8 lat w bunkrze

W partyzantce

Andrzej Kiszka (ps. DąbLeszczynaBogucki) urodził się w Maziarni w 1921 r.  Jego rodzice mieli tu gospodarstwo rolne, w którym pracował jako młody chłopiec. W 1941 roku Kiszka zaciągnął się najpierw do Batalionów Chłopskich, a później do Armii Krajowej. W tym czasie dostarczał żywność i broń do partyzanckiego oddziału majora Franciszka Przysiężniaka „Ojca Jana”. Po wielkich pacyfikacjach Lasów Janowskich przez Niemców wstąpił do oddziału. 

W lipcu 1944 roku armia radziecka zajęła Lubelszczyznę. Andrzej Kiszka ujawnił się i na polecenie szefa miejscowej placówki Armii Krajowej wstąpił do milicji. W listopadzie 1944 roku dowiedział się, że do leśnych wiosek ma przybyć ekspedycja NKWD, aby aresztować AK-owców oraz wrogów „władzy ludowej”. Zawiadomił komendanta placówki oraz zagrożonych aresztowaniem i wraz z 2 kolegami z oddziału „Ojca Jana” zdezerterował z posterunku MO, zabierając ręczny karabin maszynowy. Wieczorem przyjechało NKWD i aresztowało ludzi, posługując się gotowymi listami. Wywieziono wszystkich na Syberię.

 

Ucieczka do lasu

Od tej pory Kiszka zaczął się ukrywać. Od 1945 roku przyłączył się do oddziału Józefa Zadzierskiego „Wołyniaka”, w którym zastępcą dowódcy był jego znajomy z sąsiedniej wioski Adam Kusz „Garbaty”. Gdy w kwietniu 1947 r. ogłoszono amnestię, Kiszka znów ujawnił się. Jednak po kilku miesiącach zaczęło interesować się nim UB. Od tej pory zawsze miał przy sobie granat i dwa pistolety, przestał nocować w domu. Nie wytrzymał presji i znów wrócił do lasu, do oddziału Kusza.

Oddział liczył od 7 do 12 osób, działał głównie na terenie Lasów Janowskich, gdzie miał swoje kryjówki i bunkry. Grupa była dobrze uzbrojona, wszyscy mieli ręczne karabiny maszynowe. Jej członkowie nastawieni byli na przetrwanie, ale udało im się przeprowadzić kilka akcji dywersyfikacyjnych, takich jak wysadzenie budynku przeznaczonego na posterunek MO. W czerwcu 1950 roku oddział przeprowadził chyba ostatnią akcję bojową na gminną spółdzielnię. Zdobyto żywność i pieniądze. 

W tym samym roku Urzędowi Bezpieczeństwa udało się do oddziału wprowadzić swoich agentów, którzy mieli załatwić partyzantom wyjazd na Zachód. Agenci zaproponowali, aby oddział Kusza przejął ochronę nad radiostacją. Kusz zgodził się, do obozu przywieziono dwóch radiotelegrafistów oraz radiostację, dla której zbudowano specjalny bunkier. 

Dzięki radiostacji UB namierzyła miejsce pobytu oddziału. Ludzie Kusza zostali otoczeni w lesie w pobliżu miejscowości Szklarnia. Kiszka cudem wyszedł z obławy żywy. Razem z czterema innymi kolegami zimę z 1951 na 1952 przesiedział w bunkrze w Lasach Janowskich.

 

Ścigany

Od tej pory prześladowania jeszcze bardziej się nasiliły. Tak oto wspomina ten okres Andrzej Kiszka: „Wszędzie byli kapusie, po wsiach pozakładano ORMO. Prześladowali moją rodzinę, brata Józefa trzykrotnie aresztowano, bili jego i drugiego brata Jana. Ojciec zmarł od pobicia. Przyjeżdżało KBW i UB, robili rewizje, zrywali podłogi, rozbierali piece, niszczyli meble. Brat Józef nie wytrzymał tego i uciekł pod Szczecin. Mnie groziła kara śmierci. W październiku 1952 r. UB i KBW przyjechało do Maziarni do brata, obstawili domy sąsiadów, nikt nie mógł wyjść, rodzinę brata z dziećmi zamknęli w stajni. Przesłuchiwali ludzi całą noc, rano pojechali. Po kilku dniach śnieg stopniał i bratowa któregoś dnia mówi, że dzieci ciągną kabel, który idzie z naszego domu do domu sąsiada, jakieś 100 metrów dalej. Brat był wtedy w tartaku. Ludzie dali mu znać, przyjechał, patrzy – jest kabel; wychodził spod podłogi, a pod podłogą była aparatura podsłuchowa. Od razu zameldował na posterunku. Jeszcze tego samego dnia przyjechało UB z Biłgoraja, wygonili wszystkich z domu, zerwali podłogę, wyciągnęli aparaturę. Potem poszli na pastwisko i usłyszeliśmy wybuch. Jak wrócili, powiedzieli: „dobrze, że znaleźliście, to były miny Andrzeja Kiszki, mogliście wylecieć w powietrze”. Rzucili granaty, żeby był huk, że niby wysadzili miny. Kabel był przeciągnięty do domu sąsiada, Sprysak się nazywał, u niego siedział ubowiec i podsłuchiwał, o czym u brata rozmawiano, bo myśleli, że się dowiedzą, gdzie się ukrywam”.

 

W leśnym bunkrze

W 1953 roku Andrzej Kiszka postanowił ukryć się w lesie. „Bunkier zbudowałem w gęstym lesie między Hutą Krzeszowską a wioską Ciosmy, na małym wzgórzu porośniętym sosnami i świerkami. Zrobiłem go przy pomocy dwóch pewnych ludzi. Oni już nie żyją. Jeden mieszkał koło Ciosmów i nazywał się Frączak Antoni. Drugi, Jan Bożek był z Huty Podgórnej. On potem dostarczał mi żywność do bunkra. Najpierw przygotowaliśmy materiał: bale świerkowe, papę. W nocy wykopaliśmy dół. Powała została zrobiona z bali, na nie położona papa, żeby nie przemakało. Na bunkrze posadziłem świerki. Wchodziło się przez otwieraną od wewnątrz klapę, na której rósł mech, tak że nic nie było widać. Do środka schodziło się po schodkach. W bunkrze można było stać, miał ze dwa metry wysokości. Z deszczułek zrobiłem dwa wywietrzniki na wywiew i nawiew, żeby przepływało świeże powietrze: było więc czym oddychać i mogła się palić lampa naftowa. Wywietrzniki były dobrze zamaskowane pod pniem drzewa, nie było ich widać. W środku była studzienka, z półtora metra głęboka, wykopana w ziemi i obłożona deszczułkami. Gromadziła się w niej woda, którą gotowałem. Miałem maszynkę spirytusową i zawsze zapas paliwa do niej. Ubikacja to była beczułka żelazna z pokrywą. Opróżniałem ją, jak była odwilż. Miałem łóżko do spania i pierzynę do przykrycia. Były półki na ścianach i wieszaki z rogów koziołków. Miałem zapasy jedzenia na zimę: ziemniaki, makaron, suchary. Mięso było z upolowanych koziołków, dawałem je tym ludziom, co mi pomagali, oni mięso ugotowali, zalali smalcem, starczało na całą zimę. Jedzenie gotowałem dwa razy dziennie. Przez pierwszy miesiąc, jak zamieszkałem w bunkrze, nie jadłem nic gotowanego i porobiły mi się wrzody na żołądku. Na zimę zamykałem się w bunkrze i z niego nie wychodziłem, żeby nie zostawiać śladów na śniegu. Mogłem wyjść tylko, kiedy padał śnieg i zaraz zasypał ślady. W bunkrze było ciepło, całą zimę siedziałem w koszuli. Jedzenie i gazety dostarczał mi Bożek. Jechał koniem do lasu, żeby ściąć drzewo. Specjalnie robił wtedy dużo śladów, kiedy niby szukał tego drzewa. Było umówione, że uderzy trzy razy siekierą w dużą sosnę, która rosła koło bunkra. Kiedy usłyszałem uderzenia, uchylałem pokrywę, a on podawał mi jedzenie, gazety. W Ciosmach miałem dwóch chłopaków, którzy też mi pomagali, ale oni nie wiedzieli, gdzie jest bunkier. Spotykałem się z nimi tylko latem. Powiedzieli mi kiedyś, że ze stodoły ormowca zabrali szafę, rozebrali ją, zanieśli do lasu i tam schowali. Zaproponowali, żebym ją wziął i obił sobie deskami z szafy ściany w bunkrze. Tak zrobiłem i kiedy zapaliłem lampkę, nawet ładnie wyglądało. Miałem różne książki i stare czasopismo „Bluszcz”, dużo czytałem. Miałem tylko 7 klas szkoły, więc byłem ciekawy świata i te książki były bardzo ciekawe, właśnie o całym świecie, tak więc nie nudziłem się. Jednej zimy miałem też w bunkrze towarzyszkę. Obudziłem się i słyszę, że coś chrobocze. Patrzę: w słoju po smalcu siedzi mysz. Weszła wywietrznikiem i skusiła się na smalec. Trzymałem ją w tym słoju, karmiłem, dawałem pić. Miałem do kogo rozmawiać. Wiosną ją wypuściłem i już nie wróciła”.

 

Złapany prze milicję

Kiszka został pojmany 30 grudnia 1961 roku. Jak sam mówi, miejsce jego kryjówki zostało przez kogoś wskazane. Zachowało się zdjęcie, które zrobił milicyjny fotograf przy pomocy lampy błyskowej. Widzimy na nim moment ujęcia Kiszki i wyprowadzenie go z bunkra. 

 Tak o tym wspomina ukrywający się partyzant: „Śniegu wtedy było nawalone z pół metra. Słyszałem w bunkrze, jak nade mną chodzą, potem jak odgarniają śnieg i rozbijają zmarzniętą ziemię. Szmatami umoczonymi w nafcie zatkałem oba wywietrzniki, żeby psy nie wyczuły i czekałem. Miałem pepeszę, pistolet Vis, granaty, niby mogłem się bronić, ale nie było żadnych szans. Kiedy otworzyli właz, wyszedłem i się poddałem. Od razu schwycili mnie za ręce i skuli. Zawieźli najpierw do Biłgoraja, tam spisali wszystko, co było w bunkrze, i jeszcze tej samej nocy powieźli mnie do Lublina.

Jeden z eskortujących go ubowców powiedział: „Kiszka, nie bój się, teraz już nie biją i do Rosji nie pojedziesz”. Śledztwo trwało pół roku. – Chodziło im o broń – mówi Kiszka. „Pokaż, gdzie jest schowana broń, to będziesz traktowany jak polityczny, a jak nie, to jak zwykły bandyta”.

Odsiadka i dalsze życieAndrzej Kiszka został osądzony i skazany na dożywocie, które zamieniono na 15 lat więzienia. Był więziony m.in. w Strzelcach Opolskich i Potulicach. Wyszedł za bramę Zakładu Karnego w Potulicach 3 sierpnia 1971 r.; był więziony 9 lat i 7 miesięcy. Po krótkim pobycie w rodzinnej Maziarni przeniósł się pod Szczecin i ożenił z wdową po bracie. Żył tam cicho i spokojnie do upadku PRL. W 1998 został częściowo zrehabilitowany przez Sąd Wojewódzki w Lublinie.Władze III Rzeczypospolitej uhonorowały Andrzeja Kiszkę: Krzyżem Narodowego Czynu Zbrojnego, Krzyżem Partyzanckim i Krzyżem Armii Krajowej. Prezydent Lech Kaczyński 1 sierpnia 2007 r. odznaczył Kiszkę Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. W 2016 roku Andrzej Kiszka został awansowany na stopień majora.Andrzej Kiszka mieszka obecnie w województwie zachodniopomorskim. Ma 96 lat.

 

 

 

 

 

 

- Reklama -

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Nowa Gazeta Biłgorajska nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy.