchy jego własnej receptury, której mi – niestety – nie przekazał. Tu spotykało się wielu biłgorajaków. Tu uczestniczyliśmy w spotkaniach autorskich, na których mistrz wygłaszał swoje sympatyczne fraszki, a z nich płynęło jego motto: "Z prądem Łady – pod prąd ładu, trochę miodu, trochę jadu".

Żałuję, że nie spisałem jego ciętych, jędrnych – bywało niecenzuralnych – fraszek. Pięknie ubarwiał swymi "figlikami" atmosferę spotkań pełnych rozmów o sztuce, poezji i pięknie otaczającym nas. Może był trochę dziwny, ale kulturalny i sympatyczny interlokutor, którego słuchało się godzinami w iście sarmackiej atmosferze.

 

*

 

W artykule tym wykorzystałem fragmenty książki Romana Sokala "Sieraków" oraz artykułu red. Czesława Klepackiego z gazety "Nasza wieś". Dziękuję!

 

Kazimierz Szubiak

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.